Tydzień temu w poniedziałek zapytałam chłopaków czy chcą jechać ze mną sprzątać groby. Mały strasznie się zatrwożył i nie wyraził chęci uczestniczenia w sprzątaniu, bo myślał, że będziemy otwierać pomniki i odkurzać w środku. Mimo wyjaśnień nie pojechał. Duży też nie chciał, bo nie lubi się przemęczać. To był wstęp do Dnia Dzisiejszego, czyli do Wszystkich Świętych. Rano wybieraliśmy się z M na grób mojegoTaty. Tym razem i Mały dał się przekonać, pojechaliśmy we trójkę. Duży w tym czasie odrabiał lekcje. Groby moich dziadków odwiedziłam wczoraj, nie planowałam iść na nie i dzisiaj. Około 17 popatrzyłam za okno. Pomalutku zaczęło się ściemniać. „Idę na cmentarz!” – powiedziałam. Mały zerwał się na równe nogi: „ja też! Idę z Tobą”. Potem i Duży się zdecydował, więc poszliśmy. Postanowiliśmy w jedną stronę pojechać autobusem. Całą drogę rozmawiałam z Dużym nad sensem jego terapii, ponieważ Duży tego nie znosi i uważa, że to cały świat powinien iść na terapię, żeby zrozumieć jego i dostosować się do niego. Wysiedliśmy pod cmentarzem. Przez jezdnię, w obie strony, maszerowały duże grupy ludzi. „Mama, czy to są turyści?” – zapytał Mały. Z trudem powstrzymałam śmiech i wyjaśniłam dlaczego tylu ludzi idzie na cmentarz. Kupiliśmy znicze, przy głośnym aplauzie Dużego, który krzyczał: „kupmy dużo! Lubię rozpalać ogień!” Nie kupiliśmy dużo, ale za to z aniołkami, bo te się podobały Małemu. Przecisnęliśmy się przez różne stoiska z kwiatkami, zniczami, obwarzankami. „Balony z helem! Popcorn!” – zakrzyknął Mały. Ledwie udało mi się skręcić w odpowiednią stronę do wejścia na cmentarz, ale i tak musiałam wysłuchać przemowy na temat walorów smakowych prażonej kukurydzy. Na cmentarzu było bardzo nastrojowo. Zanim tam dojechaliśmy, zrobiło się już całkiem ciemno, więc płonące znicze i ludzie spacerujący całymi rodzinami, tworzyli malowniczy widok. Coś zaszeleściło pomiędzy grobami. „Ałaaaa” – wrzasnął Mały. „Co to było, co to było!?” – zapytał Duży. „Chyba jakiś liść, albo torebka” – starałam się zachować spokój, ale obejrzałam się z niepokojem za siebie. „Co to za dziwny pomysł, żeby w chrześcijańskie święto ludzie zakładali dzieciom rogi na głowy?” – Duży skomentował rodzinę idącą przed nami, gdzie dzieci miały na głowach błyskające czerwienią i fioletem rogi. „Mamooo, wiesz co jest moim największym marzeniem na świecie? Mieć takie rogi! Oświetlałyby mi drogę w ciemności!” – powiedział Mały. „Kupimy? Widziałem takie na cmentarzu!” Ja też widziałam. Przed wejściem. Powoli zaczynałam się denerwować. Ludzie chodzili coraz wolniej i wolniej, a ja chciałam wyjść z cmentarza coraz szybciej i szybciej… Przeszliśmy obok krzyża, pod którym jak co roku paliło się mnóstwo zniczy. Widok ten sprawił, że poleciała mi łza, czy dwie. „Dlaczego moi koledzy mają dwóch dziadków, a ja tylko jednego? To niesprawiedliwe!” – krzyknął Duży. „Ja też miałam tylko jednego dziadka” – pocieszyłam Dużego. Zapaliliśmy znicze na grobach i skierowaliśmy się do wyjścia. „Mama! Rogi! Kuuuuuup mi!” – Mały dojrzał obiekt swojego porządania. Kupiłam. Poszliśmy dalej. „Ja też bym chciał. One lepiej pasują do mnie, a nie do niego!” – przypomniało się Dużemu. Wróciliśmy i kupiliśmy drugie rogi. I jeszcze Afrykanki dla M. A potem poszliśmy prosto do domu. Dobrze, że Wszystkich Świętych przypada tylko raz do roku.