Moje wszystko

10.03

Przedwczoraj Marceli został wykastrowany. Całe szczęście, bo nie mogłam przez niego spać. O 3 w nocy włączał mu się nastrój miłosny i zaczynał gruchać, miauczeć i udeptywać mnie, M i Łatka. Łatek był w jeszcze gorszej sytuacji, bo stał się obiektem innych miłosnych zabiegów ze strony kociaka. No ale szczęśliwie mamy to już za sobą. Teraz tylko czekamy kiedy hormony u kociej młodzieży unormują się na należytym poziomie.

Mały ma zapalenie ucha. Dopiero był tydzień w domu na zapalenie gardła, później tydzień w szkole i znów od poniedziałku w domu… Pojechałam z nim na ostry dyżur do szpitala Korczaka, gdzie ciśnienie podniosło mi się tak, że prawie para uszami poszła. Ja rozumiem, że pracownicy służby zdrowia są przyjmowani poza kolejnością, zwłaszcza jeśli pracują w danej placówce. Ale dlaczego ICH wnuki mogą wchodzić poza kolejnością, podczas gdy dla innych nie ma nawet lekarza wolnego? Zwłaszcza, że wnuczka, która wepchnęła się z babcią – pracownicą szpitala, była sporo starsza od Małego i najwyraźniej nie cierpiąca. A pracującej babci uwagę zwróciłam, a jakże. Jednak bez skutku, chociaż matka dziewczynki była bardziej skłonna do ustępstw. Wstrętna starucha. W poczekalni spotkałam też swojego ortopedę, któremu oznajmiłam, że niebawem się u niego zjawię, na co Pan Doktor z rozpaczą w oczach zapytał, czy mi nie pomógł ostatnim razem… Szkoda mi się go zrobiło. Młody facet. Chyba mlodszy ode mnie nawet. Z maluśkim dzieckiem i z żoną przyjechał. Wyjaśniłam, że nie wykupilam leku, ponieważ 80 zł za jedną kurację dwutygodniową chyba, gdzie kuracji potrzeba conajmniej na 6 tygodni, to dla mnie ździebko za dużo. Pan Doktor z ulgą odetchnął i powiedział, że przepisze coś innego. Chociaż nie wiem czy potrzebuję, bo tamte dolegliwości stanowczo zelżały. Teraz dokucza mi coś całkiem innego.

Zepsuł mi się laptop. Wysłałam go do naprawy. oczywiście wcześniej zgrałam wszystkie zdjęcia i pliki mp3, których bardzo nie chciałam stracić. Zdjęcia usunęłam, bo na cholerę jakcyś obcy ludzie mieliby oglądać facjaty moje i moich najbliższych. Zapakowałam komputer jak kazali, opatrzyłam etykietami, które przysłali mailem i kurier powiózł go w siną dal aż do Wołomina. Naprawa nastąpiła dosyć szybko. W infolinii powiedziano mi, że została wymieniona płyta główna i przeinstalowany system. Kiedy dostałam mojego laptopa z powrotem i włączyłam go prawie zemdlałam… Straciłam wszystko co na nim miałam. Nie pomyślałam, żeby zapisać ulubione, instalatory programów, których używałam, notki z blogów, które na wszelki wypadek wklejałam do notatnika, przepisy kulinarne… Wszystko przepadło. Nie znam adresów blogów, które odwiedzałam, a których linków nie wstawiłam na swoje blogi. See You o Tobie mówię (między innymi)! Poproszę o podanie adresu. Na maila, albo w komentarzu. Straciłam też adresy mailowe do większości znajomych. Głupia baba, GŁUPIA BABA! Ale laptop naprawiony. I kot nie śmierdzi. Nie ma tego złego… 🙂

