Moje wszystko

Zaczęło się…

No i klops. Jeszcze się wrzesień nie skończył a moje dzieci już są chore… Mały choruje już trzeci tydzień. Z tym, że antybiotyk bierze dopiero od poniedziałku, bo wcześniej była nadzieja, że obejdzie się bez. No i się nie udąło. Mały zaczął kaszleć a nawet „szczeknął” kilka razy, co jak wiadomo oznacza początek zaplenia krtani. Dostał więc antybiotyk. Nie czuje się źle, nie kaszle ciągle, lata po mieszkaniu i robi bałagan. Czyli źle nie jest. Duży dzielnie się trzymał. Myślałam, że wytrwa. A tu wczoraj rano, poszłam go obudzić, żeby do szkoły się nie spóźnił, a on gorący jak piec i mówi, że bardzo źle czuje. Nawet Lek przeciw gorączkowy niespecjalnie podziałał. Wzięłam dzieci za łapki i poszliśmy do lekarza. Czasy mamy teraz takie, że to pacjent mówi lekarzowi jakie leki należy przepisać. Wygląda na to, że trafiłam z antybiotykiem, bo Duży dzisiaj się pozbierał i łazi. Wczoraj zjadł tylko jeden kawałeczek angielki. Dzisiaj pochłonął już cztery i domaga się obiadu 🙂 Oprócz tego inhaluję obu różnymi specyfikami, z dobrym skutkiem nawet, bo Mały odkrztusza a Dużemu się kaszel nie pogłębia. Byłam w szkole i wzięłam lekcje dla Dużego. Od jutra bierzemy się do pracy, żeby zaległości nie mieć, bo to najgorsze jest. I mam nadzieję, że Duży szybko do szkoły wróci. Przecież ma tyle zajęć pozalekcyjnych… Niektóre bardzo atrakcyjne. Na przykład zapisał się na karate. Cieszę się, że chce chodzić, bo dodatkowy ruch jest mu bardzo potrzebny. Widzę, że rozkręcił się chłopak, bo i na wf chodzi dużo chętniej niż kiedyś. Denerwuje mnie to, że Mały opuścił już tyle dni w przedszkolu. Mam nadzieję, że wkrótce wróci, bo w końcu nie będzie mógł się z nikim zaprzyjaźnić. Dzieci już się do siebie przyzwyczaiły, a on… Czy te choróbska kiedyś się od nas odczepią?!

Byłam wczoraj u lekarza. Takiego niefajnego. Nie lubię tam chodzić, ale muszę. Poza tym uzgodniłam z M, że wybiorę się na wizytę do endokrynologa w jego przychodni, w której kartę zafundowała mu firma. Może wyrobić kartę i dla mnie za jakieś tam pieniądze niewielkie na miesiąc, więc chyba się zdecyduję, bo mam dosyć wstawania o 5 rano, stania dwie godziny w kolejce na dworze, żeby dostać się do lekarza, a później patrzeć jeszcze na jego kwaśną minę lub wysłuchiwać jego nieprzyjemnych uwag. Poza tym ostatnio co chcę się do niego wybrać, to jest na urlopie. A zaświadczenia do lekarza pierwszego kontaktu nie chce mi dziadyga wypisać… Więc pójdę sobie gdzie indziej.

W sobotę zaczynam pierwsze szkolenie!

P.S. A to wspomnienie z konwencji. Dwie lekcje z M. Prieditis:


