Moje wszystko

Wspomnienie Dużego

 Zapytaliśmy dzisiaj Dużego: Czy pamiętasz jak chodziłeś do przedszkola? Pamiętasz jak strasznie płakałeś?

Duży: No pewnie, że pamiętam.

M: I gdzie było lepiej w przedszkolu czy w szkole?

Duży: W przedszkolu.

Ja: No widzisz, zawsze Ci mówiłam, że przedszkole jest fajne. Fajniejsze niż szkoła.

Duży (zdezorientowany): Aaaale ja myślałem, że pytacie gdzie mi się lepiej płakało. A w przedszkolu płakało mi się dużo fajniej niż w szkole..

Rozłożył mnie tym na obie łopatki. Oboje z M turlaliśmy się ze śmiechu.

 


Dzisiejszy dzień jest dziwny. Nie wyspałam się w nocy. Mały przychodzi do nas regularnie odkąd zachorował. I bynajmniej nie leży spokojnie, tylko łazi po całym łóżku. Raz śpi w nogach, raz na naszych głowach, a szczególnie upodobał sobie moją poduszkę i tu lubi spać w poprzek. Z uwagi na to, że jest chory nie wyganiam go, bo może się źle czuje? Kiedy pytam go dlaczego nie śpi w swoim łóżeczku odpowiada: „Aaa bo mi tam niewygodnie”. No ale mi jest niewygodnie tu.. Mam nadzieję, że wkrótce wszystko wróci do normy, bo wstaję z obolałymi ramionami i zdrętwiałymi odnóżami. Dzisiaj dla odmiany doszedł jeszcze ból głowy. Co za beznadziejne uczucie. Pół czaszki rozsadza od wewnątrz jakieś dziwne ciśnienie. Marzę o chwili ciszy, ale chłopcy czują się coraz lepiej i o ciszy mogę na razie zapomnieć. Oczywiście, że się cieszę, że zdrowieją. Niechby już nawet całkiem wyzdrowieli. Zabrałabym ich na dwór i niech sobie hałasują do woli. Mamunia tymczasem mogłaby w spokoju pogapić się na nisko zawieszone na niebie słońce, wrony łażące po żółtej i zniszczonej zimą trawie, na opatuchanych szalikami i ciepłymi kurtkami ludzi, na nastolatki z gołymi nerami i czerwonymi od zimna nosami i policzkami, bo przecież założenie czapki i dłuższej kurtki to w tym wieku obciach. (Obciach? Czy ktoś wogóle uzywa jeszcze takiego określenia?? Teraz się chyba mówi, że to siara. Ale głowy uciąć sobie nie dam). Ech. Pan Doktor OstatniaDeskaRatunku powiedziała, że możemy wyjść jak będzie troszkę mrozu i słońce. Ale jak na złość mróz ustąpił. Słońce wprawdzie wylazło, ale jednak boję się ich zabrać na spacer w tej chwili. Może za kilka dni.. Mam nadzieję, że Mały wytrzyma, bo codziennie pyta mnie czy już się ubieramy i idziemy kupić kinder niespodziankę i kabel. Kabel jest konieczny, bo bez niego nie można oglądać Teletubisiów na dvd. A stary kabel uległ uszkodzeniu i nie chce działać. Paskudny no.

 

Znów oglądam „Transformersy”

Moje wszystko

Ciasteczka maślano – korzenne

 Chłopcy postanowili, że chcą upiec ciasteczka. Takie proste maślano – korzenne. Akurat miałam w domu wszystko co potrzeba, więc zgodziłam się, chociaż naprawdę mi się nie chciało. Oczywiście pomyślałam, że wstawię zdjęcie i przepis na bloga. I całkiem niechcąco wymyśliłam, że założę drugiego bloga o moich kulinarnych zmaganiach. Wprawdzie nie zmagam się z tym codziennie i równie dobrze mogłabym pokazywać wszystko tutaj, ale ostatnio coraz częściej myślę o tym całym gotowaniu i mógłby tu powstać prawdziwy misz – masz, więc blog kulinarny jest. Wstawiłam nań poprzednie moje zdjęcia i przepisy, żeby nie był taki „łysy” 😀 Tak więc jeśli chcecie obejrzeć dzieło moich chłopców to ciasteczka maślano – korzenne są tu. Nawet jeśli mój zapał zgaśnie, to za jakiś czas powróci, więc blog i tak się przyda 😀 Zatem wszystko zostało uporządkowane i wygląda nieźle. Jednocześnie wszelkie uwagi i sugestie dotyczące mojego gotowania są mile widziane 😀 Postanowiłam bowiem, że spróbuję wziąć tego byka za rogi, tym razem na serio. Ale tylko wtedy, kiedy czas mi na to pozwoli. I chęci 😀 A chęci może będą, bo mama działa i zbiór bibelotów kuchennych rośnie. A ja się cieszę jak nigdy dotąd i czekam na nie z niecierpliwością 🙂