Moje wszystko

23.02

Chłopcy są chorzy. Mają zapalenie gardła. W piątek u Małego w szkole było przedstawienie dla Babć i Dziadków z okazji ich styczniowego święta. Późno, bo w styczniu mieliśmy ferie zimowe i dopiero teraz udało się coś zorganizować. Mały mówił wierszyk. Po raz pierwszy na przedstawieniu oprócz Dziadka, który obskakuje wszystkie imprezy, obecna była także Babcia, czyli moja teściowa. Mały powiedział co miał powiedzieć, otrzymał gromkie brawa, po czym w sobotę rankiem wczesnym odśpiewał w łazience”jestem sobie mały wnuczek fajdulu, fajduli, faj” i puścił malowniczego pawia. Potem dostał temperaturę i spał cała sobotę. Gorączka spadła samoczynnie pod wieczór i w niedzielę Mały zwlókł się z łóżka, żeby z Dużym pograć w Lego Star Wars. Po południu znowu go ścięło. A w poniedziałek zabrałam obu do lekarza. Efekt jest taki, że są na antybiotykach. A za oknem mróz i śnieg, od ktorych już i mnie robi się niedobrze. Albo któryś sprzedał mi swojego wirusa i za chwilę ja też będę musiała brać antybiotyk. W zeszłym tygodniu dostalam dyplom. Nareszcie! Egzamin odbył się przecież 8 stycznia… No, ale u mnie nigdy nie może być za prosto. Wczoraj wpłaciłam pieniądze za Wiosenną Konwencję Fitness. Bank ten sam, a organizator wściekle się upierał, że nie ma mojego przelewu. Kazałam im sprawdzać, po czym okazało się, że jednak jest! Fajnie, że jest, tylko, że jakby na stronie wciąż widnieje, że opłaty nie uiściłam i warsztat z Pilatesu z ovoballem może mi przejść koło nosa. Jak do jutra nie zmienią, to usłyszą mnie po raz piąty w ciągu ostatnich trzech dni.

Marceli dojrzewa. Z kuwety unosi się charakterystyczny smrodek. Zawiozłam go w sobotę na oględziny do wetki. Okazalo się, że ma jeszcze cyt. „za małe jajka. Czekamy jeszcze trzy tygodnie”. Ekstra. Jeszcze trzy tygodnie z kotem, który dostaje świra, bo hormony mu buzują jak nastolatkowi. W jednej chwili lata po ścianach, po to, żeby w następnej włazić na kolana i głośno mrucząc ocierać się i milośnie w oczy spoglądać. No pewnie, że go kocham, przecież jest taki fajny 🙂 Żeby nie ten smrodek, to byłby nawet jeszcze fajniejszy… Nawet Łatek ma dosyć szczyla i daje mu to wyraźnie do zrozumienia.

Przedwczoraj potłukłam całą nowiuśką butelkę soku truskawkowego. I zalałam nim dokładnie wszystkie zakupy. Ukleiłam nim klucze, kurtkę, torbę i jeszcze kilka rzeczy o których nie chce mi się myśleć nawet. Byłam okropnie zła, szczególnie, że kilka dni wcześniej wysłałam Dużego ze śmieciami do zsypu, a on – nadgorliwiec – zlapał też torbę z zakupami i tym sposobem chleb, masło i coś tam jeszcze przebyło drogę z 10 piętra na parter po drodze oklejając się zużytym kocim żwirem, kurzem z worka z odkurzacza i innym brudem. Nie muszę dodawać, że nie byłam najszczęśliwsza z tego powodu… Nie ma mowy o nudzie…

Moje wszystko

Styczeń

Nowy rok zaczął się nie najgorzej. Po pierwsze sporo wolnego. Po drugie odpadły nam raty za CO i laptopa. Nic to, że muszę go oddać do naprawy, bo buntuje się maszyna i grać dzieciom nie pozwala… Po trzecie jakiś tam mały zastrzyk gotówki być może zasili nasz skromny budżet. Po czwarte dostanę nowe, ciepłe buty (oryginalne UGG!!!). A po piąte i najważniejsze: ZDAŁAM! Zaległy egzamin oczywiście. Na instruktora. Fitness. Cieszę się, że już nie wisi nade mną widmo wzmacniania. Anatomię mam do wykucia wprawdzie, bo jestem cienka strasznie z tego, ale przynajmniej nie muszę się już tym stresować. Do tej pory biorąc do ręki skrypt myślałam tylko o egzaminie, co skutecznie utrudniało mi zapamiętywanie mięśni nad i podgrzebieniowych i różnych innych zębatych i smukłych. Nie mówiąc już o lokalizowaniu ich i określaniu przyczepów. W każdym razie obiecuję, że dopóki nie przerobię sumiennie danego materiału, nie będę się wciskać do prowadzenia zajęć… Najważniejsze, że dyplom w drodze. A już w marcu wiosenna konwencja w Nowej Gdyni. Już nie mogę się doczekać. A w kwietniu konwencja Reebok University. Może pojadę? Na razie cieszę się na tę wiosenną 🙂 I czekam na wiosnę. Chcę już zieloną trawę i nowe listki na drzewkach. I jeszcze ciepełko. I żebym nie musiała już zakładać na siebie tych swetrów, szalików, czapek i rękawiczek. A tu jeszcze tyle czasu…