Moje wszystko

Best of IFAA

Byłam! W sobotę! Było super świetnie. Pojechałyśmy we trzy. Na miejscu była już cała masa znajomych i nieznajomych osób. Nie umiem oszacować ilu uczestników było obecnych na konwencji, ale nie było ich na pewno mało. Praktycznie cała duża sala w Nowej Gdyni była zajęta. Zajęcia rozpoczęły sę tuż po godzinie 12. Najpierw lekcja Ragga Dance z Magdaleną Prieditis. Niesamowita osoba. Świetna lekcja i doskonale poprowadzona. Tylko, że to nie moje klimaty niestety 😀 A może jestem po prostu za stara, żeby takie wygibasy uskuteczniać? W każdym razie przyjemnie było obserwować cały układ, mimo, że nie byłam w stanie zatańczyć całości. Nie szkodzi. Za dwa lata będę mogła wszystko! 😉 Kolejna godzina upłynęła nam na stepie pod kierunkiem fantastycznej Doro Giery. Niemka świetnie mówiąca po polsku, bardzo energetyczna i pozytywna osoba. Byłabym szczęśliwa gdybym mogła w przyszłości uczyć się od niej. Następne zajęcia – jak dla mnie najlepsze tego dnia, jeśli chodzi o zajęcia dynamiczne – Dance Coctail z Marcinem Zierałko. Świetny układ, świetny nauczyciel. Nie siedziałam nawet dwóch minut. Nauczyłam się całego układu i cały zatańczyłam! Po trzech godzinach bardzo wyczerpujących zajęć nadszedł czas na Pilates z moją ulubioną instruktorką a także moim przyszłym szkoleniowcem – Martą Targowską. Nie lubię ćwiczeń spokojnych. Nie mogłabym chodzić na takie regularnie, ale pilates z Martą jest świetny. Marta bardzo dobrze umie wyjaśnić uczestnikowi jak wykonywać ćwiczenie, które mięśnie napiąć, a które rozluźnić. Na pewno zajęcia z nią nie są nudne. I z niecierpliwością czekam na pierwsze szkolenie, które rozpoczynam już za dwa tygodnie 🙂 Po pilatesie była lekcja Sexy Dance with chairs. Odpuściłam sobie, bo akurat była dobra pora na posiłek 😀 Ale fajnie było patrzeć na dziewczyny tańczące na krzesłach, przy krzesłach, obok krzeseł… Lekcję prowadziła Magdalena Prieditis. Kolejne zajęcia na stepie prowadził Tomasz Kostro, który będzie nas szkolił w zakresie wzmacniania. Lekcja była bardzo w porządku. A instruktor… no cóż, nie wszyscy muszą mi przypaść do gustu. Następna godzina, którą do dzisiaj pamiętają moje mięśnie, to zajęcia z piłką io-Ball. I tu znów na scenę wkroczyła świetna Doro Giera 🙂 Oprócz tego, że dała naszym mięśniom porządny wycisk, to rozśmieszała nas swoimi dowcipami i wprowadziła atmosferę luzu i dobrego humoru. Żal było się z nią rozstawać. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni raz kiedy ją spotykam. Po całym wyczerpującym dniu, Marta i pozostali instruktorzy zaprosili nas na team stretch. Jestem bardzo zadowolona. Może tylko głupio zrobiłam, że nie wzięłam aparatu. Następnym razem nadrobię. Acha, no i wylosowałam koszulkę :)) Pierwszy raz w życiu coś wygrałam. Spośród tylu uczestników został wylosowany MÓJ numer. Czyżby to był jakiś znak?

