Moje wszystko

Quo Vadis czyli kaj leziesz babo!

 „Petroniusz obudził się zaledwie koło południa i jak zwykle, zmęczony bardzo. Poprzedniego dnia był na uczcie u Nerona, która przeciągała się do późna w noc. Od pewnego czasu zdrowie jego zaczęło się psuć. Sam mówił, że rankami…” „Mamooooo zrobisz mi pić?”  Podniosłam głowę znad książki. „Przecież dopiero ci robiłam”. „No tak, ale już wypiłem. Byłem taki spragniony, że nie mogłem się powstrzymać..” Ech, westchnęłam cicho, odłożyłam „Quo Vadis” i poszłam do kuchni. Przygotowałam sok dla jednego i dla drugiego, i wróciłam do lektury.

 „..Sam mówił, że rankami budzi się jakby zdrętwiały i bez możności zebrania myśli. Ale poranna kąpiel….” „Mamoooooo, siiiiiiikuuuuu!”, Mały przeleciał koło mnie łapiąc mnie za rękę. „No to leć szybciutko”. „Ale zapal mi śjatełko, bo ciechno”. „To poproś brata”. „Ale ja chcę, żebyś tyyyyyyy…” No dobra. Wstałam, zapaliłam dziecku światło, poczekałam nawet kiedy skończy i umyje rączki. Zgasiłam światełko i wróciłam do książki. „… kąpiel i staranne wygniatanie ciała przez wprawionych do tego niewolników przyśpieszało stopniowo obieg jego leniwej krwi, rozbudzało go, cuciło…”  Drrrrrrrrrryń, drrrrrrrrrrrrrryń rozdzwonił się telefon. Odebrałam. „Szczęśliwego Nowego Roku!” rozległo się w słuchawce głosem mojej dobrej koleżanki. „No Szczęśliwego”. „Co u was? Dobrze się bawiłaś wczoraj?” . Zamyśliłam się. Moje szaleństwo sylwestrowe ograniczyło się do pomalowania paznokci u stóp na kolor czerwony (dostałam jakiś nowy lakier, trzeba było wypróbować, chociaż zazwyczaj czerwonych nie używam..) i półgodzinnej kąpieli. Odpowiedziałam, że bawiłam się fantastycznie. Porozmawiałyśmy jeszcze chwilkę i rozłączyła się.

 Gdzie to ja skończyłam? Acha. Kąpiel i masaż. Nawiasem mówiąc też by mi się przydały, tylko jakoś niewolników w pobliżu nie ma. A sama nie sięgnę.. „… wracało mu siły, tak że z elaeothesium, (co to jest do cholery???), to jest z ostatniego kąpielowego przedziału (aaaaaaaa…), wychodził jeszcze jakby wskrzeszony, z oczami błyszczącymi dowcipem i wesołością..” „Maaaamoooooooooooooooo a Mały mi nie pozwala pograć na komputerze!”, „Maaaamooooo daj mi jogurt!”, „Maaaaamoooooo ja też chcę jogurt!”. Drrrrrryń, drrrrrryń –„Halo?”. GG zamrugało Mężem. Uporałam się z tym wszystkim. Wróciłam do książki. Czytam: „Jak masz tak czytać babo, to lepiej odłóż mnie na miejsce, bo się Petroniusz pomarszczy i przeziębi w tej kąpieli zanim doczytasz co robił dalej. Łazisz i łazisz. A usiądźże wreszcie. A jeśli nie to odłóż nieszczęsną powieść na półkę i wróć do niej jak dzieci dorosną..” No i chyba tak zrobię. Chociaż żałuję, bo do przeczytania tego dojrzewałam kilkanaście lat. Nigdy nie lubiłam Sienkiewicza. Nie przeczytałam żadnej lektury. Nie przebrnęłam przez „Potop”. „W pustyni i w puszczy” obejrzałam w telewizji. Jedyna pozycja jaką pochłonęłam to był „Pan Wołodyjowski”. No ale to był przecież Mały Rycerz, którego znały wszystkie dzieci. Najbardziej znana postać, zaraz po Hansie Klossie i po D’Artagnanie. Wybacz pan, panie Sienkiewicz. Musisz pan poczekać jeszcze trochę. Tymczasem idę oddać się obowiązkom matczynym („Maaaaaaaaamooooooooooooooooooo, piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiić!!! „Maaaamooooo a moje tamagotchi zrobiło dwie kupy!!!!…”).