W piątek był u nas ksiądz. Po kolędzie. Zapomniałam o tym na śmierć, bo przygotowywałam się do sobotniego egzaminu. Kiedy przyszedł, poprosiłam żeby usiadł a sama zaczęłam przygotowywać różne akcesoria i wodę święconą, którą moja Babcia zgromadziła w kilku butelkach i którą zabrałam do domu. I kolejny raz Babcia uratowała mnie od kompromitacji. Bo tym razem ksiądz na pewno by zauważył, że niosę wodę „święconą” z kranu w kuchni… A tak przynajmniej zapunktowałam prawdziwą wodą święconą. W czasie kiedy biegałam po mieszkaniu szukając 20 zł na ofiarę, dzieciątka moje złote na pytanie księdza kto w domu czyta „Anioły i demony”, radośnie wskazały na mnie. Ksiądz zapałał chęcią podyskutowanie ze mną na temat książki. Niestety nie wyszło, bo przeczytawszy jakieś 30 stron porzuciłam lekturę. Całkiem mało interesująca pozycja. Może kiedyś dokończę. Znalazłam 20 zyla w portfelu Małego i wręczyłam księdzu na ofiarę. I zdziwiłam się okropnie, bo ksiądz zapytał czy my czasem nie potrzebujemy tych pieniędzy bardziej!!! Zaprzeczyłam, więc ksiądz schował pieniążek a w tym samym czasie Mały spojrzał na niego i żałośnie pociągnął nosem: „to była moja kasa…”. Ksiądz śmiał się i śmiał a my razem z nim 😉 Na drugi dzień Mały odzyskał humor, bo dostał z powrotem swoją kasę. I w dodatku ubił na tym świetny interes, bo za jeden papierek dostał dwa. Po 10 zł 😉

Wczoraj rano trzy razy przypominałam małemu, że ma kółko plastyczne. O określonej godzinie wyszłam po niego do szkoły. Na dole w drzwiach od klatki schodowej natknęłam się na sąsiadkę, której wnuczka chodzi z Małym do klasy. Prowadziła ze szkoły wnuczkę i… Małego! Zapomniało się dziecku co mamusia trzy razy w szatni prosto do ucha marudziła i jeszcze przy pani dla pewności czwarty raz powtórzyła, Zszedł do szatni z resztą grupy i zawiedziony rozglądał się w koło, więc babcia-sąsiadka ulitowała się nad kruszyną i zabrałam wagarowicza do domu. I jeszcze czekoladę wycyganił. W domu dopiero zapytałam skąd dziecię moje czekoladę przyniosło. Ze spokojem odpowiedział: „babcia mi kupiła”. Dziecko moje drogie uważa bowiem, że skoro koleżanka mówi na babcię babcia, to on też może. I tym sposobem ma nową babcię. A babcia na dodatek daje się w maliny wpuszczać i naciągać. Na święta musiała zakupić dziurkacz z misiem. Wczoraj zaś czekoladę. Z orzechami. Odpłaciliśmy dzisiaj owej wnuczce chrupkami owocowymi i Mambą. Oraz konikiem ze świecącymi skrzydełkami. To tak na zaś. Bo Mały zapewne za chwilkę znów babcię na coś naciągnie. Umiłowany synuś z zamiłowaniem do zabawkowych kuchni. :)) Od jakiegoś czasu marzy o takiej. Dużej. Stojącej. Z garami 😀 Obiecałam, że się zastanowię. Jeśli lubi to dlaczego mam mu zabraniać bawić się w kucharza? A może wyrośnie z niego jakiś światowej sławy szef kuchni 😉 Jak tylko idzie do koleżanki to pierwsze kroki kieruje właśnie do takiej wypaśnej kuchni, co syczy jak woda i skwierczy jak smalec na patelni. No kocha gary, plastikowe warzywa i czajniki… Zamówiłam u mojej mamy patelnię z dodatkami. Jest taka fajna w Toys’R’Us.