Kocim okiem · Moje wszystko

Łatek

Cześć, nazywam się Łatek. Od jakiegoś czasu mieszkam w domku Małego i Dużego i ich rodziców. Kiedy przyszedłem do nich, mieszkał już z nimi inny kotek – Mrubisek. Na początku troszeczkę się kłociliśmy, ale szybko zostaliśmy przyjaciółmi. Spaliśmy razem, jedliśmy i bawiliśmy się. Bardzo się pokochaliśmy. Ale Mru ciężko zachorował. Duzi bardzo często jeździli do weterynarza z Mrubiskiem. I ze mną. Ja mam problemy z dziąsełkami, ale wetka mówi, że jak mi usunie ząbki na dole, to dziąsełka przestaną mnie boleć. Problem był taki, że nie mogłem przejść tego zabiegu, ponieważ po narkozie bardzo spada odporność a jak wszyscy wiecie Mru bardzo ciężko chorował i istniało zagrożenie, że mógłbym zachorować i ja. Duża dawała mi różne tableki i inne lekarstwa, a raz musiała mi nawet zrobić zastrzyk. Była bardzo dzielna, chociaż strasznie się bała, żeby nie zrobić mi krzywdy. Nie wyrwałem się, tylko miauknąłem zaskoczony ukłuciem, ale Duża szybciutko wstrzyknęła lekarstwo i było po bólu. Później mnie przytuliła i pogłaskała, więc jej wybaczyłem. Tymczasem Mru był coraz bardziej chory… Żółtaczka nie chciała sobie iść. Nie chciał się ze mną bawić i bardzo malutko jadł. Duzi i wetka bardzo się starali, żeby wyzdrowiał i wreszcie okazało się, że Mru jest mniej żółty. Wszyscy bardzo się ucieszyli, bo to znaczyło, że żółtaczka odpuszcza i jest szansa na poprawienie stanu zdrowia Mrubiska. Niestety, ucieszyli się za szybko. Duża zauważyła, że coś dziwnego dzieje się z Mru. Że chwieje się na łapkach i czasem przewraca się na boczek. Leży tak przez chwilkę, a później wstaje i jakby nic się nie stało idzie dalej. Duża brała go wtedy na ręce i masowała, bo wyglądało to jakby Mru miał skurcze łapek i całego ciałka. Duzi się zaniepokoili, bo te objawy zaczęły się szybko nasilać. Zabrali Mru szybciutko do wetki. Usłyszeli, że choroba zaatakowała układ nerwowy i Mru ma ataki padaczki… Duża okropnie płakała… Mru dostał tabletki, które miały mu pomóc. Rzeczywiście przez dwa dni było lepiej. We wtorek Mru poszedł do kuwetki i łapki się pod nim ugięły. Wpadł do środka potrącając rurę od odkurzacza, która przerwóciła się robiąc dużo hałasu. Mru się bardzo przestraszył i dostał straszny atak. Duża chwyciła go na ręce i przytuliła mocno do siebie. Szybciuto pobiegła po lekarstwo i zaraz jak atak przeszedł wcisnęła mu tabletkę do pysia. Jednak to nie pomogło. Po kilkunastu minutach nastąpił drugi atak. Dużej nie było już w domu, bo musiała wyjść, ale była Babcia Dużej. Później Mru zaczął się dziwnie zachowywać. Raz uciekał w kącik, potem chował się do budki w drapaku albo przychodził do Dużej, siadał na przeciwko niej, patrzył jej w oczy i płakał… A ona razem z nim. Mru był bardzo słabiutki, nie mógł utrzymać się na łapeczkach. Duża przerażona zadzwoniła do Dużej Tymczasowej. Wiedziała, że Duży musi akurat tego dnia oddać samochód do naprawy i nie miała jak pojechać do wetki. Duża Tymczasowa powiedziała, że zawiezie Mrubiska i Dużą. I pojechały. Mru już nie wrócił do domu. Wetka powiedziała, że „to już pora”, bo on bardzo cierpi. Duża płakała bardzo długo. Starałem się ją pocieszyć. Przytulałem i całowałem i widziałem, że to przynosi jej ukojenie. Duża mówi, że bardzo tęskni za Mrubiskiem. Ja też za nim tęsknię… Szukam go ciągle po mieszkaniu, bo może jednak gdzieś się tylko schował i wyskoczy nagle z jakiegoś kątka, tak jak to robiliśmy kiedy był zdrowy… Duża powiedziała, że Mru został w pięknym miejscu, między młodymi sosnami. I jeszcze, że teraz jest Kocim Aniołem. I zawsze będzie z nami. Obecny w serduszku Dużej i w moim mruczeniu. Duża powiedziała jeszcze, że teraz do mnie należy pisanie na blogu, bo wszyscy przyjaciele moi i Mrubiska na to czekają. Dziękujemy kochani za wszystkie ciepłe słowa. I za to, że zawsze z nami byliście i jesteście.

Łatek i Duża

A taki wierszyk napisała dla Mru jego przyjaciółka – Inka:

Mały kotek Mruczuś
wbiegł na Most Tęczowy
na Tęczowych Łąkach
zamilkły rozmowy

Mruczek zadziwiony
stanął u wrót raju
dlaczego mnie wszyscy
tak miło witają?

Pigułka i Mruczka
kwiaty z łąk tęczowych
zaplotły w wianuszki
wygłosiły mowy

A potem kot Maciek
i wszyscy zebrani
Mruczka na swe uczty
niebiańskie wezwali

Moje wszystko

Za Tęczowym Mostem…

Pięknie tam musi być. Jest to miejsce, do którego udają się po śmierci zwierzęta. Dzisiaj pobiegł tam mój najukochańszy Mru… Jest mi bardzo smutno. Już nigdy nie spotkam takiego kota. Oczywiście jest jeszcze Łatek, którego też bardzo kocham, ale Mru był wyjątkowy. On był po prostu MÓJ. I moim pozostanie na zawsze.

Moje wszystko

A co to to, co to to, kto to tak pcha…?

Przez ostatnie trzy dni czuję się jak ta tuwimowska lokomotywa.