Moje wszystko

Ratunku!

Jakąś godzinę temu ktoś zaczął dobijać się do moich drzwi i okien. Świecił po oczach zimnymi ogniami, fajerwerkami i ogłuszał petardami. Mały z otwartą buzią i z zachwytem przyglądał się nieznajomemu osobnikowi. Duży smacznie spał. Małżonek mrugał do mnie wiadomościami na gg. A ja przerażona myślałam jak się pozbyć intruza.. Niestety, nie udało się. Wdarł się siła i już się go nie pozbędę. Bo oto przyszedł do mnie Hałaśliwy, Trochę Pachnący Szampanem i Strzelający Bąbelkami, i Wcale Przeze Mnie Nieoczekiwany Nowy Rok. Siedzi na przeciwko mnie i uśmiecha się tajemniczo i trochę szelmowsko. Trąca mnie przyjaźnie i mówi: "nie bój się. Nie jestem taki straszny." I tak sobie myślę teraz, że może będzie całkiem fajny. Że może przyniesie jakieś zmiany na lepsze. Wraz z jego przyjściem obudziła się we mnie dawno uśpiona nadzieja na lepsze jutro. Wyciąga do mnie dłoń w przyjacielskim geście. Ja też podaję mu swoją. I tak sobie siedzimy ściskając swoje dłonie i robiąc plany na rok 2009. To jeszcze raz, tym razem już całkiem z przekonaniem: Szczęśliwego NR 2009 🙂 Żeby nie było wątpliwości, chodziło mi o Nowy Rok, nie o numerek… Aczkolwiek Szczęśliwych Numerków też Wam życzę 😉

Moje wszystko

Nie kop pana, bo się spocisz :D

 

 Chce mi się obejrzeć dobrą komedię. Ale taką naszą. Swojską. Myślę o „Poszukiwany Poszukiwana”. Mam na płycie, tylko musiałabym wstać i poszukać. I tu pojawia się problem, bo mi się nie chce. Mogłabym również obejrzeć „Kingsajz”. Albo „Rejs”. Albo w ogóle coś innego. Póki co skazana jestem na kanały dziecinne, ponieważ dzieci oblegają telewizor. Mamunia im nie przeszkadza, mimo że wie, że powinna pociechy wygonić, bo za dużo TV nie można. Ale tak prawdę mówiąc mam to w tym momencie głęboko w nosie, bo mam troszkę spokoju. Tak sobie myślę, trochę na swoje usprawiedliwienie, że przecież skoro oni mają ferie świąteczne, to i mnie się coś też należy, co? Poza tym właśnie obejrzałam „Magiczny Duet” na DC. I nawet mi było przyjemnie popatrzeć. Duży uświadomił mnie, że jutro nastąpi część druga i wcale nie mówię, że się nie skuszę. Wolę to niż miliony bezsensownych seriali, w których zazwyczaj dzieje się to samo i kiedy jest sezon na umieranie głównych bohaterów, to scenarzyści uśmiercają wszystkich jak leci. A kiedy sezon na problemy ciążowe, to wszystkie ciężarne serialówki leżą w szpitalu i dostarczają trosk swoim „rodzinom”. Ja mam swoje problemy. Nie chce mi się oglądać wymyślonych tragedii w serialach, które właściwie mają na celu dostarczanie rozrywki. Tymczasem przytłaczają i nudzą. Przynajmniej mnie.