Byłam dzisiaj na zebraniu w szkole. Podsumowanie pierwszego semestru nie wypadło najgorzej. Średnia klasy 4,5. Średnia Dużego ździebko gorsza, ale i tak nie jest źle. Spodziewałam się, że będzie gorzej. A od poniedziałku rozpoczynamy ferie zimowe. 2 tygodnie laaaabyyyyy!!!

Moje wszystko

Szczęśliwego

Kolejny rok dobiegł końca. Najgorszy rok w moim życiu. Choroba i śmierć Babci, finanse, problemy szkolne… Chciałabym, żeby w kolejnym roku było lepiej, ale chyba nie mam nadziei. Co rok myślę, że teraz na pewno będzie lepiej. Nie będzie. Nie ma Babci. Nie ma dnia ani godziny, żebym o niej nie myślała. Chyba odbija się to na moim zdrowiu. Zdaje się, że muszę zaakceptować to co mam i cieszyć się tym. Może się uda.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Moje wszystko

Zima zła

No to sypnęło śniegiem jak na zimę przystało. Sypnęło tak, że M wracał wczoraj z pracy 4 godziny. Wszędzie zakopane TIRy tarasowały ulice. Dzieci do szkoły zaprowadziłam jako tako bez przygód, ale wracając przewiało nas na wskroś. A śnieg wydawał się szpilkami wbijającymi się w nasze twarze. Dzisiaj było o wiele lepiej. Przynajmniej nie wiało. Poszłam na zakupy do hipermarketu. W tamtą stronę doszłam w miarę normalnie. Z powrotem szłam koło kościoła i parku. Kawałek musiałam iść jezdnią. Bardzo szybko. Bałam się, żeby jakiś samochód we mnie nie wjechał, bo ślisko, a ruch spory jak na drogę obok marketu przystało. Koło kościoła nawet było odśnieżone, ale już kawałek za kościołem, ścieżka się urywała i zaczynały się zaspy. Po paru minutach chodzenia po tym wspaniałym śniegu myślałam, że porzucę zakupy w parku i zacznę błagać przechodniów o zaniesienie mnie do domu. Jakoś zebrałam się w sobie i doszłam do księgarni jednak, gdzie miałam zapytać o propozycję książeczek dla dzieci z zerówki Małego. Pani bijąc się w piersi przyznała, że w związku z wczorajszym sajgonem nie przygotowała nic… Ale przygotuje. Na jutro. No dobra, niech przygotuje. Udzielam się trochę, bo przecież w końcu jestem w tej trójce klasowej.

Kupiłam już prezenty dla moich dzieci. Mam nadzieje, że będą zadowoleni. Mikołajek nie obchodzimy prezentowo, raczej na słodko. Po jajku z niespodzianką i już. Boję się świąt. To będą pierwsze święta odkąd zmarła moja Babcia. Święta Bożego Narodzenia zawsze kojarzyły mi się z Babcią. Jak byłam mała to właśnie Babcia przygotowywała Wigilię. I my wszyscy szliśmy do niej. Dopiero jakieś 3 lata temu Wigilia przeniosła się do moich teściów, bo Babcia już nie miała siły. Ale i tak kapustę z grochem robiła… W tym roku nie będzie babcinej kapusty z grochem. nie będzie pięknie zastawionego stołu w mieszkaniu Babci. Pusto tam i smutno. I nie będzie samej Babci. Ryczeć mi się chce na samą myśl o tym. Nie wiem jak przetrwam samą Wigilię.

Koty mają się świetnie. Marcelek jest coraz bardziej tutejszy. Milutki taki i słodki. I lubi mnie. MNIE! Do tej pory wszystkie nasze koty wolały M. Nawet Mru, chociaż to ja go kochałam najbardziej na świecie. Marcelek jest mój 🙂 Lubi przyjść powąchać moje czoło. Czasem umyć, jeśli uzna, że potrzeba. Lubi zajrzeć mi do ust, żeby zobaczyć co jadłam. Lubi się przytulić. I cudnie mruczy.

Byłam u lekarza. Gastrologa. Podobno refluks mi się odzywa. Dostałam tabletki, po których spuchło mi gardło. Tabletki poszły w odstawkę co jest równoznaczne z gastroskopią, której nie znoszę. A Zyrtec koncertowo mnie usypia. Dlatego właśnie muszę się położyć. Dobranoc.