…”Najpierw powoli  jak żółw ociężale,

Ruszyła maszyna po szynach ospale,

Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,

I kręci się, kręci się koło za kołem,

I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,

I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,

A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!…”

We wtorek nastąpił początek roku szkolnego. Całe szczęście, że M wziął dzień wolny i mogliśmy razem dwie imprezy obskoczyć. Mały wszedł do przedszkola prawie z pieśnią na ustach! Był radosny jak skowronek o świcie. Ja byłam przygotowana na najgorsze. Zaopatrzyłam się w chusteczki do nosa i przybrałam w miarę wesoły wyraz twarzy. Jednak po tym co przeszłam z Dużym, byłam pełna obaw. A tu Mały postanowił nam urządzić surprajsa. Nie dosyć, że nie płakał, to jeszcze tak mu się spieszyło, że zapomniał dać nam buziaka na pożegnanie. Pani nauczycielka mu przypomniała. Obdarował każde z nas szybkim całusem i pognał do zabawek, dzieci i pani, zostawiając mnie ogłupiałą przed klasą. Przedszkole Małego jest malutkie. Przerobione z dwupokojowego mieszkanka. Dzieci w nim jak na lekarstwo. Wszystko to daje mi poczucie bezpieczeństwa. Mam nadzieję, że Mały nie będzie dużo chorował, bo wielkiego skupiska dzieci nie ma, wszystkie są zapisane na max. 5 godzin, więc pewnie ma się nimi kto zająć i w razie choroby nie będą przychodzić. Mały jest zadowolony. Wczoraj i dzisiaj powtórzył ten sam schemat co we wtorek. Pośpiesznie zmienił buty i poleciał. A przepraszam, wczoraj to nawet chciał lecieć bez obuwia, w samych skarpetach tylko. Zdążyłam mu zdjąć buty, ale nie zdążyłam założyć kapciuchów… A dzisiaj Mały powiedział do Dużego:

-„Pośpiesz się, bo się spóźnię do przedszkola!”

Zdanie powyższe przypieczętował miną z serii „ruchy, bo ci przyłożę!”. Duży jest trochę pokrzywdzony, bo wczoraj i dzisiaj szedł do szkoły na godzinę 8.55, ale musiał niestety zwlec się z łóżka razem z nami i jechać ze mną odstawić Małego do tej przefantastycznej instytucji. Jutro nastąpi zamiana. Mały odstawi ze mną Dużego do szkoły i dopiero pojedzie do przedszkola. Duży nie ma jeszcze stałego planu. Denerwuje mnie to trochę, bo nic nie można zaplanować. Plan ma być w poniedziałek. A to wszystko wina jednej pani, która miała uczyć religii, ale dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego zrezygnowała, dezorganizując tym samym cały czas szkolny. U Dużego w klasie nastąpiło kilka zmian jeśli chodzi o nauczanie. Zmieniła się pani od angielskiego. W tym roku będzie ich uczyła wychowawczyni równoległej klasy, z czego my – rodzice bardzo zadowoleni jesteśmy. Informatykę poprowadzi sama pani dyrektor szkoły, z czego jeszcze nie wiem czy my – rodzice jesteśmy zadowoleni. A religii będzie uczył jednak ten sam pan, co w zeszłych latach. I tu bardzo się cieszymy, my – rodzice. Zaznaczam, że to my – rodzice, ponieważ zdania naszych dzieci znacznie różnią się od naszych. Wiadomość o odejściu poprzedniej nauczycielki angielskiego przyjęli wprawdzie z entuzjazmem, ale o nowej nauczycielce nie wiedzą nic, więc przemilczeli. Informatyka też na nich wrażenia nie zrobiła żadnego. A na wiadomość o religii, usłyszeliśmy „nieeeeeee!”, co jest całkiem zrozumiałe, bo jako, że „stara” pani od angielskiego nie radziła sobie z większością klasy wcale a wcale i dzieci właziły jej niemalże na głowę, to pan od religii nie pozwala na harce po klasie, skakanie po ławkach i niekontrolowane wrzaski. I tak być powinno, bo w końcu nauczyciel pełni bardzo ważną rolę w wychowywaniu dzieci. Nie chciałabym, żeby mój syn nie szanował swoich nauczycieli, chociaż on jako jeden z niewielu, na angielskim zachowywał się nienagannie. I tak właśnie rzeczy się mają jeśli chodzi o nowy rok szkolny. Ja natomiast od wczoraj latam z jęzorem wywieszonym i już wcale nie jest mi do śmiechu, kiedy pomyślę sobie, że tak ma być rok cały. Dzisiaj na przykład wstałam 6.30, przygotowałam śniadanie dla siebie i dzieci, obudziłam Małego, bo Duży na szczęście sam wstał. Kazałam zjeść, umyć się (Duży myje się sam, Małego myję ja), i ubrać (tak samo jak przy myciu). Na przystanek dotarliśmy o 7.40, po to, żeby zobaczyć jak odjeżdża nasz autobus. Zanim pzyjechał drugi, Mały i Duży zaczęli pomału rozbierać przystanek autobusowy na częście pierwsze. Odstawiliśmy w końcu Małego do przedszkola i nawet udało nam się zdążyć do szkoły na czas. Po drodze odwiedziliśmy 3 sklepy w poszukiwaniu soku. Duży został w szkole, ja pobiegłam na zakupy. Do domu ściągnełąm o godzinie 10.30. O 10.35 przyszła koleżanka skorzystać z internetu, bo zrobiła w domu przemeblowanie i okazało się, że kable do komputera nie sięgają. Posiedziała 10 minut i poszła, a ja razem z nią, bo przecież odebrać Małego za 40 minut trzeba było. Pojechałam. Kupiłam kukurydzę. Odebrałam Małego. Poszliśmy do jednego sklepu, który otworzyli całkiem niedawno, tuż obok przedszkola. Markę znam z pobytu w UK, więc chciałam porównać. Okazało się, że niektóre artykuły są tam tańsze niż w innych miejscach, więc zrobiłam małe zakupy. Wróciliśmy. Zanieśliśmy zakupy do domu i poszliśmy odebrać Dużego ze szkoły. Przyszliśmy do domu na obiad. Duży pokazał mi zeszyt od polskiego, w którym było napisane jest, że na jutro zeszyt gładki, rygę, pionek i kostkę do gry trzeba przynieść. Dostałam mroczki przed oczami. Znowu muszę lecieć do sklepu! Zadzwoniłam do teścia, który na szczęście dysponował kilkoma wolnymi minutami i przyszedł dzieci popilnować. Poleciałam do sklepu sama. Oczywiście nie dostałam wszystkiego w jednym miejscu. Obskoczyłam trzy sklepy. Wróciłam do domu. Odrobiliśmy lekcje. Zrobiłam obiad. Czekam na M. I wreszcie mam czas, żeby usiąść. Aaaa oczywiście załatwiłam w międzyczasie też trzy ważne sprawy. Telefonicznie, bo osobiście to dopiero muszę się pofatygować… Cieszę się, że jutro piątek. Oznacza to, że za dwa dni niedziela i wtedy chyba nie ruszę się z domu na krok. Choćby mnie wołami ciągnęli. A w poniedziałek pierwsze zajęcia z aeroboksu 🙂 A za tydzień w sobotę warsztaty fitness 🙂 Już nie mogę się doczekać 🙂 W tym tygodniu też poszalałam w klubie 🙂 Było świetnie i nareszcie czuję, że to jest TO!