Moje wszystko

Puste miejsce w pokoju

 Rozebrałam wreszcie choinkę i zrobiło się strasznie pusto. Duży powiedział, że jak dorośnie, to ubierze choinkę tylko raz i będzie stała tak przez cały rok. Zrobiło mi się smutno, bo w gruncie rzeczy lubię Święta i choinkę i Mikołaja.. Ze smutku zjadłam trzy batoniki w czekoladzie z kokosem i z migdałem na wierzchu i teraz jest mi jeszcze bardziej smutno. Była dzisiaj Pani Doktor OstatniaDeskaRatunku. Jest duża poprawa u jednego i u drugiego syna. Strasznie sie ucieszyłam, bo już od tych zmartwień i myślenia non stop o tych wszystkich lekarzach, chorobach i lekach prawie wpadłam w depresję. Zadzwoniła też do nas pani Ewa – logopeda i odwołała wizytę, bo idzie na urlop. Dla mnie to lepiej. I tak miałam dzwonić i odwoływać, no bo jak mam ich zabrać takich kaszlących i kichających na ćwiczenia języka? Pogoda zrobiła się fatalna. Słońca nie ma wcale a wcale, za to są wstrętne chmury i odwilż. Znowu tęsknię za mrozami i sniegiem. Przecież kupiłam sobie nowe buty i nie zdążyłam się pocieszyć, że nie przemakają.. Wczoraj byłam na zebraniu semstralnym w szkole. Jestem dumna z mojego synka 🙂 Pani bardzo go chwaliła, że pomimo swojej nieśmiałości coraz częściej zaczyna brać udział w lekcji, zgłasza się do odpowiedzi i jest bardziej odważny. Powiedziała też, że posiada dużą wiedzę i potrafi się ładnie wypowiadać. W ocenie opisowej również wypadł bardzo dobrze. W porównaniu z rokiem ubiegłym jest świetnie. W zeszłym roku miał mnóstwo zaległości z powodu ciągłej absencji, spowodowanej licznymi zapaleniami oskrzeli. Chorował co dwa tygodnie. Starałam się nawet o nauczanie indywidualne, bo już nie dawałam rady finansowo z tymi lekami i lekarzami (znów Pani Doktor OstatniaDeskaRatunku). Niestety komisja rozpatrująca moje podanie uznała, że musi chodzić do szkoły, bo powinien jak najwięcej przebywać z rówieśnikami z powodu swojej nieśmiałości. Ludzie! A co z jego zdrowiem?? Miałam opinie od dwóch lekarzy specjalistów pulmonologów, gdzie czarno na białym było napisane, że wskazane nauczanie indywidualne, bo on nie ma kiedy odporności nabrać między chorobami. Co pójdzie do skzoły to od nowa chory. Oszaleć można. Dobrze, że decyzję odebrałam w tym momencie, keidy nie było na kogo nawrzeszczeć, bo chyba rozniosłabym te panie psycholog i pedagog na strzępy. Owszem przysługiwało mi odwołanie od decyzji, ale trwałoby to kolejne dwa miesiące, a już był marzec.. Zresztą Duży właśnie w marcu przestał chorować. Po prostu nagle wszystko się ucięło. Nikt nie wie dlaczego, ale wszyscy się cieszyli. Jednakże zaległości w szkole pozostały i nadrabiamy je mozolnie w tym roku, stąd moja radość z pochwał wychowawczyni odnośnie postępów w nauce Dużego. Od poniedziałku zaczynają się ferie zimowe. U nas ferie zaczęły sę już w zeszłym tygodniu, wraz z chorobą Dużego. Teraz czeka nas nadrabianie zalgłości z tego czasu. No i przecież jeszcze ten angielski.. Sprawdzian półroczny przed nim. Na szczęście uczy się chtnie, więc mam nadzieję, że nie wszystko z głowy wyleciało i wystarczy powtórzyć to, czego się nauczył.

