Minęło sporo czasu zanim odzwyczaiłam się patrzenia w statystyki. Teraz zerkam tam jedynie raz na jakiś czas. Zwykle wtedy, kiedy mam chęć zakończyć swoją pisaninę, lub ukryć blog. Jednak jakimś cudem kilka osób odwiedza mnie w moim wirtualnym światku, czyta to co napisałam i może nawet czeka na ciąg dalszy. Tak więc blogi istnieją nadal. Kiedyś myślałam sobie, że fajnie byłoby gdyby odwiedzało mnie więcej osób. Zmieniłam zdanie. A to za sprawą gazety.pl 😀 Otóż kiedy przedwczoraj zajrzałam w statystyki swojego bloga kulinarnego strasznie się zdziwiłam. O godzinie mocno przedpołudniowej bloga odwiedziło ponad 500 osób. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy statystyki bloxowe czasem się nie popsuły, ale zerknęłam na pierwszą pozycję od góry i nagle zrozumiałam co się stało. Otóż link do jednej z moich notek widniał na głównej stronie gazety 🙂 Nie wiem jakim cudem linki do blogów tam trafiają, czy są wybierane losowo, czy może przez kogoś z administracji, jednak poczułam się zaszczycona 🙂 Oczywiście fakt ten udokumentować musiałam i screena zrobiłam na pamiatkę 😀 Sprawdzałam sobie te statystyki co jakiś czas. Wejść było coraz więcej. I więcej. I więcej. I nagle uświadomiłam sobie, że ja wcale nie chcę, żeby tych wejść było więcej. Zaczęła zjadać mnie trema, jakbym osobiście stała przed tymi wszystkimi ludźmi. I pomyślałam, że nie chcę być popularna. I że cieszę się, że jestem zwykłą osobą. Nikt mi z buciorami w życie nie włazi i żaden paparazzi nie czatuje na mnie siedząc na drzewie za oknem. Na szczęście promocja mojego wpisu nie trwała długo i wszystko wróciło do normy… 🙂 Znów piszę tylko dla siebie i garstki znajomych, oraz może kilku przypadkowych czytelników. I jest mi z tym dobrze.
Autor: drgonefly
Wodne potyczki międzysąsiedzkie
Sąsiadka z góry nas zalała. No może nie tak, że wszystko w mieszkaniu pływało, ale piękne zacieki zdobią mój przedpokój i kuchnię. Musiało nieźle lecieć, bo przeleciało aż do sąsiadów pod nami. W piątek pobiegłam do sąsiadów na górę z zamiarem zrobienia awantury. Sąsiadka odsłoniła na swoją obronę dziurę do szachtu w przedpokoju. Na wysokości moich oczu nic nie ciekło, więc nie mogłam awantury zrobić. Pobiegłam zatem do sąsiadów piętro niżej, żeby oni z kolei nie zdążyłi przylecieć z awanturą do mnie… U nich pociekło po panelach uszkadzając je dosyć poważnie. Sąsiad z natury jest dosyć nerwowy i lubi nadużywać epitetów, więc nie muszę mówić jak zareagował widząc kroplę wody płynącą po panelu w swoim dopieszczonym przedpokoju. Natychmiast zaprosiłam sąsiada do siebie, żeby zobaczył, że mój sufit jest mokry i tym samym udowodnić, że nie ja jestem winna szkód w ich przedpokoju. Sąsiad przyszedł, popatrzył, po czym stwierdził, że powinnam wyrwać u siebie płytę zamykającą dojście do szachtu (czyli mniej więcej taką na metr szeroką i na dwa i pół wysoką) i zobaczyć gdzie to cieknie… Tia. Na pewno. Ja sobie mam wydziabać dziurę w przedpokoju, odsłonić rury, bo cieknie u sąsiadki nade mną. Powiedziałam sąsiadowi co o tym myślę. Na szczęście ostatnimi czasy nasze wzajemne stosunki towarzyskie są lepsze, ponieważ łączy nas pewna wspólna pasja. Mianowicie koty. My mamy dwa domowe. Oni mają jednego na dochodne. Polega to na tym, że kot w zasadzie mieszka na zewnątrz, ale przychodzi na karmienie dwa razy dziennie, pozwala się wziąć na ręce (ale tylko sąsiadom), oni chodzą z nim do weterynarza jeśli zajdzie taka potrzeba. I tym sposobem mają kota, który jest głównym tematem naszych rozmów. Ostatnio sąsiadka nawet zaczęła mnie wypytywać o różne rzeczy związane z mieszkaniem kotów w domu. Chyba poważnie myślą o zatrzymaniu owego osobnika na stałe.. Wracając do zalania, sąsiad wygłosiwszy opinię o zniszczeniu mojej ściany poleciał awanturować się piętro wyżej. Nie poszłam z nim, bo od razu wiedziałam, że to bez sensu. Sąsiadka z góry wykonała ten sam manewr co ze mną. Odsłoniła rury i powiedziała „no przecież nie cieknie…”. Przed nami był weekend. Martwiłam się okropnie jak to będzie. Przecież jeśli miałoby kapać całą sobotę i niedzielę, to woda mogłaby dolecieć do niższych pięter a u nas mogłaby wyrządzić naprawdę spore szkody. Na szczęscie jakimś cudem kapać przestało. W sobotę wieczorem ściana już wyschła, ale paskudne żółte zacieki pozostały. Kiedy właziłam w kuchni na stołek, żeby sięgnąć z górnej szafki leki dla Mru, zauważyłam, że równie piękny zaciek zdobi moją kuchnię. Pragnę dodać, że to nie jest pierwszy raz kiedy zostałam zalana przez sąsiadkę z góry… W poniedziałek rano przyszła sąsiadka z dołu poinformować mnie, że zgłosiła już do spółdzielni całą sprawę. Podała i swoje mieszkanie i moje. No i dobrze. Przynajmniej nie musiałam lecieć sama. Powiedziała, że panowie ze spółdzielni będą lada moment u nas, żeby obejrzeć ściany i zajrzeć w rury. Przy okazji wypytała mnie o kastrację, odstraszanie kotów od mebli itp. Czekałam na panów dwie godziny. Wreszcie nie wytrzymałam. Ubrałam dzieciaki, poprosiłam sąsiadkę, żeby wzięła nr telefonu