Moje wszystko

Wakacji dzień ostatni

I znów mi przykro. Nie dlatego, że cała kołomyja ze szkołą i zajęciami pozalekcyjnymi zacznie się od nowa, ale dlatego, że zbliża się jesień. Wprawdzie jesień jest porą roku, którą jeszcze w miarę lubię, ale niestety zaraz po niej nastąpi zima, której nie cierpię. Będzie zimno, bez śniegu, pochmurno, burzowo, wietrznie, ciemno po godzinie 15, BEZNADZIEJNIE! Póki co szykujemy się do jutrzejszego dnia. Koszula biała Dużego wisi wyprasowana na drzwiach od szafy. Ubranko Małego, również wyprasowane, zdobi oparcie fotela. Jutro wkroczymy w kolejny okres naszego wspólnego, rodzinnego życia. Przecież Mały idzie do przedszkola 🙂 To naprawdę duże przeżycie nie tylko dla dziecka, ale i dla rodzica. Kiedy do przedszkola w wieku lat 3 pomaszerował Duży, który wtedy jeszcze był jedynakiem, płakałam całą drogę do domu. I nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie nadejdzie godzina zabrania mojego ukochanego dzieciątka do domu. Bo na pewno robią mu tam krzywdę, jest mu źle, nie chce jeść, nie umie sobie zapiąć spodni i w ogóle to najgorsze miejsce na świecie… Po czym odbierając Dużego dowiedziałam się, że on nie chce tam chodzić, tam jest źle, pani go nie lubi, dzieci go nie lubią i już nigdy tam nie wróci… Pomyślałam wtedy, że jestem okropną babą, która własne dziecko wysyła na stracenie do tego okropnego miejsca. Jednak następnego dnia zaprowadziłam Dużego do przedszkola. I następnego też. I kolejnego. Po jakimś czasie ja się przyzwyczaiłam. Duży nie 😀 Przestał płakać jakoś w połowie zerówki. Mam nadzieję, że Małemu pójdzie szybciej. Nie chciałabym znowu czuć się tak podle jak wtedy, kiedy patrzyłam jak Duży pociągając nosem zmienia buty, a później ryczy w klasie jakby go ze skóry obdzierano. Chociaż i wtedy i teraz mam wrażenie, że winę za to w dużej mierze ponosi wychowawczyni Dużego. Sama nieraz słyszałam jak drze gębę na dzieciaki. Do dzisiaj Duży wspomina ją jako nieprzyjemną krzykaczkę. I cieszy się, że Mały będzie chodził do innego przedszkola, bo nie trafi na jego panią. Tak więc jutro wkraczamy w nowy rok szkolny. We czworo. M ma wolne w pracy, więc najpierw zaliczymy przedszkole, a później początek roku w szkole. Po południu pierwsze spotkanie zuchowe. A po spotkaniu rozmowa z instruktorką ze szkoły fitnessu, do której jak wszystkim wiadomo się wybieram. Nadal. W tym temacie nie zmieniło się nic. Oprócz terminów szkoleń, które teraz są mi bardziej na rękę, bo większa część zajęć będzie się odbywać w okolicach Łodzi. No i właśnie wczoraj w związku z moimi szkoleniami, mąż zabrał mnie na zakupy. Stałam się posiadaczką dwóch par fantastycznych butów sportowych i pięknej torby treningowej. Niby nic, a jednak cieszę się nieprzytomnie. Wybieram się dzisiaj do klubu wypróbować nowe fitnessowe obuwie 🙂 Mały dostał swój wymarzony worek z Benem 10. I piórnik całkiem nowy, z całkiem nowymi kredkami, mazakami, ołówkiem, gumką, linijkami i temperówką. Zapytany czy chce iść do przedszkola, raz odpowiada: „tak, chcę! Kiedy pójdziemy?”. Innym razem natomiast mówi: „ja już nie chcę iść do przedszkola, wolę być w domu z tobą!”. Ciężko przewidzieć jaka będzie jego reakcja jutro, kiedy będzie musiał dać nam buzi i dzielnie pomaszerować do swojej klasy z innymi przedszkolakami. Nie ręczę za to, że nie będę płakać…