 Dzisiaj zaplanowałam oglądanie "Rysia". Po "Misiu" i "Rozmowach kontrolowanych" i tym razem spodziewam się dużej dawki humoru. Nie miałam okazji jeszcze obejrzeć tego filmu. Wogóle jeśli chodzi o filmy, to jestem baaaardzo do tyłu. Przy okazji podłączenia cyfrowej kablówki, dostaliśmy miesiąć płatnych kanałów za darmo. Tak więc miałam okazję obejrzeć "Ghost Ridera" i jestem zachwycona. Oczywiście, że Nicolas Cage jest boski. Nawet jak ma płonącą czaszkę zamiast głowy. Nie jestem wielbicielką komiksów, ale muszę przyznać, że film jest zrobiony świetnie. Obejrzeliśmy też "Spidermana 3". Bardziej mi się podobała częśc 1 i 2. Doszły też "Transformersy" i "W rytmie hip hopu 2". Ten ostatni to coś dla mnie. Romans muzyczno – taneczny w stylu Step up i Dirty Dancing. Co ja poradzę, że lubię takie filmy.. A jeszcze jak jest moment do płakania to już wogóle.. 😀 Cieszę się, że jutro jest sobota i M wreszcie pobędzie z nami w domu. Stęskniłam się za nim, bo cały tydzień, łącznie z poprzednim weekendem gdzieś biegał. Głównie naprawiał komputery. Dziwny zbieg okoliczności, ze nagle większości naszych znajomych popsuły się pecety. Mam nadzieję, że to już koniec komputerowych potyczek, bo chciałabym wreszcie spędzić trochę czasu z własnym mężem. I zastanawiam się nawet, czy nie podkraść mu ukradkiem telefonu. Mogłabym udawać, że wogóle nie wiem gdzie się podział i znaleźć go przypadkiem dopiero w niedzielę późnym wieczorem ;>  Może dam szansę znajomym na niedzwonienie, a jeśli się nie uda, to wtedy pomyślimy (hahaha <szatański śmiech> ;)…

Moje wszystko

Uwaga! Gotuję! (spowiedź najgorszej kucharki świata)