 Dzieci właśnie przywarły nosami do szyby, bo za oknem jakiś niecierpliwiec wypróbowuje nowozakupione fajerwerki. Faktycznie ciężko poczekać do jutra. Nie przeszkadzałoby mi to wcale, gdyby nie to, że od ciągłych huków pies sąsiadki dostaje spazmów i wyje całe noce. Ze strachu. A ja całe noce nie śpię. Z nerwów. Jedną noc w roku jestem w stanie przetrzymać, ale nie dwa tygodnie. Zazwyczaj właśnie cała impreza fajerwerkowa trwa około dwóch tygodni. Najpierw trzeba tydzień przed Sylwestrem wypróbować co się kupiło, jakie daje to efekty świetlne i głosowe, i których kupić najwięcej. Później następuje Sylwester i punkt kulminacyjny. Natomiast kolejny tydzień poświęcany jest na wykorzystanie tego co pozostało, no bo co ma leżeć i się zmarnować? Oczywiście nie chcę tu wyjść na zrzędliwą babę, ale cholera jasna mnie bierze kiedy słyszę te hałasy i psy wyjące ze strachu. A zwłaszcza tego jednego tuż nade mną…   Sama miałam kiedyś psa, który na koniec roku dostawał choroby nerwowej od tych wszystkich wystrzałów. Nie chciała na dwór wychodzić, nie chciała jeść i nie chciała pić. Ze strachu właziła pod wannę i tam siedziała dopóki wszystko się nie uspokajało. Powtórkę miała na Wielkanoc, ale wtedy jakoś szybciej dochodziła do siebie. Nie mówię już o tych wszystkich śmieciach jakie zostają po takim strzelaniu. Fajnie się ogląda wieczorem te  wszystkie zimne ognie, race, petardy ale za to rankiem patrzeć na trawniki nie można. Syf, kiła i mogiła. Gdyby każdy sprzątnął po sobie pudełka po tych cudeńkach, to wyglądałoby wszystko od razu lepiej. Ech. Dopada mnie chyba jakiś dół związany z końcem roku. Nie lubię ani końca ani początku Nowego Roku. Mam świadomość, że jestem o rok starsza. Mam nadzieję, że będzie lepiej, a nigdy nie jest. No i trzeba zaczynać wszystko od nowa. Nowy semestr w szkole, nowy rok życia, nowe podatki i dużo innych nowych rzeczy. Wolę stare. Te co się już przyzwyczaiłam do nich. Poza tym nie lubię końca roku, bo jestem wtedy najczęściej sama. M jest pochłonięty obowiązkami w pracy. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam na zabawie sylwestrowej. Nie mówiąc już o wyjeździe jakimś. Tak sobie myślę czasami, że moje życie towarzyskie przerwane zajściem w ciążę, rozpocznie się na nowo kiedy moje dzieci dorosną i będą samodzielne. Życie mi się tak ułożyło, że po prostu nie ma ich z kim zostawić. Spędzają ze mną każdą chwilę. Idą ze mną do sklepu, do koleżanki, załatwiać sprawy urzędowe, prywatne, zdrowotne.. Kiedy byłam mała zawsze mówiłam, że swoje dzieci będę wychowywała sama. Nie oddam ich ani na chwilkę do żadnej babci. Kurczę teraz chętnie bym to zrobiła. Chociaż na weekend. Tak raz w miesiącu. Po prostu, żeby mieć czas dla siebie. Żeby pobyć trochę w ciszy. Żeby nie musieć godzić zwaśnionych, smarować podrapanych kolan, wycierać umorusanych buź, temperować połamanych kredek, robić picia itp., itd. Czy jestem wyrodną matką? Czy nie powinnam tęsknić za ciszą i spokojem? Nie żałuję, że mam dzieci. Są kochane, bez nich moje życie byłoby smutne i jakieś takie.. niefajne. Ale czasem chciałabym pobyć tylko z M. Okazuje się, że jest to bardzo trudne. Nie do wykonania wręcz.. Doceniajmy więc babcie i dziadków.

 Aaaaa i zapomniałabym. Kolczyki Świąteczne od mojej mamy 🙂 :

kolczyki

 P.S. Przepraszam za jęki. Musiałam..