od panów jak przyjdą podczas mojej nieobecności i poszłam na zakupy. Wróciłam po godzinie. Panów jeszcze nie było, za to był kot sąsiadów. Przyszedł na śniadanie 😀 Sąsiad zjechał po niego windą. Kiedy kot go zobaczył, wylazł spod samochodu, grzecznie pozwolił się wziąć na ręce i razem wsiedliśmy do windy. Kot naprawdę wygląda na udomowionego przez nich. Dokładnie wiedział do których drzwi ma się kierować i chętnie wszedł do środka. Myślę, że gdyby został wykastrowany, byłoby mu łatwiej przyzwyczaić się do mieszkania w domu. Powiem to sąsiadce kiedy ją spotkam znowu. Panowie ze spółdzielni przyszli wreszcie. Obejrzeli ścianę i poszli na górę. Po chwili wrócili. Sąsiadki nie było. Jeden z panów powiedział, że najprawdopodobniej pękł u niej jakiś wężyk i dlatego nas zalała. Nie wiem jaki wężyk i gdzie on jest umiejscowiony, ale to nie ja jestem hydraulikiem. Panowie zostawili sąsiadce informację, że ma zadzwonić jak już będzie w domu i oni wtedy przyjdą jeszcze raz. Przyszli na drugi dzień. Kiedy spisywali protókół u mnie, usłyszałam, że sąsiadka nie przyznała się do niczego, natomiast wężyk ma założony nowiuśki… Hydraulicy powiedzieli, że niestety nie są w stanie udowodnić sąsiadce, że zmieniła go przed chwilą, że zalała mnie i sąsiadkę piętro niżej. I tym sposobem baba wywinęła się po raz drugi od zapłacenia za szkody przez siebie wyrządzone. No cóż, gdybym ja nie miała ubezpieczonego mieszkania, pewnie też kombinowałabym jak zrobić w konia sąsiadów i uniknąć zapłaty. Sąsiedzi z dołu mają zamiar zgłosić szkodę do ubezpieczyciela. Ja chyba zrezygnuję. Za te dwa zacieki może dostałabym jakieś 100 zł (chociaż pan ze spółdzielni wyraził dużą wątpliwość czy byłoby to nawet te 100 zł…), a straciłabym zniżki. Taki interes chyba nie wart świeczki jest. Ale wiem jedno. Jeśli kiedykolwiek jeszcze góra zacznie mnie zalewać, nie pójdę z tym do nich, tylko od razu do spółdzielni. Do trzech razy sztuka kochana pani sąsiadko!
P.S. Moja Babcia kończy dzisiaj 84 lata 🙂 Wiele jej zawdzięczam. Jest jedną z niewielu osób, na które zawsze można liczyć. Pomimo swojego wieku, zawsze jest chętna do pomocy i nawet zostaje z chłopcami, kiedy ja muszę pilnie wyjść. Taka Babcia to skarb. 100 lat Babuńku!!!
Mru.
Dzień dobry. To ja Wasz Mru. Nie pisałem nic bardzo długo, bo ciężko zachorowałem. Nie jest to niczyja wina, że tak się stało. Wetka i Duża Tymczasowa mówią, że często się tak dzieje z kotkami, które pochodzą z dużych skupisk. Jak pamiętacie ja właśnie z takiego miejsca pochodzę. Zaczęło się od tego, że siusiałem w różne miejsca. Później Duża zauważyła, że moje siuśki się pienią i zaniepokoiła się na poważnie. Ukradła mi siuśki i oddała wetce. Pisałem o tym ostatnim razem. Wyniki były bardzo niedobre. Wetka powiedziała, że teraz muszą ukraść mi trochę krwi, żeby z niej przeczytać co mi jest. Nie było łatwo. Nie chciałem, żeby zabierali mi krew, która jak powszechnie wiadomo jest potrzebna, żeby żyć. Jestem tylko małym kotkiem. W moim małym ciałku i tak jest jej malutko, więc nie rozumiem jak oni wszyscy mogli jeszcze tę odrobinkę próbować mi zabrać. Wetka pokłuła mi trzy łapki, bo nie chciałem się zgodzić, żeby krew poleciała. Wyniki z krwi nie były złe i wcale nie potwierdziły tego, co podejrzewała wetka. Najpierw myśleliśmy, że zatrułem się kwiatkiem. Wetka nic więcej moim Dużym nie mówiła. Dopiero po jakimś czasie wyznała, że podejrzewa, że jestem chory na śmiertelną chorobę – FIP (zakaźne zapalenie otrzewnej). Duża mówi, że na pewno nie wiecie co to jest FIP, więc zacytuję z pewnej strony: „Zakaźne zapalenie otrzewnej kotów jest chorobą wywoływaną przez infekcję koronawirusem. Wiele różnych odmian koronawirusa może zainfekować kota, jednak większość z nich nie wywołuje choroby. Odmiany wywołujące FIP są odróżniane poprzez swoją zdolność do inwazji i rozwoju w komórkach białych krwinek. Zainfekowana komórka przenosi wirusa poprzez ciało kota. Silna reakcja zapalna zachodzi w tych tkankach, w których ulokowały się zainfekowane komórki. Dochodzi do wzajemnego oddziaływania na siebie układu immunologicznego i wirusa, które powoduje chorobę.” … „Obecnie FIP jest uważany za śmiertelną chorobę. Niestety, nie istnieje jak na razie żadne lekarstwo. Podstawowym celem terapii jest udzielenie kotu opieki i złagodzenie objawów choroby. Niektóre lekarstwa mogą powodować jej krótkoterminowe złagodzenie u niewielkiego procenta pacjentów. W niektórych przypadkach okazuje się pomocne podanie kotu mieszanki kortykosteroidów, leków cytotoksycznych i antybiotyków wraz z podawaniem odpowiedniego pożywienia i płynów.” Jak sami widzicie FIP jest okropną chorobą, której nie da się wyleczyć. Dostałem od razu lekarstwa, które sprawiają, że lepiej się czuję. Łykam tabletki, które pomagają mojej wątrobie się regenerować. Mam silną żółtaczkę. Okropnie schudłem i wcale nie mam chęci na zabawę. I ciągle mam wysoką gorączkę. Mój Łatek próbuje zachęcić mnie do wspólnych ganianek, ale ja nie mam siły. Duża czasem musi mi trochę