Po wtorkowej akcji, jaką raczył mi odstawić mój organizm, poszłam wczoraj do lekarza. Głupio się czułam stojąc pod gabinetem zabiegowym w oczekiwaniu na EKG. Starsi ludzi patrzyli na mnie jak na zjawisko nadprzyrodzone. Jednakże badanie wyszło w porządku, tak jak ciśnienie. Czyli jednak za duża dawka leków. Dostałam leki wyciszające rozkołatane serce i mniejszą dawkę mojegu leku, z zaleceniem szybkiej kontroli u lekarza prowadzącego. Tia. Jak pomyślę, że muszę znów wstać o 5 rano, żeby jechać sobie kartę wyciągnąć, to już mi się nie chce. Tym bardziej, że cholerna zima nie odpuszcza i znów jest biało za oknem. Duży rozpoczął rekolekcje. Miałam z nim iść ja, ale niestety, do moich dolegliwości postanowił dołączyć się też żołądek, dostarczając mi nie lada rozrywki przez co do kościoła poszła z Dużym moja babcia. W tym czasie Mały postanowił zabawiać mnie rozmową i domagać się szczegółowych informacji na temat różnych rzeczy. Na pierwszy ogień poszła wata, którą kilka dni temu wygrzebałam z czeluści szafki łazienkowej, ku swojemu zaskoczeniu, bo takiego wynalazku używałam ostatnio baaaardzo dawno temu. No ale skoro już ją wygrzebałam to postanowiłam zużyć. Nakropiłam toniku i dawaj twarzyczkę zmywać. I naprawdę nie wiem jak moja babcia i mama mogły tego używać do podobnych praktyk. Ciągnie się toto po całej gębie, smyra w nos i zostawia wszędzie pojedyncze kłaczki, które po wyschnięciu majtają człowiekowi przed oczami i zmuszają do długotrwałych polowań na siebie przed lustrem. Tak więc Mały zainteresował się wynalazkiem, przytaszczył do pokoju, gdzie sterany żołądek ułożyłam wygodnie na łóżku i zapytał:
– A co to? Waka? (Mały nie wymiawia „t”)
– Tak synu, to wata.
– A z czego się robi wakę?
– Yyyyyy – zajęczałam, bo żołądek znów zaczął ósemki kręcić, na co Mały nie raczył uwagi zwrócić. Popatrzył tylko na mnie i powiedział:
– Nie wiesz? Z włosków..
No tak. Jasne, że z włosków. Czekałam aż doda, że z włosków babcinych, bo przecież babcia ma takie białe, ale nic takiego się nie stało. Mały porzucił watę i zajął się kolorami.
– Mamusiu, a jaki kolor ty ubielbiasz najbardziej? (Mały nie wymawia też „w”)
– Lubię wszystkie – żołądek zaczął wychodzić mi uszami.
– A jaki ja ubielbiam najbardziej?
– Żółty. (Jestem tego pewna, bo Mały uznaje najbardziej żółte zabawki, żółte ubrania i wszystko żółte..)
– Nieeee, ja też lubię wszystkie – powiedział Mały ściskając w objęciach żółtą Laa Leę, i żółty samochodzik.
– Mamusiuuuuu, pomożesz mi znaleźć Mikołaja? – Mały przytaszczył książeczkę „Znajdź Świętego Mikołaja”
– Misiek a może spróbujesz sam, co? Bo ja się trochę źle czuję.
– Oj prooooszę – książeczka wylądowała na moim nosie. Żołądek zaczął bulgotać gniewnie i potężny zawrót głowy miotnął mną po całym pokoju. Zadzwonił domofon. Duży z babcią wrócili z kościoła. Poczułam się lepiej i mam nadzieję, że to już koniec sensacji na dzisiaj. Żeby jeszcze tylko ta głowa przestała boleć…