Moje wszystko

4 latka Małego

 O rany! To już 4 lata. Zleciało z prędkością światła. Dopiero patrzyłam na mojego nowonarodzonego synka, opatuchanego w różne kocyki, wyglądającego przez to jak „ruska baba” – Matrioszka 😀 Urodził się o 22.52. Podobno drugie dziecko rodzi się łatwiej. A guzik prawda. Starszemu synowi wydostanie się na świat zajęło niecałe 6 godzin. Młodszy męczył mnie ponad 12.. Po kilku godzinach zdecydowałam się na znieczulenie zewnątrzoponowe, które w moim szpitalu oferowane było niedopłatnie. Przy starszym nawet o tym nie pomyślałam 😉 Jednakże kiedy tylko zobaczyłam mojego Maluszka, z pyzatą buzią, włoskami sterczącymi we wszystkie strony, natychmiast zapomniałam o całym bólu i męce. Fajny był. A dzisiaj siedzi umorusany czekoladą z pierników wśród wszystkich swoich prezentów gwiazdkowych i urodzinowych, i prowadzi interesujący monolog 🙂 Szkoda tylko, że nie udało nam się kupić tortu. Mimo oblecenia całego osiedla i okolicznych hipermarketów w poszukiwaniu jakiegokolwiek ciasta, pozostały nam tylko pierniki i Delicje. Ciasta przedświąteczne dostępne w sprzedaży jakoś nie budziły mojego entuzjazmu, o zaufaniu już nie mówiąc.. Trudno. Jedne urodziny bez tortu da się wytrzymać. Tym bardziej, że Mały sprzeciwu nie zgłosił, a wręcz przeciwnie, bawi się doskonale 🙂 Duży łazi za nim krok w krok i ściska go ukradkiem składając życzenia co 5 minut 😉 Zdaje się, że Mały ma już tego trochę dosyć, bo rączki ułożył w wiele mówiącym geście: „a siooooo..” 😀 Aktualnie obaj są zajęci układaniem wieży z klocków. Szkoda, że ten czas świąteczny tak szybko minął. Jutro M musi już iść do pracy. W środę Sylwester, którego i tak razem nie spędzimy. Nie wiem nawet czy zdążymy się zobaczyć chociaż na chwilkę 😦 Od jutra zaczynamy powtarzać angielski. Musimy też skończyć „Karolcię”. I powtórzyć conieco z lekcji, bo Dużemu wszystko z głowy wymiotło wręcz.. Ech. Smutny tydzień się zapowiada..

A tymczasem Happy Birthday Mały Trollu 😀

Happy Birthday

Moje wszystko

Turlam się :P

bo oczywiście kupiłam za dużo jedzenia. Mimo obietnic sobie złożonych i mimo tego, że naprawdę kupiłam mniej niż zwykle, to i tak okazuje się, że dużo za dużo. To ja już nie wiem ile mam kupować, żeby było dobrze. Przez to wszystko czuję się jak beczka wypełniona po brzegi. Ale za to nie żałuję ani kęsa ze zjedzonych smakołyków. W końcu raz się żyje. Teraz trzeba będzie poświęcić trochę czasu, żeby spalić to co na siebie wrzuciłam przez te kilka dni. Ale to dopiero po Sylwestrze. Teraz odpoczywam. A od Nowego Roku biorę się do pracy nad sobą, bo przecież, kurczaczki pieczone, wakacje za pasem 😉 Sylwestra planuję spędzić częściowo w naszym pokoju, częściowo w kuchni. Zajrzę też zapewne do pokoju chłopców i do łazienki, ale raczej skupię się na sofie i okolicach. Małżonek szanowny będzie nieobecny z racji wykonywanej pracy (buuu i wrrrr :/) Czeka mnie niezwykle fascynujący wieczór z dziećmi i telewizorem, w którym zapewne obejrzę doskonale znane już sobie pozycje filmowe, kabaretowe i muzyczne. Chociaż w tym roku poczułam się zaskoczona tym, że „Kevin sam w domu” został nadany tydzień przed Świętami, natomiast w Święta uraczono nas tylko drugą częścią przetrawionej już kilka razy przez nas wszystkich produkcji. Oczywiście za rok czeka nas zapewne powtórka, chyba, że nakręcą „Sam w domu 1001”..