Moje wszystko

Ja i cała reszta

No tak. Mój mały światek pochłania mnie bez reszty. Dwa koty, dwóch synów i jeden mąż. Dwa koty co tydzień wożę do weterynarza. Dwóch synów wożę raz w miesiącu do lekarza. Czasem jeździmy nadprogramowo. Tak jak dzisiaj na przykład. Mały znowu ma zapalenie uszu… Nie minął nawet miesiąc od poprzedniego. I znów antybiotyk. Ale katar ma przy tym taki, że gdzieś w głowie miałam taką myśl, że i tym razem bez zapalenia ucha się nie obejdzie. A w tygodniu w przedszkolu miało być tyle atrakcji… Światowy Dzień Misia i dwa konkursy z tym związane. Misiów do szkoły już nie zaniesiemy, ale naszego misia uszyjemy. Miałam jeździć do tamtego mieszkania dokończyć sprzątanie, bo jeśli wszystko pójdzie dobrze, to od grudnia będzie lokatorka. O ile się nie rozmyśli. Z moim pechem wszystko jest możliwe. Noc raczej mam z głowy. Poprzedniej nocy też nie pospałam. Łatek przeżywa drugą młodość w związku z pobytem Marcelka u nas. Nawet wetka powiedziała, że schudł i że obecność malucha dobrze mu robi. Poza tym oba koty już się zdążyły dogadać i chyba nawet bardzo polubić 🙂 Lubią leżeć sobie razem, bawić się i nawet z jednej michy potrafią jeść. I myć się wzajemnie 😉 Duży ma problemy w szkole. Ale to nie tak, że same jedynki przynosi, bo i dobre oceny ma też 🙂 Najgorzej jest z matematyką. Poległ totalnie na geometrii, chociaż wydawało mi się, że rozumie co do czego i z czym się je… Mam nadzieję, że poprawa pójdzie lepiej… mamy milion zajęć pozalekcyjnych. Mały ćwiczy rączki i język. Duży ćwiczy matematykę i psychikę. Ja ćwiczę wytrzymałość nerwową. I nie ukrywam, że to mnie idzie najgorzej.

A jeszcze teraz ta głupia reklama w tv leci… Stanowczo wolę „pstryk” Smolika od „pieprzot” Marii Peszek… Dawno już nie było tak denerwującej reklamy. Przynajmniej dla mnie. Pozdrawiam!

Moje wszystko

Nie miała baba kłopotu… ;)

No to mamy nowego kota. Marcelka. Miał przyjść do nas tylko do czasu, kiedy znajdzie nowy domek, ale nie pomyślałam, że dzieci mogą nie chcieć oddać malucha. Oczywiście, że nie chcą. ja też nie chcę 😀 Maluch jest super fajny. Szaraczek, słodziak, przytulak i chyba ten nareszcie będzie mój. Bo mimo tego, że Mru był MÓJ, to tak naprawdę on wolał M. A ten nareszcie woli mnie 😀 Dzisiaj w nocy kiedy położyłam się na brzuchu, Marcelek wlazł mi na plecy, ułożył się wygodnie między łopatkami i mrucząc głośno zasnął 😀 Lubię go. Ma około 9 tygodni, więc jest maluśki. Nie mam doświadczenia w wychowywaniu takich małych kotów, więc cieszę się, że mam swoje ukochane forum miau.pl, gdzie nikogo nie zdziwi jak zapytam co się robi z takim smarkaczem 😉 Łacio nie był zbyt szczęśliwy z powodu „nowego”, ale dogadują się coraz lepiej 🙂 No i oczywiście Łatkowi przyda się trochę ruchu przy ganiankach. Nie spodziewałabym sie tego po nim, ale okazał się świetnym „tatą” 😀 Wychowuje młodego twardą ręką, ale przy okazji ma świetną rozrywkę. No i może dzięki temu uda mi się go jeszcze troszkę odchudzić 😉

Byliśmy dzisiaj na cmentarzach. Ludzi od groma. Pierwsze Święto Zmarłych odkąd nie ma mojej Babci… Spotkaliśmy przy jej grobie ciocię, która pomagała mi w najtrudniejszych chwilach przy Babci. Nie pójdę już jutro na cmentarz. Pomyślę o Tobie Babciu. Wspomnienie o Tobie mam zawsze w swoim sercu.

Cholerne mieszkanie nadal stoi puste.