pomóc odgonić Łatka, bo ja nie daję sobie rady sam. On jest za ciężki. Ja teraz bardzo dużo śpię. Wetka powiedziała, że muszę mieć dużo spokoju i miłości. Moja Duża ciągle mnie przytula, głaszcze i prosi po cichutku, żebym dał z siebie wszystko i wyzdrowiał na przekór wszystkiemu. Troszkę jej posłuchałem. Jakiś czas temu w moim brzuszku zaczął się już gromadzić płyn, który pojawia się przy tej chorobie. Teraz płynu nie ma. Znikł. Wczoraj byłem u wetki na wizycie kontrolnej. Miałem robiony test na inną chorobę, która nazywa się FIV, bo Duża i Duża Tymczasowa zaczęły się martwić moim chudnięciem. Znowu musiałem oddać trochę swojej krwi, żeby zobaczyć czy tamta druga paskudna choroba też mnie zjada. Moja Duża stała cały czas przy teście i obserwowała czy pojawią się dwie czy jedna kreska. Bała się tak okropnie, że aż rozbolał ją brzuch. Na szczęście okazało się, że nie jestem chory na FIV. Teraz wszyscy zastanawiają się dlaczego jestem taki chudy. Na dodatek dostałem paskudny katar, który nie pozwala mi normalnie oddychać. Wydzielina wydostaje się z nosa na zewnątrz, oblepiając obie dziurki i zasychając nie pozwalając powietrzu przedostać się do mojego noska. Duża wyciera mi nosek zwilżonymi chusteczkami i wpuszcza kropelki. Przez tydzień brałem antybiotyk, ale nie pomagał i zacząłem się denerwować. Antybiotyku już nie biorę. Moja Duża, wszyscy znajomi i moi przyjaciele z forum miau nieustannie trzymają kciuki i błagają mnie, żeby wyzdrowiał. Bardzo chciałbym być zdrowy. Mam dopiero rok. Duża mówi, że w ciągu kilku ostatnich tygodni bardzo się postarzałem i wyglądam teraz jak koci dziadziuś. Chciałbym znaleźć sposób na wygonienie zielonych glutów z mojego noska, bo one w tej chwili są moim największym utrapieniem. Gdyby ich nie było, może jadłym więcej i nie byłbym taki chudziutki. Nie chcę, żeby moja Duża się martwiła o mnie. Chciałbym żyć jak najdłużej z nimi, bo wiem, że mnie kochają. Nie wiem ile czasu jeszcze mi zostało. Wiem, że moi Duzi i wetka robią wszystko, żebym został z nimi, ale ja jestem coraz słabszy. I leczenie też przebiega bardzo powoli a czasem staje całkiem w miejscu. Niedługo zacznę kolejną serię zastrzyków, po której chciałabym poczuć się naprawdę lepiej. Tymczasem idę odpocząć na swoim ulubionym balkonie, dopóki świeci jeszcze słońce. Pozdrawiam wszystkich czytelników –
– Mru zmęczony.
P.S. Mój kochany Mru, po którym dostałem imię, dostał nowego kotka na przechowanie. Jest podobny do mojego Łatka i został zabrany od ludzi, którzy go bili. Jest jeszcze bardzo młody, ale przesłodki, kochany i doskonale umie udawał surykatkę, o czym możecie przekonać się TUTAJ. Mrułat szuka kochającego domku. Czy Twoje kolanka są wolne?
Magicy czy szarlatani?!
Od lat zastanawiałam się czy istnieją ludzie, którzy naprawdę posiadają zdolności telepatyczne, czy rzeczywiście potrafią wróżyć z kart, fusów, kul magicznych itp. Czy jasnowidz naprawdę widzi co się działo dwa dni wcześniej, lub co będzie się działo za tydzień? Nie bardzo w to wierzę. Kiedyś wybrałam się do wróżki. Z dwiema koleżankami. Wróżka nie miała gabinetu z kulą, czarnym kotem i innymi akcesoriami. Wróżyła ze zwykłych kart w zwykłym mieszkaniu, w którym biegały dzieci, gotował się obiad i szczekał pies. Wtedy wywróżyła mi małżeństwo z blondynem z bliskiego otoczenia. Wywróżyła mi też jedno dziecko – syna. Powiedziała mi o różnych chorobach, które przebyłam. I jeszcze parę innych rzeczy. Faktycznie robiło to wszystko wrażenie i babka na dodatek trafiała w dziesiątkę. Byłam pod ogromnym wrażeniem. Do tej pory myślę czasem o tamtej wizycie i zastanawiam się jak ona to wszystko z tych zwykłych kart wyczytała. W zeszłym tygodnu M podrzucił mi do obejrzenia dwa programy. Bohaterem jest anglik Derren Brown. W pierwszym filmie Derren zdradza i tłumaczy niektóre sekrety i zachowania wróżek, mediów i innych „magików”. W drugim filmie pt.: „Mesjasz”, sam wciela się w różne role starając się przekonać o swoich zdolnościach nadprzyrodzonych pewne grupy ludzi oraz tych, którzy sami podają się za media itp. Zachęcam do obejrzenia obu filmów. Pierwszy składa się z sześciu części, drugi z ośmiu, przy czym pod koniec każdej częście pojawia się odnośnik do części kolejnej. Dzięki tym filmom zrozumiałam, że to co powiedziała mi wtedy owa wróżka mogłoby pasować do milionów innych osób. To ja dopasowałam to wszystko ściśle do siebie. No cóż, przecież każda z nas może w przyszłości poślubić blondyna z bliskiego otoczenia… Przecież każda poznana osoba staje się po jakimś czasie osobą z bliskiego otoczenia 😉
Poza tym u nas nic się nie dzieje. M wrócił już do pracy, a ja nie mogę wpaść w odpowiedni rytm. Ciągle się spieszę i ciągle nie mam czasu. I ciągle się „nie wyrabiam”. Rozpoczął się sierpień więc w klubie obowiązuje nowy harmonogram zajęć. Nie dosyć, że na moje zajęcia przypadają inne dni niż w lipcu, to jeszcze godziny do bani. 18.30 to stanowczo za wcześnie. Nigdy nie wiem czy M zdąży wrócić z pracy, żeby zająć się dziećmi.