 Wigilia minęła nam przyjemnie i szybko. Bez zakłóceń. Mikołaj zarzucił dzieci prezentami różnej wielkości i różnego przeznaczenia. Od zabawek pluszowych, poprzez gry, zabawki grające (dziękuję bardzo! ;/), świecące, chodzące, książki, karty Spidermana aż do interaktywnych psów i gier Net Jet, Magicznych Kostek Rubika i messengerów na baterie. Mały Troll doznał najszczęśliwszych chwil w swoim krótkim jeszcze życiu. Nie widziałam nigdy wcześniej takiej miny i nie słyszałam takiego śmiechu u niego. Dostał m.in.  wymarzony laptop edukacyjny i odkurzacz interaktywny. Bawił się tym wszystkim na raz, dodatkowo ściskając pod pachą wciąż zapakowaną pocztę 😀 Po powrocie do domu czekały ich kolejne wrażenia prezentowo-choinkowe, które zakończyły się nagłym padnięciem na twarz Małego około godziny 23.. Wczesnym rankiem zbudziły nas dźwięki z laptopa i gadającego odkurzacza oraz szczekającego i obwąchującego wszystko psa. Oraz pomruki zadowolenia Małego i Dużego. Patrzyłam tak i patrzyłam na moje bardzo szczęśliwe dzieci i sama byłam też bardzo szczęśliwa, że mimo braku śniegu, Wigilia była piękna. I mnie Mikołaj tym razem nie ominął, obdarowując nowymi ciuchami, kolczykami (faaajneeee! W kształcie bombek, a drugie w kształcie dzwoneczków sań Św. Mikołaja 😀 Pokażę kiedy indziej.), kosmetykami i całą toną słodyczy, której oczywiście sobie nie odpuszczę i zjem świadoma wszelkich zagrożeń wagowych jakie niesie za sobą konsumpcja danych smakołyków. A co tam! A jutro.. jutro Mały kończy 4 lata i spodziewamy się gości zapowiedzianych i niezapowiedzianych być może również, co wywołało u mnie lekką panikę, bo będę musiała niestety tyłek ruszyć i na poszukiwania tortu się udać. A miałam w planach ciasto, w razie gdyby tortu nie udało mi się dostać, bo jakoś w tym roku tak wyszło dziwnie.. Czarno to widzę niestety. M pojechał dzisiaj zatankować samochód na stację benzynową należącą do pobliskiego hipermarketu i przyjechał zniesmaczony strasznie, oznajmiając mi, że z powodu tłumów ledwo mógł wjechać na parking i przedostać się na stację. Jutro zapewne tłumy będą nie mniejsze, tak więc wstać trzeba o świcie i lecieć kupić coś nadającego się do osadzenia czterech świeczek i zjedzenia ze smakiem.

 Z wieści gorszych: Mały ma początki kataru, co zwiastuje rychłe zachorowanie, więc zaczynam się denerwować. Jeśli Mały zachoruje, to za kilka dni zachoruje również Duży. Martwię się.

Moje wszystko

Czekam na śnieg obiecany…

 Nasłuchałam się w tv, że zbliżają się śnieżyce, zamiecie i zawieje. Czyli prawdziwa zima. Podobno ma się zacząć dzisiaj. Wczoraj sprawdzałam pogodę w różnych serwisach internetowych, ale w żadnym nie napisano, że spadnie śnieg. A w jednym zapowiedziano nawet na piątek 30 stopni… Ja rozumiem, że globalne ocieplenie, że anomalia pogodowe, ale żeby w grudniu 30 stopni Celsjusza? Albo ja zgłupiałam, albo rzeczywiście koniec świata się zbliża. Tak czy siak, śniegu jak nie było tak nie ma. I nawet się nie zanosi. Nie tracę jednak nadziei na białe Święta. Mam do zrobienia jeszcze kilka rzeczy w domu. Z zakupami się już uporałam. To nic, że ręce mam wyciągnięte do ziemi, bo przecież ziemniaki, jabłka, mandarynki.. Nie lubię jak jest tyle dni wolnych pod rząd. Owszem, fajnie, że będziemy w domu wszyscy razem. Że spędzimy ze sobą kawałek czasu. Ale te zakupy mnie dobijają. I te dzikie tłumy. I nerwówa czy aby na pewno ze wszystkim się zdąży, czy czegoś się nie zapomniało kupić, czy któreś z dzieci nie zachoruje w ostatniej chwili. Obłęd. Wczoraj skorzystałam z okazji, że M wrócił do domu o odpowiedniej porze i udałam się na ostatni w tym roku trening do klubu. Latino dance. Całe szczęście, że nikt ze znajomych mnie nie widział 😀 Mieliby niezły ubaw. Ja tańcząca latino w stylu fitness 😀 Z krzywymi biodrami i bolącym kręgosłupem, to raczej przypominało taniec paralityka. Ale zabawa przednia. Myślę, że jeszcze się wybiorę pokręcić różnymi partiami mojego body i poskakać w gorących rytmach 😀 Tymczasem pędzę odpalić odkurzacz i machnąć nim ostatni raz mieszkanko, i już. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zasiądę przed telewizorem i rozpocznę swoje Święta już dziś wieczorem. A jutro… jutro zjem najpyszniejszą kapustę z grochem, przyrządzoną przez moją kochaną babcię. Już nie mogę się doczekać!