A dzieciaki zasmarkane. Duży chodzi do szkoły, mimo pokasływania. Obaj mieli bardzo zaostrzone szmery w oskrzelach, ale mimo to Duży chodził na lekcje. Mały siedział w domu 3 tygodnie, obyło się bez antybiotyku. Wrócił do szkoły na dwa dni i dostał zapalenie ucha… Czasem wydaje mi się, że te choróbska szukają tylko pretekstu, żeby dostać antybiotyk… 3 tygodnie się starałam, żeby dziecko nie musiało antybiotyku brać… Wszystko na nic, bo na ucho to już MUSIAŁ wziąć… No i tyle nieobecności w szkole… Oczywiście Mały się odzwyczaił i już jęczy, że on nie chce iść… Eeeeh. Norma 😉

Moje wszystko

Do bani z tym wszystkim.

No to mam fajnie. Myślałam, że pójdę do pracy, bo kasa potrzebna rozpaczliwie. Myślałam, że będzie lepiej, ale nie jest. Do pracy iść nie mogę, bo dzieci wymagają stałego nadzoru. Duży i Mały mają sporo zajęć pozalekcyjnych, terapii logopedycznych i usprawniających, ćwiczeń itp. Kto to z nimi będzie robił jeśli nie ja? Kto zawiezie ich do poradni? Klątwa jakaś nade mną ciąży i tyle. Mały ma problemy w zerówce. Dopiero niedawno zaczął poprawnie trzymać kredkę i widzę po nim, że jeśli coś mu się podoba, to robi to z chęcią. Jeśli czegoś nie lubi, to żeby się waliło i paliło będzie się wykręcał różnymi sposobami. Właśnie usiłuję go zmusić do ćwiczeń logopedycznych. Nic wielkiego, 20 razy podnieść język w górę i opuścić. 3 minuty pracy. Męczymy się już pół godziny. Ok, udało się… Inaczej wygląda sprawa z pracą i ćwiczeniami w szkole i w poradni. Obce pani budzą w nim większy respekt niż rodzona matka i jakoś nie marudzi. Cieszy mnie to, że coraz chętniej maluje, rysuje i chce pisać. Podpisał się nawet swoim imieniem na karcie piszczącej, którą znalazłam wśród swoich szkolnych gratów. Duży za to w czwartej klasie dostaje po tyłku ile wlezie. Mam wrażenie, że cała klasa myśli, że wciąż są malutkimi dzieciaczkami. Poza tym nowi nauczyciele jak jeden mąż twierdzą, że jest to klasa trudna wychowawczo. Jest grupka chłopców, którzy totalnie nie potrafią się przystosować i dezorganizują pracę w klasie, przeszkadzają innym uczniom i powodują nerwicę u nauczycieli. Moje dziecko jest postrzegane jako cichutkie i spokojne, bardzo sympatyczne. Jednak przez tych rozbrykanych uczniów, on ma kłopoty, bo nie potrafi się skupić, nie słyszy co nauczyciel mówi, nie rozumie poleceń… A ostatnio popsuły się relacje między nim a jego najlepszym od 3 lat kolegą. Do tego stopnia, że tamten zaczął napuszczać na Dużego klasowych łobuzów, chociaż na początku roku ci sami chłopcy grozili mu zmyciem głowy w ubikacji szkolnej… Teraz nagle się zaprzyjaźnili? We wtorek napadli Dużego we trójkę jak wracał ze szkoły i pobili go. Na szczęście nic poważnego się nie stało, ale nie pozwolę, żeby jakiś młodociany przestępca terroryzował mi dziecko. Poszłam do szkoły na skargę. I do matek. A w środę, kiedy odbierałam Dużego ze szkoły (bo sam bał się wracać), dwaj z tych którzy brali udział w bójce, uciekali na mój widok aż się kurzyło. Odważni…

Mieszkanie jest już prawie posprzątane. Im w nim puściej, tym bardziej chce mi się płakać. Dopiero teraz dociera do mnie, że nie ma już mojej Babci. Ogłoszenie „do wynajęcia” nie przynosi żadnych skutków. Obawiam się, że niedługo nie będę miała co do gara włożyć, bo utrzymanie dwa mieszkania i 4 osoby z jednej pensji to raczej niewykonalna rzecz. Wprawdzie mama obiecała pomóc, ale to i tak ogromne obciążenie dla nas. Może ktoś szuka mieszkania do wynajęcia w Łodzi?

Za dwa tygodnie idziemy na wesele. Mam być świadkiem. A później mam być chrzestną. Muszę szybko wygrać w totolotka, albo zarobić duże pieniądze. Jakieś sugestie?