A na koniec ciekawostka. Zajrzałam wczoraj do skrzynki pocztowej i wyciągnęłam awizo powtórne, dla niejakiego Przyborka Grzegorza. Nie znam faceta. W życiu o takim nie słyszałam a już na pewno nie mieszka taki z nami. Chyba bym zauważyła gdyby było inaczej. Ale tym Grzegorzem nękają mnie już od lat, więc nie zdziwiłam się zbytnio, bo zdążyłam się już przyzwyczaić. Jednakże coś w tym kwitku przyciągnęło moją uwagę. W pierwszej chwili nie bardzo zrozumiałam na co patrzę i co widzę, ale coś ewidentnie było nie tak. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że na kwicie widnieje stempel z datą. 32 lipca! 😀 Nastąpiły jakieś zmiany w kalendarzu, a ja nic nie wiem? Koniec świata! 😉
Geriatryczny tramwaj
Odkąd nasi synowie wrócili z wczasów, nie mamy ani chwili spokoju. Ponieważ przez 10 dni pobytu na wczasach dziadkowie umilali wnukom czas jazdą konną, pływaniem rowerami wodnymi i innymi rozrywkami jakoś blado przy nich wypadamy. Postanowiliśmy więc ostatnie dni urlopu M spędzić z dziećmi rozrywkowo. I tak przedwczoraj byliśmy na placu zabaw, wczoraj pojechaliśmy do zoo a dzisiaj do Galerii Łódzkiej, zaliczyliśmy plac zabaw i na dobitkę hipermarket, w którym dzieciaki wybierały urodzinowy prezent dla babci. Chłopcy od dawna szaleją za Reksiem, z czego bardzo się cieszę. Wolę, żeby zachwycali się białym pieskiem z łatką na oku niż jakimiś Pokemonami albo innymi dziwadłami i wrzaskunami. Dlatego kiedy zobaczyli w sklepie pluszowe Reksie nie było mowy, żeby iść dalej. I tak Reksio większy i Reksio mniejszy przyjechali z nami do domku. Dobrze, że jednak udało mi się odgracić ździebko pokój chłopaków – mają miejsce na gromadzenie nowych gratów mniej lub bardziej potrzebnych 😀 Zakupiliśmy też nowy plecak do szkoły i nowy piórnik. I nowe pióro. Ale to już w osiedlowym sklepie, bo ceny w Galerii daleko przekroczyły nasze możliwości finansowe. Na przykład: plecak szkolny w jednym znanym sklepie z artykułami dziecięcymi kosztował 400 zł. Nie wiem co takiego w sobie miał, że był aż tak drogi, bo zwyczajnie bałam się go dotknąć, żeby czegoś nie popsuć. Piórniki w cenach różnych, ale te fajniejsze z wierzchu, np. Scooby Doo, albo Power Rangers w środku miały NIC. Zwykłe kredki, zwykłe mazaki i zwykły ołówek. A kosztowały 70 zł. Kupiliśmy piórnik za 30 zł z dobrym wyposażeniem i z głowy. I plecak za 44. W osiedlowej księgarni. Nie wiem po co jeżdżę do centrów handlowych skoro i tak zawsze kupuję wszystko na osiedlu… Wyszło na to, że pojechaliśmy na spacer do Galerii. Acha no i przywieźliśmy Reksie 😉 W drodze powrotnej w tramwaju okazało się, że jest to pora staruszków. Babcie i dziadkowie w różnym wieku i w różnym hmmm stanie otoczyli nas wianuszkiem… Byli wszędzie. Mały spojrzał na obrazek nad miejscem, które zajmowała jedna pani w okularach ze szkłami grubymi jak denka od słoików, ale wcale nie taka bardzo stara. Na obrazku narysowana była pani z dzieckiem na ręku. Mały pokazał na obrazek paluszkiem i głośno i dobitnie oznajmił: „o, to jest miejsce dla nas!” Pani spojrzała na mnie z ukosa jakby chciała coś powiedzieć i ostentacyjnie odwróciła głowę do okna. Pewnie chciała, żebym się wstydziła za to co powiedział Mały, bo przecież to nieładnie tak mówić… Nie miałam zamiaru ani przepraszać, ani krytykować Małego za to co powiedział. Przecież powiedział prawdę… Poza tym on ma niecałe 5 lat. Nie będę karać dziecka za to, że ma rację i za to, że mówi to, co myśli. Dzieci w tym wieku zazwyczaj mówią to, co myślą. Jedna pani zaproponowała Małemu, że weźmie go na kolanka. Mały oznajmił poważnie: „nieee, dziękuję. Ja wolę usiąść sam” 😀 Rozbawił mnie naprawdę. A pani popatrzyła na mnie i powiedziała, że gdyby nie te BARDZO CIĘŻKIE torby, to chętnie ustąpiłaby mu miejsca… Cholera, co jest z tymi ludźmi?! Czy nawet wobec cztero i pół letniego dziecka nie potrafią już NIE być zlośliwi? I tym razem pozostawiłam sprawę bez komentarza. Postanowiłam sobie, że nigdy nie zwrócę dziecku uwagi tylko dlatego, że obce baby tego oczekują. No chyba, że odwali coś naprawdę strasznego… I jeszcze koniecznie muszę zapamiętać, że około godziny 13 środki komunikacji miejskiej są zdominowane przez staruszków. Nie należy wtedy z domu wychodzić, żeby się w takim tramwaju geriatrycznym nerwowo nie wykończyć… Swoją drogą podziwiam bezstresowość Małego i łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Nie ważne czy to stary czy młody, kobieta czy mężczyzna, Mały pragnie nawiązywać znajomości i rozpoczyna dialogi w różnych dziwnych miejscach. Kiedy jechaliśmy dzisiaj do Galerii oznajmił jednej pani, która siedziała obok nas, że: „ta mama to moja jest”. Pani uśmiechnęła się szeroko, a Mały pokazując na M dodał: „a to jest mój mąż!” 😀 Pani nie wytrzymała i roześmiała się głośno. I my też 😀 Mały opracował również bardzo dobrą metodę poznawania towaru na półkach w sklepie. Jak idzie na własnych nogach, to po prostu podchodzi do półki i bierze to, co go aktualnie interesuje. I tym sposobem niedawno pomagał mi wybierać biustonosz na rynku osiedlowym 😀 Jeśli natomiast jedzie w wózku hipermarketowym, to po prostu zaczepia się rękami lub nóżkami o półki, koszyki itp i przyciąga się do interesujących go artykułów 😉 Niedawno myślałam, że przy nim trzeba mieć oczy dookoła głowy. Teraz myślę, że powinnam mieć ze cztery pary oczu (najlepiej takich jak kameleon), żeby zawsze widzieć gdzie jest i ze trzy pary rąk, żeby nadążać go przechwytywać kiedy biega między półkami, ludźmi, dziećmi, samochodami… Mały jest przekochany, ale niestety stanowczo za bardzo ruchliwy. Duży ruchliwy nie jest. Najlepiej, żeby nie musiał wcale wychodzić z domu. No chyba, że po coś co jest mu potrzebne. Duży za to strasznie dużo mówi. Buzia nie zamyka mu się od rana do wieczora. Mały też lubi gadać, ale miewa przerwy. Duży przerw nie uznaje. Do tego nauczył się skarżyć. I tak od rana do wieczora musimy wysłuchiwać, że Mały powiedział, zrobił, przesunął, nie zrobił, pokazał itp, a Łatek jest w kuchni, na balkonie w kuwecie itp, a Mru leży, stoi, siedzi, skacze itp… Dlatego jestem cholernie wdzięczna moim teściom, że mogłam przez 10 dni pobyć w ciszy i bez dzieci. I wiecie co? Planują taki wyjazd w przyszłym roku! Kolejne kilka dni spokoju! Jeszcze tylko jakieś 362 dni…