 Na moich drzwiach kuchennych powinna znaleźć się tabliczka z napisem: Uwaga, zła kucharka!.. Czy z niechęcią do gotowania człowiek się rodzi, czy nabywa się jej w miarę upływu czasu? No dobra niechęć to dopiero połowa problemu. Do tego dochodzi całkowita nieznajomość tematu. Nie no wiadomo, że potrafię ugotować rosół. A co za tym idzie umiem też ugotować pomidorową i jarzynową. Barszcz biały też obleci. Inne nie wchodzą w grę, bo nie lubimy. Na całe szczęście! Umiem też ugotować ziemniaki, ale żółte. Białe zawsze mi się rozwalają po całym garnku. Ryż gotuję tylko parboiled, bo żebym nie wiem jak długo go gotowała, to się nie klei. Zazwyczaj gotuję długo, bo wstawiam i zapominam. Jajko na miękko prawie zawsze jest na półtwardo lub twardo. Najczęściej robię kotlety z kurzęcego biustu. W tym temacie doszłam niemalże do perfekcji. Ostatnio w naszym menu pojawiły się również skrzydełka kurze w miodzie. No sos umiem też ugotować. Gulaszu już nie, bo i tak wychodzi sos.. Do niedawna naleśniki były dla mnie czarną magią. Żebym nie wiem co robiła, to cholerne ciasto było za gęste / za rzadkie / za słone / nie nadawało się do niczego (niepotrzebne skreślić). Z ciast umiem zrobić ciasto marchewkowe z bajeczną polewą waniliową z serków homogenizowanych. Kiedyś robiłam też tartę rabarbarową, ale bez rabarbaru. Zastępowałam go czymś innym, ale nie pamiętam czym. Zresztą karteluszek z przepisem wsadziłam gdzieś, żeby nie szukać.. Jak łatwo się domyśleć, zaginął na amen. Umiem też zrobić kilka sałatek, które zazwyczaj nie mają nazwy, bo składniki dobieram wg swoich upodobań. Najbardziej lubię sałatkę z serem feta i wszystkimi paprykami, ogórkami, sałatami, pomidorami itd., itp. Mój mąż jest człowiekiem świętym, ponieważ zjada wszystko co ugotuję bez jednego skrzywienia. I jeszcze mówi, że dobre! Czasem mam zryw i robię coś wymyślnego. Moim daniem popisowym jest lazania. Oczywiście z sosem bolońskim i beszamelem. Pomimo tego, że przepis na sos boloński posiadam dosyć dokładny, jednak idę po najmniejszej linii oporu i kupuję gotowy sos w słoiku. Beszamel przez dwa lata robiłam tak samo, czyli w przepisie było napisane, że ma zgęstnieć, moje nie gęstniało nigdy.. Raz przez przypadek (gadałam w trakcie mieszania przez telefon) robiłam wszystko dwa razy wolniej i ostrożniej, i zgęstaniało! Ku mojemu najszczerszemu zdziwieniu, beszamel wychodzi mi teraz taki jak powinien. Raz zrobiłam pierogi. Z mięsem. To była jedyna rzecz, która wyszła mi za pierwszym razem 😀 Ale co z tego, kiedy już nigdy później nie spróbowałam? Umiem robić fantastyczną golonkę w piwie. Ale z uwagi na jej tłustość nie można jej serwować codziennie.. Poza tym trzeba mieć coś, co się serwuje na smaczek raz na jakiś czas. Taka uczta dla podniebienia. Umiem też ugotować pyszne leczo, ale to raczej żadna filozofia, bo każdy to potrafi. Żebym nie wiem jak się starała to jakoś to całe gotowanie mi nie wychodzi tak jak powinno. Owszem jak się przyłożę, to umiem zrobić coś dobrego. Te rzeczy, które robię na co dzień też są zjadliwe. W końcu jemy je wszyscy i wciąż żyjemy 😉 Mój zapał, który czasem się budzi ze snu, równie szybko znika. Czy istnieje dla mnie jakaś szansa na bycie przeciętną chociaż kucharką? Zrobiłam pierwszy krok w tym kierunku. Moja mama lubuje się w akcesoriach kuchennych wszelkiego rodzaju. Poprosiłam mamę, żeby kupiła mi trochę z tych cudeniek według własnego uznania. Może posiadanie wszelkiego rodzaju miarek, łyżeczek, patelenek, nożyków i innych dupereli, skusi mnie do poświęcenia więcej czasu na wyczarowywanie dobrego jedzonka. Co tu dużo gadać, lubię gadżety i istnieje duże prawdopodobieństwo, że dzięki nim polubię gotowanie choć trochę. Poza tym przeglądam z lubością blogi kulinarne i już znalazłam kilka pozycji, które wydają się proste do przyrządzenia i chciałabym spróbować je przyrządzić. Póki co dzisiaj zabłysnęłam naleśnikami z farszem a la tortilla. Oczywiście farsz zjem ja i M, bo Duży woli dżem a Mały woli kotleta 😀 Zatem przedstawiam rzeczone naleśniki:

naleśniki a la tortilla

 Mięsko z kurzego biustu, pokrojone w cienkie paseczki, przyprawione (wg uznania. Ja dodałam Season Salt, paprykę, sól czosnkową, przyprawę do gyrosa, bo muszę ją skończyć zanim straci smak i zapach ;)). Kupiłam warzywa na patelnię z przyprawą orientalną. Podsmażone mięsko wymieszać z warzywami. Usmażyć naleśniki, im większa patelnia tym lepiej się zawijają. Farsz wykładać na naleśniki i zawijać tak jak tortillę. Polać sosem, na który aktualnie mamy chęć. Ja użyłam czosnkowego, bo czosnek dobry na choroby 😀 Ale równie dobrze można dodać pomidorowego, albo ostrego barbecue. I to byłoby na tyle moich szaleństw kuchennych. Teraz nastąpi dłuższa przerwa w tym temacie, chyba, że pojawi się chęć na ciasto marchewkowe. Jestem przekonana, że potrafię ugotować też mnóstwo innych rzeczy, tylko jeszcze o tym nie wiem. Ale jestem dobrej myśli 😉