Moje wszystko

Z ostatniej chwili

Mały idzie do przedszkola! W zeszłym tygodniu byłam w dwóch przedszkolach w okolicy, żeby dowiedzieć się czy można zapisać Małego na minimum, czyli na bezpłatne zajęcia. Ponieważ dyrekcja obu placówek była jeszcze na urlopie, zaproszono mnie do jednego przedszkola dzisiaj rano, do drugiego jutro. Wcale nie ukrywałam, że przedszkole przy szkole (nie przy szkole Dużego) bardzo mi odpowiadało. Poszłam dzisiaj na spotkanie z panią dyrektor. Była bardzo miła, ale niestety. W tym przedszkolu nie przyjmują dzieci na minimum. Zapytałam więc gdzie jest przedszkole, w którym przyjmują. Okazało się, że kilka przystanków od nas. Niespecjalnie mi się uśmiechało jeździć z młodym gdzieś nie wiadomo gdzie, ale zajrzałam na stronę owego przedszkola. Okazało się, że jest to placówka, która przyjmuje dzieci w systemie zmianowym. Rano i po południu. Rzeczywiście przedszkole jest bezpłatne. Dziecko może w nim przebywać do 5 godzin. Autobus mam bezpośredni, jedziemy może 12 minut… Nie jest to tak bardzo daleko. Pomyślałam, że i tak pewnie nie ma już miejsc, ale zadzwoniłam. Tak, żeby uspokoić sumienie, że zrobiłam wszystko, żeby znaleźć dla Małego fajne miejsce, w którym będzie mógł poznać dzieci i nauczyć się różnych fajnych rzeczy. Ku mojemu zdumieniu, pani dyrektor poinformowała mnie, że miejsca jeszcze są, ale trzeba się spieszyć! Aaaa raz kozie śmierć! Zebrałam dzieciaki i pojechałam. Do bazy 😀 Wypełniłam stosowne dokumenty, zapisałam Małego na ranną zmianę, dowiedziałam się, że może przyjeżdżać nawet na 9. I na szczęście Mały będzie uczęszczał do filii, która jednak jest ździebko bliżej 🙂 Mały ma mieszane uczucia. Raz mówi, że mu się podoba, za chwilę mu się nie podoba. W każdym razie worek z Ben 10 trzeba kupić. Worek kosztuje 29,90 zł. Tak. Zwykły worek na kapcie. prawie 30 zł… No ale to ważne przeżycie dla Małego, niech zapamięta, że idąc do przedszkola miał wymarzony worek 😉 Tak strasznie się cieszę, że udało mi się zapisać go do bezpłatnego przedszkola, że chyba w podziękowaniu kupię dla pani dyrektor, która mnie tam pokierowała, bukiet kwiatów 😀 Trochę przeraża mnie podróżowanie autobusem dwa razy dziennie w dość krótkim odstępie czasu. Od razu zadzwoniłam do teściów, którzy przebywają na urlopie. Oboje bardzo się ucieszyli, a teść zaoferował się, że będzie Małego do przedszkola przed pracą zawoził 🙂 Jakoś to będzie. W przyszłym roku Mały pójdzie do zerówki. Jeśli nie uda mi się zapisać go przy szkole Dużego, to zostanie w tamtym przedszkolu. Jestem ciekawa czy Małemu będzie się podobało. Myślę, że z nim będzie łatwiej niż z Dużym, który wył straszliwie i nie chciał wcale chodzić do przedszkola. Nawet teraz nie wspomina dobrze tego miejsca. A właściwie, to nauczycielki. Ja też jej nie lubiłam. Rozmawiałam z nią kilka razy o tym, że Duży nie chce chodzić do przedszkola z jej powodu. Widocznie nie przyniosło to żadnego efektu, bo Duży dzisiaj oznajmił, że cieszy się, że Mały będzie chodził gdzie indziej, bo przynajmniej nie trafi na tą samą panią… No nie trafi. I bardzo dobrze. Żeby tylko nie trafił na gorszą (tfu, tfu, tfu).