Acha, no i żeby nie było, Mały jest chory…

Moje wszystko

Początek

Nawet nie wiem kiedy minęły wakacje. Lipiec minął w mgnieniu oka. Opieka nad Babcią, później jej śmierć, wyprawienie chłopców na wczasy, pogrzeb… Zdecydowanie dużo za dużo. Później wspaniały relaks nad morzem w bardzo miłym towarzystwie, bez dzieciaków. Wakacje doskonałe. I sporo fajnych wspomnień i pamiątka na całe życie 😉 Nad morzem obejrzałam też jeden odcinek Dr House’a i wciągnęło mnie na amen. Właśnie obejrzałam ostatni odcinek ostatniego sezonu. Nie wiem czy wytrzymałabym z taką osobą, ale uwielbiam gościa 😀 Sam serial też niczego sobie.

Popsuł mi się ząb. Czas był najwyższy na wizytę u dentysty i najwyraźniej moje uzębienie zdecydowało samo, że tam pójdziemy, bo z własnej woli na pewno bym tego nie uczyniła. Efekt: wypełniona dolna piątka, zaopatrunkowane dwie siódemki i portfel lżejszy o 130 zł, chociaż podejrzewamy z M, że nas okantowali, bo w umowie mamy zniżkę na dentystę. No i jeszcze kilka wizyt przede mną. Czy wspominałam już, że panicznie boję się dentysty? Oj będzie polka z przytupem… Oprócz problemów dentystycznych posiadam jeszcze co najmniej tuzin innych. Na przykład szkoła. Zaczęła się. Już samo to jest problemem. Co prawda nie muszę już jeździć na drugie osiedle, żeby dostarczyć Małego na zajęcia, ale za to muszę znowu chodzić do szkoły. Duży chodził do szkoły i wracał z niej od jakiegoś czasu sam. Już zdążyłam się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, nie musiałam się spieszyć, wyłazić, ubierać się specjalnie, a tu o. Do szkoły poszedł Mały i znowu muszę się spieszyć, wyłazić, ubierać się specjalnie… Mały chodzi do zerówki. Zgodnie z moimi oczekiwaniami Mały zaaklimatyzował się natychmiast i oto już 1 września wyraził chęć zostania w klasie z panią i innymi dziećmi zamiast oglądać starszego brata w stresie, poznającego nową panią i plan lekcji, w którym widnieją przedmioty nowe takie jak historia czy przyroda. Sama jestem w stresie. Tak czy inaczej rok szkolny się rozpoczął i dla mnie i dla nich. Od pierwszego dnia zajęć szkolnych Duży ma zadawane prace domowe. Poznaje nowych nauczycieli i już wiem, że „pan od WFu to potwór jakiś, co myśli, że jesteśmy w wojsku!” a „pan od matematyki to może zadać do domu nawet 10 stron w ćwiczeniach”. WFem jest przerażony nie tylko Duży. Jego przyjaciel zakomunikował mamie, że natychmiast ma mu załatwiać zwolnienie na cały rok. Wiadomo, że Dużemu nie wolno się przemęczać więc z części zajęć będzie pewnie zwolniony, ale ćwiczyć musi. Chętnie poprosiłabym o zwolnienie z WFu dla niego, ale jestem świadoma tego, że już i tak jest mało sprawny fizycznie. MUSI ćwiczyć. Buty na sznurowadła tez musi mieć. „Inaczej pała!” powiedział potwór od WFu… Babcia z dziadkiem poszli dzisiaj do sklepu i kupili buty na sznurowadła. Dobrze, że jakiś czas nauczył się je wiązać, bo są tacy co nie potrafią i teraz dopiero problem mają…