Gdy dzieci nie ma… ;)
No i pojechali. Od 3 dni jesteśmy sami. Martwiłam się podróżą, Duży ma chorobę lokomocyjną a i pogoda nie sprzyjała dobrym warunkom na drodze. Na szczęście dojechali bez żadnych przygód. Zaraz po rozmowie z teściową odetchnęłam z ulgą i rozpoczęliśmy urlopu od dzieci dzień pierwszy. Właściwie to połowę dnia, bo wyjechali po godzinie 15. Na czas nieobecności chłopców zaplanowałam odgracanie ich pokoju, niestety ogarnęło mnie ogromne lenistwo w wyniku którego nie zrobiłam nic… Mam jeszcze trochę czasu zanim wrócą… Planuję rozpocząć jutro. Cieszę się każdą chwilą spędzoną z moim M. Tak dawno nie byliśmy sami, że zaponiałam jak to fajnie posiedzieć sobie w spokoju i porozmawiać bez wstawek nie na temat w wykonaniu naszych chłopców 😉 Chodzimy razem do sklepu, wczoraj byliśmy razem w klubie a dzisiaj u lekarza. Takie zwykłe czynności jak robienie kawy czy obiadu sprawiają mi ogromną przyjemność, bo jest ze mną M 🙂 Wczoraj rozmawialiśmy z instruktorką IFAA o moich ewentualnych szkoleniach. Mam coraz większą ochotę zostać instruktorką fitness. Tym bardziej, że Dziewczyna z Recepcji też ma zamiar uczestniczyć w szkoleniach, węc nie byłabym sama, nie czułabym sę głupio i miałabym kogoś znajomego przy sobie. Mam miesiąc czasu, żeby wszystko przemyśleć, zastanowić się i podjąć decyzję. Na razie podoba mi się to co słyszę i widzę i chętnie odbyłabym stosowne szkolenia. Jednakże martwi mnie fakt, że jestem dosyć nieśmiała i nerwowo reaguję na wystąpienia publiczne… Mam nadzieję, że jeśli zdecyduję się na pracę w tym zawodzie, uda mi się w miarę upływu czasu zapanować nad tremą. Zastanawiam się też, czy nie jestem za stara na tego typu zajęcie.. Jak będę się czuła wśród 20 paroletnich dziewczyn? Nie ukrywam, że taka praca byłaby dla mnie dobrym rozwiązaniem. Zajęcia prowadzone są popołudniami, M jest już w domu. Miałabym dosyć czasu, żeby zająć się domem i dziećmi a jednocześnie rozerwać się trochę, poćwiczyć i jeszcze mieć z tego dodatkowe parę złotych. Wybrałyśmy już szkolenia, które by nas interesowały. Nie wiem, czy nie będziemy musiały jechać do Warszawy. Czy ja się w ogóle nadaję do tego??? Za dużo tego wszystkiego. Na spokojnie muszę wszystko przemyśleć. Kusi mnie dodatkowa kasa i przebywanie z ludźmi przez kilka godzin w tygodniu. Nie wiem. Nie chce mi się myśleć. Mam jeszcze dużo czasu. Pomyślę o tym jutro… jak mawiała pewna kapryśna panienka o imieniu Scarlett…
Jutro kolejna wizyta u wetki. Mru nie czuje się dobrze, ale nie nastąpiło pogorszenie. Biedaczysko snuje sę po mieszkaniu i patrzy na nas nieobecnym wzrokiem. Chociaż… coś się zmieniło w jego zachowaniu… Coraz częściej przychodzi sie przytulać. Zastanawiam się czy potrzebuje teraz jeszcze więcej miłości, czy może nasz dotyk przynosi mu ukojenie w bólu. Dawno nie słyszałam, żeby mruczał. Kiedy przyszedł do nas był najbardziej rozmruczanym kotem na świecie. Mruczał nawet na stole u weterynarza. Odkąd zachorował nie mruczał prawie wcale, albo jakoś tak cichutko i nieporadnie.. Od kilku dni znowu mruczy. Głośno. I przytula się. Przeczytałam gdzieś, że koty mruczą nie tylko wtedy gdy są szczęśliwe, ale również wtedy, kiedy źle się czują a czasami nawet gdy umierają. Czy mój Mru przychodzi do mnie, żeby się pożegnać, mruczeniem dodając sobie odwagi? Nie chcę o tym myśleć. Chce mi się płakać kiedy na niego patrzę. Mój Mru. MÓJ!
Niedzielny freedom :D
Od rana biegałam po sklepach, starając się nie zapomnieć o niczym. Jutro moje dzieci pierwszy raz odkąd zawitały na tym świecie, wyjeżdżają bez nas na wczasy. Z babcią i z dziadkiem. Jeszcze nigdy skompletowanie odzieży i akcesoriów wyjazdowych nie sprawiło mi tyle problemów. Nie wiem właściwie dlaczego, bo przecież w poprzednich latach wyjeżdżałam z chłopakami i wiem co zabierałam. Wreszcie udało mi się ubranka ułożyć na kupkach, lekarstwa podpisać co do czego i na co oraz kto jak ma zażywać w razie potrzeby. Nagromadziłam też całe mnóstwo strasznie potrzebnych gratów w postaci wiaderek, łopatek, foremek, piłeczek, rakietek, książeczek, kredek i malowanek. Kiedy zobaczyłam Dużego z naręczem poduszek omal się nie rozpłakałam. No owszem jadą samochodem dziadków, ale jednak samochód też ma ograniczoną pojemność… Wreszcie zapakowałam nieszczęsną walizkę i nawet udało mi się ją dopiąć. Jakoś na początku lipca była mowa, że chłopcy zabiorą też hulajnogi, jednakże chyba darujemy sobie. Nawet nie przypominam im o tym, bo gotowi dziadkowi dodatkowy bagaż na dachu przypiąć. A najlepiej jakby jeszcze zabrał telewizor, komputer i konsolę. 😀 Podczas kiedy ja użerałam się z tonami odzieży, zabawek i zamkiem od walizki, M zabrał chłopaków do łazienki i poddął ich zabiegom upiększającym i fryzjerskim. Pod noż najpierw poszedł Mały. Uwielbiam jak ma takie krótkie włoski, bo przy jego pyzatych policzkach (słowo daję, ze nie wiem jakim cudem MA pyzate policzki, bo je w ilościach minimalnych), wygląda cudnie. Mogłabym go ściskać i całować całymi godzinami. Później upiększony został Duży. Stanowczo lepiej im w krótkich włoskach, chociaż moja mama upiera się, że powinnam iść za modą i zapuścić im modne czupryny. Ale po co ja się pytam? Ja zapuściłam. I teraz się pocę. Wolałam krótkie włosy. Co z tego, że się kręcą, kiedy przy każdym myciu i czesaniu wyłażą? Krótkie same się układały, nie musialam sterczeć z suszarką i szczotką przed lustrem, wystarczyło lekko je zwilżyć i uczesać. No ale skoro już zdecydowałam, ze zapuszczę, to niech już będą. Ale dzieciaków męczyć nie będę. Zwłaszcza przy takich upałach.