P.S. Duży stał przy mnie kiedy mieszałam kolorowe warzywa na patelni i zachwycał się nimi. Z radością zauważył fasolę i wykrzyknął: „ale bym chciał iść z tatą zbierać fasolę! We wakacje! Marzę o tym!”. Ciekawe czy M też marzy, aby zrywać z synem fasolę w lecie. Muszę go zapytać 😀

Moje wszystko

Iść czy nie iść? – Oto jest pytanie..

 Poszłam. Mimo tego, że jeszcze nie skończyłam antybiotyku. Moje mięśnie stęskniły się za wysiłkiem. Postanowiłam sobie jednak, ze jeśli podczas wojaży na stepie, poczuję zmęczenie, czy kłucie w klatce, to po prostu wyjdę. Wytrzymałam. Mimo intensywnego układu, dałam radę. Nie licząc małego potknięcia podczas finału, kiedy to instruktorka włączyła takie migające kolorowe pizdryki w rogach sali. Ni cholery przy takim świetle nie mogę równowagi utrzymać. W efekcie stałam pod ścianą całe dwa układy na obie strony, a później poprosiłam o wyłączenie świateł, bo kurczę przecież płacę za to, żeby poćwiczyć, a co! 😉 Zmęczyłam się trochę, nie powiem. Jednak osłabienie jeszcze nie przeszło do końca. I tak sobie myślę, że piątkowe zajęcia na kręgosłup to sobie daruję. Ze względu na to, że sala jest zawsze wychłodzona i trzeba leżeć na podłodze. Mogłabym się załatwić na amen. Aaaaa no właśnie.. teściowa dzwoniła, że teść jest chory. Jeśli na to samo co ja i chłopcy, to szczerze współczuję, bo za chwilkę nie będzie mu się chciało jeść, pić, wstać i w ogóle nic..

 Wczoraj kiedy smażyłam kuleczki w sezamie, całkiem niechcąco włożyłam rękę do patelni z gorącym tłuszczem. Dopiero dzisiaj poparzenie dało o sobie znać i piecze jak diabli. Do tego sezam w zetknięciu z gorącym olejem, strzela na patelni jak popcorn. Więc kochane uważajcie i nie popełniajcie moich błędów. Nie wkładajcie rąk do gorącego tłuszczu i nie nachylajcie się nad patelnią podczas smażenia sezamu! Pamiętajcie: ręka i patelnia – nie!!

 Dzisiejszy dzień zaliczam do udanych. Zrobiłam nowe kolczyki, które pokażę jutro, bo dzisiaj już za ciemno, żeby fotografować cokolwiek. Mały zjadł sporo na obiad, więc wiem, że pustego żołądka nie ma. Wieczór zakończyłam chipsami paprykowymi (miałam być na diecie… eeeeeech). Teraz czas wskoczyć pod prysznic i mam zamiar popatrzeć na księdza Żmijewskiego.  Dobrej nocy 🙂

 Acha, no i przecież zapomniałabym: wszystkim Babciom, z okazji Dnia Babci życzę zdrowia, szczęścia, radości i samych uśmiechów na codzień!

Moje wszystko

Obiadowo

 Wczoraj M zapytał: „kiedy zrobisz mi znów coś dobrego do jedzonka? Od tamtych naleśników nie jadłem nic tak dobrego..”. Taaaa, jakoś do tej pory mi nie były w głowie szaleństwa kulinarne. Nie jestem w nich mocna zresztą, jak już niejednokrotnie wspominałam. Zastanawiałam się jednakże co by tu zrobić, żeby dzieci zjadły.. Z Dużym problemu nie było, bo sam sobie zażyczył makaron z serem. Ale Mały jest mięsożerny i kotlety mu się marzą. Udałam się nawet po poradę do Andzi. Podpowiedziała mi kurczaka w fajnej panierce. Niestety wieczorne zakupy zaowocowały tylko mielonym, bo w poniedziałki jakoś mięsne sklepy u nas nie funkcjonują. Zresztą my bardzo lubimy kurczaka i jemy go często, ale chciało mi się czegoś innego.. Ponieważ Duży po wieczornej dawce leków od OstatniejDeskiRatunku wstał dzisiaj jak nowo narodzony (huraaaaaa, jest lepiej!), miałam czas na małe szaleństewko, w wyniku którego powstały takie oto kuleczki mięsne w sezamie.