Dostałam dzisiaj od koleżanki do obejrzenia fragment ukraińskiego Mam talent. To co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Piękna dziewczyna rysowała w piasku niesamowite sceny, płynnie przechodząc od jednej do następnej. Zapraszam do obejrzenia. Fantastyczna Ksenia Simonowa:


Moje wszystko

Witaj kruszynko :) A ja znów będę ciotką ;)

Całkiem niedawno, mianowicie 9 stycznia w godzinach wieczornych dostałam sms od kolegi.  A dzisiaj znów dostałam sms. Z tego samego źródła 🙂 „O. urodziła się o godzinie 13.06. Obie panie czują się świetnie.” Tak więc Maluszek jest już na świecie. Czekałam na to od kilku dni i zastanawiałam się na kogo będę czekać, kiedy ten Maluszek pojawi się już na tym świecie. I sprawa sama się rozwiązała. Następny Malec w drodze 🙂 Moja przyjaciółka, chrzestna matka mojego młodszego dziecka, nosi w sobie malutką fasolkę 🙂 Obie jesteśmy urodzone w kwietniu i maleństwo też przyjdzie na świat w kwietniu 🙂 Cieszę się tak bardzo, że nawet nie umiem określić tego słowami. Czekam na Ciebie Malutkie Słoneczko! – twoja ciotka K. 😉

Moje wszystko

Biust w promocji

Przed chwilką Mały oglądał gazetkę reklamową jednego z hipermarketów. Akurat trafił na stronę z bielizną damską i podziwiając kolorowe biustonosze wrzasnął radośnie:

– Mamusiu, mamusiu! Zobacz! Cycuszki tu są różowe!

No i kto powiedział, że w marketach są buble? Kiedy można tam całkiem ładny nowy biust za 19,90 zł kupić? I jeszcze kolor wybrać 😉

Moje wszystko

Piankowy drób

Kilka dni temu, kiedy byłam na zakupach z Małym i Dużym, chłopcy zażyczyli sobie kaczki do hodowania. W pierwszej chwili trochę się przeraziłam. Wyobraziłam sobie stado żółciutkich kaczuszek wędrujących po moim mieszkaniu i dwa koty wyskakujące znienacka, zza rogu, zza drzwi. No dobra, jednego kota. Drugi pewnie nie wykazałby zainteresowania.. Zdążyłam pomyśleć o tym wszystkim w ułamku sekundy i już, już miałam zapytać Dużego jak on sobie to wyobraża, kiedy on palcem wskazującym pokazał na całą masę towarów wyłożonych na wystawie jednego ze sklepów ze słodyczami i wrzasnął:

– Mamusiu, tu są te kaczki!