Zabrałam się za największego wroga, który spokojnie sobie mieszkał z nami i ani myślał się wynosić. Spółdzielnia już dwa razy próbowała się go pozbyć i wszystko na próżno. Dziki lokator wracał za każdym razem. Znalazłam w internecie firmę specjalizującą się w usuwaniu pleśni, grzybów i innych takich i oto wczoraj przybyli wykonać usługę. Przewrócili mieszkanie do góry nogami, żeby odsłonić zapleśniałe ściany, palca nie było gdzie wsadzić, a żeby otworzyć balkon musiałam skakać po szafkach, ale ściany znowu są czyste i białe. Gwarancję dali. Na 3 lata. Obym już nigdy nie zobaczyła czarnych placków na ścianach… Jako, że na czas ozonowania musieliśmy wyjść z domu, zabrałam kota do mieszkania po Babci. Uporządkowałam ubrania. Jakiś facet prawie natychmiast zabrał się za przeglądanie ich. Patrzyłam na niego zza firanki i kilka razy miała ochotę wyjść i ochrzanić dziada. Wybrzydzał nad ubraniami MOJEJ Babci. Ale chyba mógłby pomyśleć, że jestem psychiczna. Ograniczyłam się do pozbierania ubrań, które mu się nie spodobały i porzucił je obok kubła na śmieci. Niektóre z nich jeszcze pachniały Babcią.

A we wtorek przychodzą fachowcy od łazienki. I od malowania pokoju.

Moje wszystko

Widziały gały co chciały

Wzrok jest potrzebny. Bardzo. Noszę okulary i bardzo się cieszę, bo naprawdę je lubię. Chociaż czuję, że chyba powinnam odwiedzić okulistę, co nie cieszy mnie już tak bardzo, bo dopiero byłam. Z Dużym. I do tej pory nie rozumiem jak to się stało, że podczas grudniowego badania wzroku w szkole stwierdzono, że wszystko jest w normie, a lekarka w pewnym salonie optycznym stwierdziła u mojego dziecka wadę po 3,5 na plusie! 3,5! U 10 latka! Dziwi mnie tylko ten plus… Spodziewałam się astygmatyzmu i jakiejś tam wady wzroku, ale raczej na minusie. Tymczasem Duży ma nadwzroczność. Dostał okulary na razie po +1,5 na każde oko i za pół roku mamy się stawić na kontroli. Na wszelki wypadek pójdę gdzie indziej. Lekarze jak widać są baaaardzo omylni. Tymczasem moja wada płata mi figle na każdym kroku. Widuję różne dziwne rzeczy oraz odczytuję różne dziwne napisy, reklamy i ogłoszenia. Na przykład dzisiaj. Byłam z chłopcami na zakupach. W kolejce do kasy rozmyślałam o jednej kasjerce, która jakiś czas temu zawołana przez szefową do obsługi kolejnej kasy z powodu długich kolejek, podeszła do nas – klientów i zapytała: co, nie chce się stać? Dzisiaj ta kasjerka siedziała na tyłku i liczyła pieniądze w kasie obok. Ja natomiast stałam w kolejce do pewnej młodej kasjerki i rozmyślałam. Pani w mojej kasie miała przypięty identyfikator. Jak to baba, zerknęłam z ciekawości i zamarłam. Jak można nazywać się Fauna Zwierzęca??? Młoda osoba, to fakt, więc rodzice mogli już wpaść na pomysł nadania dziecku dziwnego imienia. W końcu ostatnio mamy nawał różnych takich… Ale przy tym nazwisku? Musieliby być złośliwi po prostu. Kiedy otrząsnęłam się z pierwszego szoku, pani Fauna zdążyła obsłużyć już dwie osoby, co sprawiło, że przybliżyłam się ździebko do niej i tym samym do identyfikatora. Tym razem napis na nim wyglądał już troszkę inaczej: Fauna Zewnętrzna. Zamrugałam oczami z niedowierzaniem. Co za dziwne nazwisko… Pal sześć imię. Nie chciałabym nazywać się Zewnętrzna… Mały zakręcił się w kółeczko pod moimi nogami i zaczął pytać: Mamusiu, a mogę lizaka? A mogę Grześka? A może żelki-robaki? Spojrzałam na półkę wypełnioną słodyczami po brzegi i zasłoniłam ją sobą jednocześnie prosząc Małego o policzenie do pięciu, co powoduje u niego natychmiastowy w tył zwrot i próby ucieczki. Nie wiem jak to się dzieje, że po angielsku liczy do 10 a po polsku umie do 2 i dalej twierdzi, że nie pamięta… W każdym razie Małego miałam z głowy. Doszłam do kasy i spojrzałam ze współczuciem na panią Faunę. Ona tymczasem skasowała kartę na punkty i spokojnie zajęła się swoją pracą. Spojrzałam na identyfikator po raz ostatni. Firma Zewnętrzna. Znaczy się nie ma czego współczuć… Może tylko niesympatycznej koleżanki na kasie obok 😉