kuleczki mięsne w sezamie

Mięso mielone przyprawiamy według własnego uznania (ja dałam przyprawę do mielonego, przyprawę do gyrosu, czosnek granulowany, namoczoną bułkę, jajko), nie dodałam cebuli. Z mięska formować małe kuleczki, obtoczyć w prażonym sezamie i smażyć. Muszę powiedzieć, że najpierw zrobiłam jedną na próbę, bo pomyślałam, że jak będzie niedobre, to kto to zje.. Ale mi bardzo posmakowało, więc nawet jeśli M nie będzie chciał, to sama zjem 😛 Oczywiście zrobiłam też kuleczki mięsne bez sezamu. Dla Małego. Bo on jednak woli tradycyjnie i bez udziwnień 😉 I jak to wygląda od Waszej strony?

Moje wszystko

Mamo zrób mi „muchalację”

 Ponieważ Duży kaszle i kaszle, a temperatura nas nie opuszcza i objawia się raz w postaci 38 stopni a raz 37,4, wezwałam na pomoc naszą Panią Doktor OstatniaDeskaRatunku. Pani Doktor pracuje w szpitalu dla dzieci ze schorzeniami oskrzeli i płuc i jest świetnym specjalistą, aczkolwiek nie tanim. Jednak w tej chwili w nosie mam, że za wizytę muszę wybulić 150 zł, bo wiem, że jest skuteczna. Wzywamy ją zawsze w przypadkach tzw beznadziejnych. Pani Doktor przyjechała do nas dzisiaj około 13. Zbadała w pierwszej kolejności Dużego. No i teraz dziękuję Bogu, że ją wezwałam. Bo Duży ma zmiany w płucach.. Jeśli czekałabym jeszcze dłużej, to chyba nadawałby się tylko do leczenia szpitalnego, a tak jest szansa, że uda się go wyprowadzić na prostą w domu. OstatniaDeskaRatunku zmieniła antybiotyk i wszystkie inne leki. Wypisała z tuzin recept i całą litanię co podawać kiedy i jak. I w czwartek kazała dzwonić. Jeśli będzie nadal źle to Duży pójdzie do szpitala. Mam jednak nadzieję, że obejdzie się bez tego. Do tej pory po interwencjach Pani Doktor, nawet w naprawdę ciężkich przypadkach, obywało się bez szpitala, więc dlaczego miałoby być inaczej i tym razem? Pocieszam się jak mogę. Poza tym jest też dobra wiadomość. Z Małym jest stanowczo dużo lepiej niż z Dużym. Leki pozostały te same plus jakieś tam dodatkowe, ale niewiele. Mały dzisiaj czuje się na tyle lepiej, że wstał, ubrał się i bałagani. A to jest dobry znak. Poza tym przy omawianiu inhalacji dla Dużego, zapytał Panią Doktor: „mi też dasz muchalacje??”. Wedle takiego obrotu sprawy, „muchalacje” Małego pozostały niezmienione i na dzisiaj jesteśmy już po. Czekam na M. Jak tylko wróci z pracy biegnę wykupić ten milion recept. Przypuszczam, że 250 zł pęknie jak nic.. Czeka nas jeszcze diagnostyka i leczenie jaskry M. I już pomału godzę się z myślą, że generalny remont łazienki zaplanowany na lipiec, zostanie przełoży o co najmniej pół roku. W końcu zdrowie najważniejsze.