Wytężyłam wzrok. Zobaczyłam mnóstwo lizaków, czekolad, wód mineralnych, orzechów, ciastek itp, ale kaczek tam nie było. Pomacałam Dużego po głowie, ale nie miał temperatury.

– Gdzie ty widzisz kaczki synu? – zapytałam.

-No tu. TU!

Duży zniecierpliwiony podszedł do wystawy i wziął do ręki jajko… opakowane w przeźroczystą folię i z metką na której faktycznie widniała kaczka. Mały poszedł w ślady brata i chwycił drugie jajko. Zrezygnowana wzięłam do ręki trzecie i zaczęłam czytać. Okazało się, że jajko należy umieścić w wodzie. W ciągu 24 godzin powinno się z niego wykluć piankowe kaczątko, które można obserwować jak sobie pod wpływem wody rośnie. No dobra. Na takie kaczki mogę się zgodzić. Chłopcy pognali biegiem w stronę domu. Byle szybciej wrzucić jajka do wody. A ja zaczęłam się zastanawiać w co ja te jajka wrzucę, bo przecież nie w garnki. Nagle Duży podstawił Małegu nogę. Niechcący. Mały zachwiał się, wypuścił jajko z rąk i jak w „Matrixie” rzucił się, żeby je uratować przed upadkiem. Nie zdążył. Jajko upadło. Buzia Małego wygięła się w podkówkę, podniósł jajko z ziemi i troskliwie je obejrzał. Po czym odetchnął głęboko z ulgą i powiedział:

– Na szczęście się nie POTŁUCZYŁO…

Gdyby nie powaga sytuacji chyba parsknęłabym śmiechem.. Mały powinien napisać Słownik Nowomowy. Nie nadążam za jego nowymi słówkami i powiedzonkami. Chyba zacznę je spisywać 🙂 Wreszcie bezpiecznie dotarliśmy do domu, jajka zostały umieszczone w słoikach po ogórkach. Przy czym bez kłótni się nie obyło, bo na jednym naklejki już nie było, a z drugiego nie chciała się odkleić… Musiałam zatem wysłuchać, że dlaczego on może widzieć swoje jajko a ja nie mogę widzieć swojego? Dlaczego ten słoik jest lepszy? Ja chcę inny! Nie masz innego? Itd… Wreszcie udało mi się kawałek naklejki odmoczyć i odskrobać. Dzieci zgodnie stanęły w łazience obok siebie i zaczęły obserwację. Jakoś tak mi do głowy przyszło, że będą tam stać te 24 h, w oczekiwaniu na swoje kaczątka ale nie… Po pięciu minutach przybiegł Mały:

– Mamusiu, ta kaczka nie chce wyjść…

– Nie przejmuj się synku, wykluje się jutro…

Mały popatrzył na mnie i pobiegł do łazienki. Za chwilkę przybiegł i zapytał:

– A kiedy będzie jutro?

– Jak się wyśpimy.

Znów pobiegł do łazienki. Postał jeszcze z 10 minut i znudzony poprosił, żeby pościelić mu łóżko, bo on chce, żeby już było jutro i pójdzie spać. Była godzina 17. Jakoś udało mi się zajać go czymś innym i wytrwaliśmy do godziny odpowiedniej do spania. Rano około 7 usłyszałam szelest kołderki i za chwilę tupanie bosych stópek. Skrzypnięcie drzwi od łazienki iiii…

– Mamusiu, mamusiu! Kaczka Dużego się wykluła! A moja nieeeeee!

Zwlokłam się z łóżka i zajrzałam do słoików. Rzeczywiście jajko Dużego pękło i widać było żółtą kaczuszkę w środku. Mały zawodził nadal. Wreszcie wziełąm nożyczki i wydziabałam dziurkę i w jego jajku. Zadowolony Mały pozwolił się nawet umyć i ubrać. Zjadł śniadanie i poleciał obserwować. Cały dzień przynosił mi nowe wieści z łazienki. Kaczuszki rosły sobie kilka dni i na koniec okazało się, że kaczka Małego jest większa niż kaczuszka Dużego. Tak więc sprawiedliwości stało się zadość. Po kilku następnych dniach wyjęłam kaczuszki z wody, bo Mały przestał się zadowalać ich widokiem w łazience, wobec czego kaczki zdobiły segment w dużym pokoju. Zaczęło mi to przeszkadzać.. Kaczki zamieszkały w łazience na stałe. Bez słoików. Zastanawiam się tylko, czy bez wody uschną? Niełatwo jest hodować drób. Nawet taki piankowy 😉