Moje wszystko

Gorączka :D

Ok. Jestem na chwilkę, żeby podejrzeć co u Was słychać. Zaczęłam dzisiaj przygotowania do Świąt i wpadłam w odpowiedni rytm, nie chciałabym się wybić. Chociaż właściwie to na dzisiaj już skończyłam. Pozostały mi tylko jakieś małe kosmetyczne sprawy. Czy u Was też wczoraj spadł paskudny śniegodeszcz? U mnie padało pół dnia. Mazia z nieba sprawiła, że nogi miałam mokre do kolan. I przy okazji odkryłam, że moje super obuwie wcale nie jest takie super, bo przemięka. I muszę kupić nowe, chociaż w budżecie na sezon zimowy, nowe buty dla mnie nie były przewidziane… No ale co, mam latać z mokrymi nogami całą zimę? Chyba jednak nie.

Na moim osiedlu szał. Wszyscy z obłędem w oczach biegają po sklepach i kupują tony żarcia. Poszłam dzisiaj, jak co sobotę, na zakupy. Ledwo się przeciskałam pomiędzy kupującymi. Rynek został oblężony przez handlarzy ze stoliczkami turystycznymi, na których piętrzą się stosy lampek choinkowych, bombek, zabawek i Mikołajów na baterie. Dzieci wleczone za rączki za rodzicami, babciami i dziadkami, łażą z otwartymi buziami, gapiąc się na to wszystko i powodując zatory w przejściach. Rodzice, babcie i dziadkowie dźwigają potężne siaty z mandarynkami, wędlinami, śledziami, chlebami i innymi smakołykami, stają nad Mikołajami na baterie i wybrzydzają: „bo ten Mikołaj jest za gruby, a tamten ma za krótką brodę..” Ja ze swoją jedną torbą wyglądałam dziwnie. Miałam wrażenie, że ściagają mnie spojrzenia wszystkich innych kupujących. A z każdej strony prawie słyszałam szepty: „to ta, co głodzi swoją rodzinę w Święta. Kupiła tylko kilka rzeczy. WSTYD!!!”. Uciekłam. Na świąteczne zakupy pójdę we wtorek. Z jedną torbą.

Moje wszystko

Nareszcie :P

 No i doczekałam się. Piątek. Ostatni dzień szkolny w tym roku kalendarzowym. Ostatni dzień, w którym musiałam latać z wywieszonym jęzorem i z dwójką dzieci uczepioną u obydwu rąk. Teraz czeka mnie dwa tygodnie słodkiego „nicnierobienia”. Tzn owszem, będę robiła różne rzeczy, ale nie tknę lekcji Dużego. Oprócz angielskiego. I oprócz „Karolci”, która jest lekturą obowiązkową na po świętach. Od jutra biorę się za porządki. M obiecał, że zajmie się Trollami. No i fajnie. Nie lubię sobie przerywać roboty.

 Duży mnie dzisiaj zagiął. Zapytał Małego:

– Mały, czy ty oszalałeś?

– Nie – odparł Mały.

– To było pytanie retoryczne..- odparował Duży z ironią w głosie. 

Dżizas. Mój syn dorasta i wie co to jest pytanie retoryczne, mimo, że o tym jeszcze się nie uczyli. Wie dokładnie co to znaczy, bo go zapytałam i wyklepał regułkę.. Muszę uważać co mówię przy nim, bo gotowy pobić mnie moją własną bronią. Poza tym Duży przytargał ze szkoły opowiastkę. Otóż pan od religii zapytał dzisiaj dzieci, ile potraw podaje się na stół wigilijny. Duży z dumą odpowiedział, że dwanaście. Pan dziecię pochwalił i zadał kolejne pytanie: „kto wie co to jest pasterka?”. Duży zachęcony poprzednim powodzeniem, zgłosił się do odpowiedzi i odpalił: „taka pani co pasie owce” 😀 No w sumie miał rację i zupełnie nie rozumiem dlaczego pan powiedział, że nie… 😀