(Stałam się chyba monotematyczna ostatnio, ale jakoś nie umiem myśleć o niczym innym…)

Moje wszystko

Poznajemy nowe słówka (przyszłe mamy niech nie czytają :D)

 Mały nauczył się ostatnio takiego zwrotu: sraka pierdziaka. Słowo daję, że nie wiem skąd mu się to wzięło, ale używa go przeraźliwie często. Trochę go upominałam na początku, ale odnosiło to skutek odwrotny do oczekiwanego i przestałam zwracać uwagę. Mam nadzieję, że przejdzie mu. Dzisiaj dzieci czują się chyba lepiej, przynajmniej do tej pory udało nam się obyć bez środków przeciwgorączkowych. Mały i Duży zalegają w naszym łóżku i oglądają bajki. W pewnym momencie Mały mówi: oooo, pierdzioch.. Zdziwiona nowym słowem (też nie wiem skąd je wziął) zapytałam (po co ja to zrobiłam? No po co??): a kto jest tym pierdziochem? Mały: No sraka pierdziaka… Gdybym wiedziała jaka będzie odpowiedź, chyba wogóle nie zadałabym pytania. Czy zna ktoś skuteczny sposób na uchronienie dzieci przed używaniem podobnych wyrażeń??

Moje wszystko

Otyła i wojna gangów

Leżę z M w łóżku i ze zdziwieniem obserwuję jakąś Otyłą Pannę, bezczelnie wpychającą się między nas. „Kto to jest do licha?” myślę i wytężam wszystkie mięśnie starając się zepchnąć intruza na podłogę. Otyła uparcie wraca i wraca. „Jej matka prosiła, żebym się nią zajął” mówi M, przewraca się na bok i Otyła natychmiast wskakuje w powstałą w wyniku tego „dziurę”. „O nieee kochana, wypad!!” wrzeszczę, a Otyła patrzy na mojego męża maślanym wzrokiem. Zakochana czy co? Wreszcie udaje mi się pozbyć Otyłej. Wyganiam ją do kuchni i mówię: „odwal się, rozumiesz?” Otyła patrzy na mnie i z ironią mruży oczy. Wściekła odwracam się do niej plecami pokazując palec w obraźliwym geście i idę do pokoju. M z jakimś facetem właśnie wyciągają coś z szafy. „Co ty tu znów bałaganisz?” pytam M. Schowałem tu 2000 zł na klip i teraz muszę je wyjąć i wpłacić reżyserowi na konto” odpowiada M. „Jaki klip?, jaki reżyser?” Myślę, ale nic nie mówię. Otyła pojawia się w drzwiach i patrzy z uwielbieniem na M. „Co za cholera!” myślę i kieruję się w jej stronę z zamiarem staranowania cielska. Niestety M jest bliżej i Otyła już uwiesza mu się na szyi. M bierze ją pod rękę i wyprowadza na korytarz. Nie mogę się powstrzymać i idę podejrzeć co oni tam robią. M właśnie całuje Otyłą w czoło. Wściekła wypadam z mieszkania i wrzeszczę: „wynocha! Wynocha oboje! Jeszcze mnie popamiętacie!” Otyła wyszczerza zęby w uśmiechu a M zabiera swoje rzeczy i odchodzą razem.. Zrozpaczona wypijam butelkę likieru i wychodzę przed blok. M siedzi w ogromnym basenie razem z Otyłą ubraną w koronkowy kostium. Mijam ich chwiejnym krokiem i idę dalej. Spotykam znajomego rapera, który pyta mnie czy M wpłacił już pieniądze za klip. „Nie wiem i nie chcę wiedzieć!!” krzyczę a on bierze mnie za rękę i przytula w uspokajającym geście. Proponuje, że mnie odprowadzi do domu. Godzę się, ale po chwili wyrywam rękę i biegnę przed siebie nie czekając na niego. Wpadam w jakąś krótką uliczkę przy której z obu stron stoją kamienice. Długie. Na całą długość ulicy. Z daleka widzę jak dwa rywalizujące ze sobą gangi przygotowują się do walki wygrażając sobie wzajemnie bronią. Przestraszona wchodzę do pierwszej z brzegu klatki schodowej i udaję się po schodach na górę. Spotykam swoją sąsiadkę i mówię: „Agnieszka, nie wychodź teraz bo „różowi” się szykują do wojny”. Ona puka do jakichś drzwi i prosi siwą kobietę o otworzenie tajnego przejścia do drugiej klatki, w której mieszkamy. Babka bierze pęk kluczy i odsłania zasłonkę odkrywając przed nami przejście. Wchodzimy w ciemność. Idziemy z Agnieszką za rękę, żeby się nie zgubić. Wreszcie widzę jakieś nikłe światełko. Im bliżej podchodzimy tym bardziej staje się drażniące dla oczu do tego stopnia, że muszę je zamknąć. Po chwili próbuję je otworzyć i widzę pierwsze znajome kształty: segment, telewizor i moje dzieci śpiące koło mnie… Tak to jest jak się stoi pół nocy nad wysoko gorączkującym dzieckiem, na które żaden z podanych leków przeciwgorączkowych nie chce działać.. Tak czy inaczej ucieszyłam się, że to był tylko sen. Chociaż nie omieszkałam wytknąć M znajomości z Otyłą. Uśmiał się serdecznie 😀 A teraz pytanie: skąd się biorą takie porąbane sny??