Ostatnio znów mam kulinarny zryw. Wczoraj na przykład oprócz obiadu upiekłam ciasto z masą kokosowo budyniową i bagietki. Takie normalne. Pieczywo takie. Co w marketach można kupić. M był zadowolony. Wprawdzie masa ciastowa potrzebowała całej nocy, żeby się zsiąść, za to dzisiaj pyszne ciasto pieściło nasze podniebienia delikatnym smakiem. Za to bagietki pieczołowicie zapakowane w torebkę, żeby się nie zeschły, spociły się zwyczajnie i zrobiły się ciapciate, chociaż wczoraj były chrupiące i pyyyyszne… Moja babcia przybyła dzisiaj, żeby prawnuczki uściskać i ucałować przed 10 dniową rozłąką. Ugościłam ją kawałkiem pysznego ciasta i racuszkami ananasowymi z lodami (przepisy wkrótce na moim drugim blogu, póki co zapraszam na placuszki z kaszy manny z cynamonem). Babcia zjadła ze smakiem co oznacza, że się spisałam 😉 I od jutra od godziny mniej więcej 14.30 rozpoczynamy urlop. Rozpoczynamy dlatego, że M postanowił zrobic mi niespodziankę i wziął tydzień urlopu w pracy. Wprawdzie jak co roku robiono mu trudności i wreszcie urlop zyskał, ale pod warunkiem, że jeśli zajdzie potrzeba, to przyjedzie do pracy. Ech… W tym tygodniu zamierzam wykorzystać dodatkowe wejście na fitness. W zeszły wtorek spotkałam tam dziewczynę, która jest instruktorem IFAA. Akurat przyklejała informację o szkoleniach i kursach do katalogów i tak sobie mimochodem zapytała mnie, czy nie chciałabym zrobić sobie takiego kursu i zostać instruktorem fitness. Ja. Instruktorem. Fitness. Buehehehe. W domu opowiedziałam wszystko M, a on powiedział: „a wiesz, że to nie jest głupi pomysł? Jeśli masz chęć to zrób te licencje. Miałabyś przyjemną pracę i dodatkowa kasa też by się przydała”. No i teraz myślę nad tym i myślę… Może faktycznie iść na te szkolenia? Z drugiej strony mam wrażenie, że trema zjadłaby mnie już na pierwszych zajęciach. Nie wiem. Mam jeszcze trochę czasu, żeby się nad tym zastanowić. No i porozmawiać jeszcze muszę z tą dziewczyną. Niech mi przybliży temat, może będzie mi łatwiej jakąś decyzję podjąć. A jeśli się zdecyduję, to … 😀 I pewnie wyszłoby mi to nawet na zdrowie. I mogłabym schudnąć…
W czwartek byliśmy z kociastymi u wetki na kontroli. Łatek będzie musiał przejść jeszcze jeden zabieg usunięcia ząbków na dole, bo cholerne zapalenie się odnawia i nie chce sobie iść. Mru miał gorączkę, jednak nie można stwierdzić, czy na tle choroby, czy w wyniku stresu i upału panującego na dworze a jeszcze większego w samochodzie. Dobra wiadomość jest taka, że jego stan zdrowia się nie pogorszył… Ale też się nie poprawił 😦 Mru potrzebuje od nas dużo miłości i spokoju. Wciąż zastanawiam się dlaczego akurat on musiał zachorować ;( Znajoma, od której wzięliśmy nasze kociaste, ma nowy przychówek. Szczególnie do gustu przypadł mi jeden czarno biały kocurek z białymi wąsikami 🙂 Jest przefantastyczny! Miałam okazję zobaczyć go na własne oczyska właśnie u wetki, gdzie spotkałyśmy się w czwartek. Ja i M z naszymi, a znajoma z Krówciem, jego braciszkiem i jeszcze jednym ogromnie miziastym buraskiem. Burasek jest strasznym pieściochem i lizusem. Tak strasznie chciał się przytulić do kogoś, że nie oszczędził nawet kłującej go właśnie w tyłek wetki 😀 A Mru oczywiście dał popis… Wyginał się we wszystkie strony, i podwieszał się u ręki M. Istna małpeczka. Ale i tak go kocham. Mój piękny Mru..
Słonice atakują!