Moje wszystko

Już niedługo…

 Jeszcze jeden dzień i koniec szkoły. Na dwa tygodnie mam święty spokój od nadzorowania Dużego przy różnych szkolnych i pozaszkolnych czynnościach. Tylko zastanawiam się, czy wytrzymam ciągłą obecność obu trolli w pobliżu. Obaj gadają jak nakręceni. Obaj zadają setki pytań. Obaj robią różne głupie rzeczy. Bywam nimi zmęczona. Tak jak dzisiaj na przykład.
  Duży ma jutro w szkole Wigilię. Wczoraj poinformował mnie, że ” Pani powiedziała,
że w piątek mamy przynieść coś do jedzenia..”. No ok, ale co? Szynkę? Kapustę z grochem? Zupę grzybową? „Aaaaa, bo my choinkę będziemy ubierać w klasie..” – przypomniało się Dużemu. Hmmm. I dlatego trzeba przynieść jedzenie? Makaron z grzybowej będzie za łańcuch robił? A groch z kapusty za bombki? Postanowiłam na wszelki wypadek zapytać dzisiaj pani co też konkretnie za jedzenie miała na myśli. Okazało się, że dzieci mają przynieść albo paczkę ciastek, albo sok, albo paluszki, albo jakąkolwiek inną przekąskę.. Cholera a ja już byłam gotowa do garów stawać i potrawy wigilijne przyrządzać na potrzeby szkolne. Bo na te Wigilijne, to teściowa przygotowuje. Tzn powiedzmy, że przygotowuje.. Ale o tym to może kiedy indziej. No i miałam te nieszczęsne ciastka kupić w drodze ze szkoły do domu, ale wyleciały mi z głowy, bo Duży zlazł do szatni zaryczany. Myślałam, że nie wiadomo co się stało, tymczasem dodatkowe zajęcia z angielskiego zostały dzisiaj odwołane i dziecię moje spędziło całą godzinę lekcyjną w świetlicy, do czego przyzwyczajony nie jest. I przestraszył się biedny, że pani go na czas do szatni nie sprowadzi.. Wrażliwe to dziecko moje ponad miarę i przez to kłopoty nieraz ma. No ale jak już mnie zobaczył, to zrobił ostatnie „buuuuu” i się uspokoił. Wróciliśmy do domu, odwaliliśmy lekcje, wrócił M a teraz Trolle grzebią w googlach w poszukiwaniu Reksia – przytulanki, bo aktualnie Duży na to ma zapotrzebowanie. Nie mógł wcześniej? Po stokroć  wolałabym zakupić Reksia niż transformersa. Którego zresztą zostawiłam u teściówi i teraz nie pamiętam co kupiłam.. No ale cóż. Dużemu upodobania zmieniają się co 5 minut. Punkt do zapamiętania na przyszły rok: zabawki dla Dużego kupować najwcześniej dwa dni przed gwiazdką, bo wtedy jest szansa, że będą najbardziej aktualnie pożądane.

Moje wszystko

Dziadziuś jest najlepszy

Duży zapytał dzisiaj Małego:

– Kim chciałbyś zostać jak dorośniesz?

Mały bez chwili zastanowienia:

– DZIADZIUSIEM!!!

 Hmmm może to i dobry pomysł.  Bycie dziadziusiem musi być fajne. Dziadziuś przychodzi do wnuków, kiedy mama musi wyjść pozałatwiać różne ważne sprawy. Dziadziuś włącza bajki, które mama włącza niechętnie. Dziadziuś gra w gry, czyta książeczki kiedy tylko wnuczek poprosi, nosi na rękach, kupuje zabawki, pozwala włazić sobie na głowę. Dziadziuś jest najlepszy. I pozwala jeść Grześki przed obiadem. Dlaczego mama nie może być takim dziadziusiem? Ano nie może. Mama musi być mamą. Musi odrabiać lekcje z synem, musi sprzątać, prać, gotować, latać po różnych instytucjach, zawozić dzieci na różne zajęcia i robić jeszcze milion innych rzeczy. Kurczę no mama po prostu nie ma czasu być dziadziusiem. Ani nerwów. Ale mama obiecuje, że kiedyś w przyszłości zostanie dziadziusiem. Tylko w żeńskim wydaniu 😉

P.S. Duży zapytany czy też chciałby być Dziadziusiem odparł:

– Chciałbym mieć wnuki, ale nie chciałbym mieć dzieci…

 Ciekawe jak rozwiąże ten problem…