A tak wyglądał świat przed 6 rano, kiedy szłam do apteki po Pyralginę..:

drzewko choinka brzoza

 

Moje wszystko

Chorobcia…

 Duży wstał z gorączką. Chcąc nie chcąc zadzwoniłam do przychodni i wyciągnęłam kartę dla obu chłopców. I dla siebie. Bo kaszel naprawdę daje mi się porządnie we znaki. Dużemu zaaplikowałam Paracetamol, wzięłam sanki (posypało trochę śniegiem wczoraj wieczorem i w nocy), żeby było szyciej i poszliśmy. Już po pierwszych 30 metrach zorientowałam się, że to było głupie rozwiązanie. Osłabiona jestem okropnie i takie ciągnięcie sanek to nie lada wysiłek. Dostałam zadyszki. Na dworze mróz. Poczułam okropne kłucie w klatce piersiowej przy każdym wdechu. Po kolejnych 30 metrach myślałam już tylko o tym, żeby jak najszybciej dotrzeć do przychodni i usiąść. Dotarliśmy tam po jakichś 20 minutach. Zlana potem i straszliwie dysząca padłam na krzesło. Potem złapał mnie atak kaszlu. Dobrze, że nie było nikogo innego, bo mogłabym pacjentów z poczekalni przegonić. Pani doktor pediatra moich synów zgodziła się mnie zbadać, jako że i tak czyniła to już nie raz. Osłuchała mnie dokładnie i stwierdziła zmiany w płucach.. Zbadała chłopców. Mały jest najzdrowszy. Ja "najchorsza" jak to określił Mały. Ale w efekcie wszyscy troje wylądowaliśmy z antybiotykami. Chorobcia.. Droga powrotna była udręką. Dodatkowo na sankach oprócz Małego usadowił się Duży. Niestety, z przykrością stwierdziłam, że nie dam rady i z jeszcze większą przykrością wygoniłam Dużego z pojazdu. Z trudem oddychając, kaszląc i jęcząc dotarliśmy do apteki, wykupiłam recepty i pognaliśmy prosto do domu. Do łóżka. Teraz wszyscy troje leżymy w moim i M łożu małżeńskim i oddajemy się przyjemności oglądania bajek na cyfrowym Disneyu. Tym sposobem ferie zimowe zaczęły się dla nas tydzień wcześniej niż powinny. Tylko szkoda, że faktyczne ferie Dużego zostaną obcięte z powodu nadrabiania szkolnych zaległości. Mam nadzieję, że to będzie ostatnia choroba chłopców w tym sezonie. 

P.S. Pozwolę sobie skopiować tekst z mojego komentarza spod wcześniejszej notki. Bo może ktoś chce poczytać a nie doczytał 😉

"Nie wiem, czy juz wspominałam, ze istnieje drugi blog. Blizniaczy. Tamtego zalozylam w lipcu. Tego w pazdzierniku w wyniku roznych problemow w tamtym serwisie. Pozniej okazalo sie, ze tu tez zdarzaja sie problemy, tak wiec od konca pazdziernika notki tu i tam mniej wiecej sa takie same. Jesli tu jest problem z serwisem to jestem tam na biezaco i odwrotnie. Takze w sumie bloguje juz od 7 miesiecy. Jesli macie ochote poczytac co bylo wczesniej, to zapraszam: Lipiec 2008 , Sierpień 2008 , Wrzesień 2008 , Październik 2008;)".

No to zapraszam 🙂