Zostałam kopnięta. Na fitnessie. Przez czternastoletnią siksę. No dobra, nie zrobiła tego specjalnie, ale kurczę… Po pierwsze: dlaczego dziewczyna w wieku lat 14 chodzi na zajęcia fitness i to w dodatku na fat burner? Szczupłe dziecko w okresie dojrzewania przyszło spalać tłuszcz? Coś tu nie halo. Ja w jej wieku szalałam na rowerze, wrotkach, grałam w piłkę, pływałam i biegałam po parku za swoim psem. Nie rozumiem dlaczego młoda dziewczyna zamiast udzielać sę towarzysko przychodzi do fitness klubu i ćwiczy z babami dwa razy (i więcej) starszymi od siebie coś, co jest jej zupełnie niepotrzebne. Po drugie: przeraziłam się widząc jak młode dziecko plącze się w układach, nie może złapać rytmu i miota się po całej sali zamiast trzymać się swojego miejsca. Właśnie dlatego zostałam kopnięta. Dziewczę nie ma za grosz wyczucia rytmu, a przy tym nie potrafi wrócić na swój kwadrat. I tak wyganiałam ją kilka razy, bo plątała mi się pod nogami raz z lewej strony, raz z przodu. Ćwicząca obok mnie znajoma, dusiła się ze śmiechu widząc jak unikam zderzenia z czternastką. Tym bardziej, że wczoraj na stepie miałam wątpliwą przyjemność stania za panią o podobnych umiejętnościach co dzisiejsza gwiazda. Tylko, że tamta na pewno była sporo starsza od tej i przynajmniej trzymała się swojego stepu i kwadratu. I psuła nerwy nie tylko mnie. Po trzecie: myślałam, że dzieci w tym wieku są bardziej wygimnastykowane. Przecież mają w szkole lekcje wf-u. Nieskromnie dodam, że w tym wieku miałam z tychże zajęć szóstkę. Zawdzięczałam ją właśnie temu, że byłam dobrze wygimnastykowana i „rozciągnięta”. Od wczesnych lat dziecięcych wyginałam się w ósemki i nie siadałam nawet na chwilę. Nasz sąsiad nazywał mnie Sprężynką, przez to właśnie, że nie umiałam usiedzieć na miejscu bez ruchu. Dziewczyna z zajęć natomiast jest sztywna jak kij od szczotki. Kiedyś na zajęcia przychodziła matka z córką w podobnym wieku do tej dzisiejszej. Tamta z kolei ruszała się jak słonica. Żadnej lekkości i gracji. Przy wchodzeniu i schodzeniu ze stepu zdawało mi się, że słyszę łup, łup, łup… Czy ja jestem jakaś przewrażliwiona, czy co? Może teraz dzieci tak właśnie wyglądają i tak się poruszają? Może to jest normalne, że młodzież nie uprawia sportów? I że lepiej przyjść na zajęcia fitness zamiast pojeździć na rowerze? Moda taka, czy co? Chyba muszę zacząć się przyglądać swoim dzieciom. Duży mało ćwiczy na wf-ie ze względu na swoje chorowanie, jednakże wtedy kiedy może, to ćwiczy. I lubi nawet. Jedyne czego nie jest w stanie „przeskoczyć” na tej lekcji, to gra w piłkę nożną. No cóż nie będę go namawiać. Nie lubi tej gry. Ja też nie lubię. M też nie. W naszym domu nie oglądamy meczy. Wolimy boks. Jednakże JA grałam w piłkę. I to na różnych pozycjach 😀 Raz byłam bramkarzem, raz grałam w ataku, raz w obronie. Nie bardzo rozumiałam niektóre zasady, ale zawsze znalazł się dobry kolega, który podpowiedział dlaczego jest „spalony”… 😉 Ok, Duży nie musi grać w piłkę. Lubi biegać i biega dosyć szybko, chociaż M twierdzi, że dziwnie się rusza. Nie zauważyłam. Duży nie chce uczęszczać na zajęcia zbiorowe, więc M obiecał mu, że będą razem ćwiczyć. Czekam aż zaczną. Mały przejawia talent do gimnastyki artystycznej, czyli jest podobny do mnie. Najczęściej wypoczywa skręcony w ósemkę, ewentualnie z nogami w górze. Mam wrażenie, że gdyby mógł, to uwieszałby się nimi na żyrandolu i pół dnia spędzałby w pozycji „do góry nogami”, bo tak jest fajnie. Co do Małego, mam plan, żeby zaczął uczęszczać na zajęcia do szkoły sztuk walk, w której M ćwiczy od kilku lat z niewielką przerwą ostatnio. Zajęcia dla dzieci są tam przewidziane od 4 roku życia, więc Mały się kwalifikuje. Poza tym może trochę się wyszaleje i choć trochę energii spali w pożyteczny sposób 😀 No i przy okazji będzie ćwiczył. Reasumując: wczorajsze i dzisiejsze ćwiczenia uświadomiły mi, że dzieci powinny ćwiczyć, gimnastykować się, żeby później nie wyrosnąć na słonice pozbawione gracji i wyczucia rytmu, które idą na zajęcia i kopią spokojnych ludzi po piszczelach. I przyrzekam, że jeśli wyjdzie siniak, to za tydzień ja będę pozbawiona gracji. Zemsta! ]:-> 😀
Jak zawsze, pod górkę…
Mru jest chory. Ma przed sobą kilka miesięcy życia. W najlepszym wypadku. Jest mi tak bardzo smutno, że ciężko nawet powiedzieć jak. To była miłość od pierwszego zdjęcia. Jak tylko zobaczyłam go, stojącego na tylnych łapkach z przednimi opartymi o parapet, od razu wiedziałam, że to TEN kot. Jest dla mnie wyjątkowy. On wypełnił pustkę po mojej kilkunastoletniej suczce. A teraz znowu będzie pusto… Cieszę się, że jest jeszcze Łatek. Czasem myślę, że Mru przybył do nas z misją. Byłam pełna obaw, kiedy deklarowaliśmy, że chcemy wziąć Łatka. Przecież on ciągle choruje na dziąsła, nie ma zębów, jest dorosły. Bałam się, że nie przywyknie do nas. Bałam się, że Mały będzie się bał kotka bez ząbków. I wtedy przyszedł Mru. Powoli nauczył mnie siebie kochać. Przygotował mnie na przyjście Łatka. To dzięi niemu szybko pokochałam Łatka. I cieszę się, że jest. Dostaliśmy ścisłe zalecenia od wetki. Najważniejsze: pilnować kuwety i od razu sprzątać po Mru, żeby Łatek się nie zaraził. Łatek tymczasem próbuje jak zwykle zaczepiać Mru i zachęca go do wspólnej zabawy. Mru jest jak nieobecny. Błądzi wzrokiem po ścianach. Półprzymknięte oczy zdają się nie widzieć niczego. Ożywia się tylko na widok jedzenia, a i tak nie na długo. Godzinami leży bez ruchu, wpatrując się w niewidoczne dla mnie obrazy. Zwykle kładzie się tyłem do pokoju, a pyszczkiem do ściany. Jego całe ciało zdaje się krzyczeć, że jest chory 😦 Potrzebuje teraz dużo spokoju. I miłości. Mam nadzieję, że dostaje tego pod dostatkiem. Staram się, żeby czuł jak bardzo go kocham. Znajoma powiedziała mi dzisiaj: „Mru spełnił już swoją misję. Nauczył Was kochać koty. Teraz może pobiec dalej.” Dalej… Za Tęczowy Most. Spotka tam moje dwa psy. Będzie biegał po zielonych łąkach. Nie wiem dlaczego akurat jego to spotkało. Najlepszy kto na świecie. Kot idealny. I piękny. Nie oddałabym go za nic. Mój biedny, malutki Mru. ;(
Wczoraj wybraliśmy się z Dużym do kina. Mimo, że wcale nie byłam w nastroju. Obiecałam mu to wieki temu, w tygodniu zarezerwowałam bilety więc nie mogłam go zawieźć. Poszliśmy na „Epokę lodowcową 3” w 3D. Bajka świetna. Nie żałuję, że poszliśmy, oderwałam się na chwilę od wszystkich smutnych myśli, które ostatnio kłębią się w mojej głowie. Od wszystkich zmartwień. A efekt 3D jest niesamowity! Proszę się nie śmiać. To był mój pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie widziałam filmu w trójwymiarze. Owszem swego czasu TP emitowała takie filmy na dwójce chyba. Zdaje się, że nawet King Kong leciał. Miałam w domu odpowiednie okulary, jednakże jakoś tego trójwymiaru nie widziałam. A tutaj owszem. Zwłaszcza przy wybuchu lawy. Widziałam reklamę kolejnej bajki w 3D, ale za nic nie pamiętam tytułu. W zwiastunie widzimy jak dom jednego starszego pana, leci sobie w nieznane z przywiązanymi do dachu balonikami, a na werandzie zaś jakiś skaut, najpewniej sprzedający ciasteczka, stoi przyklejony do ściany. Chętnie obejrzałabym tą bajkę. Może nawet tym razem z Dużym i z Małym. Jedyny większy problem stanowią okulary, które dostaje się w kinie przed projekcją. Okulary owe pasują doskonale, ale tylko na osoby dorosłe. Na dzieci są po prostu za wielkie. Źle to zostało pomyślane. Dlaczego nie wyprodukowano mniejszych okularków? Jaka to przyjemność dla dziecka oglądać film 3D w niewygodnych okularach, które zjeżdżają z nosa i wcale nie dostarczają wrażeń, a bez okularów obraz jest zamazany… To już lepiej iść na zwykły film. Chciałabym się wybrać do kina w sierpniu. Może się uda..
Od sierpnia zmienia się harmonogram w moim fitness klubie. Ze względu na brak instruktorów, zajęcia są ograniczone chyba do minimum. Cholera, nawet nie mam w czym wybierać. Sposobem eliminacji zostały mi dwie rzeczy. Tzn jedna to już standardowo basic step. Druga po prostu z żadnej strony do mnie nie pasujące TBC 😀 Zajęcia ma prowadzić jakaś całkiem nowa instruktorka, więc mam nadzieję, że na początku będzie za bardzo zestresowana, żeby dawać wycisk i jakoś uda mi się uchować w całości przez ten jeden miesiąc. Od września pójdę na całkiem coś innego.
Zdjęłam wreszcie paznokcie, które zakładałam na komunię Dużego. Zwyczajnie zaczęły mi przeszkadzać. Jednocześnie pragnę złożyć deklarację, że już nigdy podobnego czegoś sobie na palce nie założę. Chyba, że zostanę w jakiś sposób zmuszona. Moje paznokcie, z których naprawdę zawsze jestem zadowolona, wyglądają fatalnie. Długo będę czekać zanim znowu będą takie ładne jak wcześniej. Mimo to, nie żałuję, że miałam przez chwilę tipsy. Spróbowałam i już wiem, że to nie dla mnie. Mój M zapytał dzisiaj ile kosztuje założenie takich paznokci. Kiedy powiedziałam cenę, skwitował to tylko jednym zdaniem: „już teraz rozumiem dlaczego te wszystkie Barbie tak płaczą jak zgubią jednego…” 😀 Cały M. Ostatnio kiedy wrócił do domu, poinformował mnie już przy drzwiach, że „dzisiaj stałem się bohaterem”. Zdziwiona spojrzałam na niego pytająco. M odparł: „ocaliłem dzisiaj miliony istnień ludzkich”. Zgłupiałam jeszcze bardziej i rozdziawiłam usta w oczekiwaniu na ciąg dalszy. „Miałem w planach zostać dyktatorem jakiegoś państwa, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie…” roześmiał się M. Po chwili mu zawtórowałam. Dzięki tym jego małym głupotkom, moje zmartwienia odchodzą na trochę na dalszy plan 🙂 A teraz zmywam się do kuchni, bo mam kolejny napad kulinarny i w związku z tym smażę placuszki z kaszy manny. I jeszcze muszę coś wymyślić na jutro, bo przyjeżdża moja A. No przecież muszę jej coś dobrego zaserwować 😉 Chociaż ona ciągle mówi, że jest za gruba… A gdzie tam ona za gruba jest… Poza tym, przecież od jednej grzanki owocowo – migdałowej więcej nie przytyje 😉
Ain’t no sunshine…
Świat pożegnał Króla popu. Świat pożegnał Króla. Król odszedł. Nie umiem w to uwierzyć. Nie chcę. Nie obejrzałam transmisji z uroczystości w całości. Obejrzałam kawałki w internecie. Siedząc w klubie, przy komputerze. Z jedną słuchawką w uchu, bo drugą oddałam koleżance. Przed chwilą dopiero zobaczyłam jak starsi bracia Króla wnoszą złotą trumnę do hali. Zobaczyłam rozpacz córki Michaela. Jest mi niezmiernie przykro. Przecież wiem, że odszedł a jednak gdzieś tam w głębi duszy nie wierzę. Pamiętam kiedy pierwszy raz obejrzałam teledysk Billie Jean. Miałam kilka lat. Na widok szczupłego czarnoskórego chłopaka, serce podjechało mi pod samo gardło. Muzyka i jego głos sprawiły, że wiecznie kręcąca się dziewczynka stanęła jak wryta i z zachwytem obejrzała jak Michael idzie po podświetlanych płytach chodnikowych. Od tamtej pory był obecny w moim życiu zawsze. Nawet w teledysku „Thriller” był dla mnie piękny. Płakałam oglądając „Moonwalker”. Płakałam słuchając „We are the world”. Zachwycałam się jego tańcem. Kochałam oglądać go w teledyskach. Zawsze wierzyłam, że jeśli napiszę do niego list i poproszę, żeby przyjechał mnie odwiedzić, to tak się stanie. Marzyłam, żeby pojechać na koncert. Marzylam, żeby zobaczyć go chociaż z daleka. Na żywo. Nosiłam jedną rękawiczkę. Zaklejałam palce plastrami. Śpiewałam „Bad” i „Who is it”. Na zakonczenie szkoły podstawowej zaśpiewaliśmy piosenkę do muzyki „Heal the world”. Nigdy nie będzie już tak samo. Coś się skończyło. Mimo, że Michael od kilku lat nie był obecny na scenie, to zawsze wiedziałam, że jest. Wierzyłam, że będzie wielki come back. I miał być. Od przyszłego poniedziałku miała się rozpocząć seria koncertów na Wyspach. Bilety rozeszły się w oka mgnieniu. Koncertów nie będzie. Został żal. Cały świat połączył się na tą jedną krótką chwilę. Wszystkie stacje informacyjne mówią tylko o jednym. I wreszcie ostatnie pożegnanie córki z ojcem. Rozpłakałam się.
M. Jackson 1958-2009
