Tydzień temu w poniedziałek zapytałam chłopaków czy chcą jechać ze mną sprzątać groby. Mały strasznie się zatrwożył i nie wyraził chęci uczestniczenia w sprzątaniu, bo myślał, że będziemy otwierać pomniki i odkurzać w środku. Mimo wyjaśnień nie pojechał. Duży też nie chciał, bo nie lubi się przemęczać. To był wstęp do Dnia Dzisiejszego, czyli do Wszystkich Świętych. Rano wybieraliśmy się z M na grób mojegoTaty. Tym razem i Mały dał się przekonać, pojechaliśmy we trójkę. Duży w tym czasie odrabiał lekcje. Groby moich dziadków odwiedziłam wczoraj, nie planowałam iść na nie i dzisiaj. Około 17 popatrzyłam za okno. Pomalutku zaczęło się ściemniać. „Idę na cmentarz!” – powiedziałam. Mały zerwał się na równe nogi: „ja też! Idę z Tobą”. Potem i Duży się zdecydował, więc poszliśmy. Postanowiliśmy w jedną stronę pojechać autobusem. Całą drogę rozmawiałam z Dużym nad sensem jego terapii, ponieważ Duży tego nie znosi i uważa, że to cały świat powinien iść na terapię, żeby zrozumieć jego i dostosować się do niego. Wysiedliśmy pod cmentarzem. Przez jezdnię, w obie strony, maszerowały duże grupy ludzi. „Mama, czy to są turyści?” – zapytał Mały. Z trudem powstrzymałam śmiech i wyjaśniłam dlaczego tylu ludzi idzie na cmentarz. Kupiliśmy znicze, przy głośnym aplauzie Dużego, który krzyczał: „kupmy dużo! Lubię rozpalać ogień!” Nie kupiliśmy dużo, ale za to z aniołkami, bo te się podobały Małemu. Przecisnęliśmy się przez różne stoiska z kwiatkami, zniczami, obwarzankami. „Balony z helem! Popcorn!” – zakrzyknął Mały. Ledwie udało mi się skręcić w odpowiednią stronę do wejścia na cmentarz, ale i tak musiałam wysłuchać przemowy na temat walorów smakowych prażonej kukurydzy. Na cmentarzu było bardzo nastrojowo. Zanim tam dojechaliśmy, zrobiło się już całkiem ciemno, więc płonące znicze i ludzie spacerujący całymi rodzinami, tworzyli malowniczy widok. Coś zaszeleściło pomiędzy grobami. „Ałaaaa” – wrzasnął Mały. „Co to było, co to było!?” – zapytał Duży. „Chyba jakiś liść, albo torebka” – starałam się zachować spokój, ale obejrzałam się z niepokojem za siebie. „Co to za dziwny pomysł, żeby w chrześcijańskie święto ludzie zakładali dzieciom rogi na głowy?” – Duży skomentował rodzinę idącą przed nami, gdzie dzieci miały na głowach błyskające czerwienią i fioletem rogi. „Mamooo, wiesz co jest moim największym marzeniem na świecie? Mieć takie rogi! Oświetlałyby mi drogę w ciemności!” – powiedział Mały. „Kupimy? Widziałem takie na cmentarzu!” Ja też widziałam. Przed wejściem. Powoli zaczynałam się denerwować. Ludzie chodzili coraz wolniej i wolniej, a ja chciałam wyjść z cmentarza coraz szybciej i szybciej… Przeszliśmy obok krzyża, pod którym jak co roku paliło się mnóstwo zniczy. Widok ten sprawił, że poleciała mi łza, czy dwie. „Dlaczego moi koledzy mają dwóch dziadków, a ja tylko jednego? To niesprawiedliwe!” – krzyknął Duży. „Ja też miałam tylko jednego dziadka” – pocieszyłam Dużego. Zapaliliśmy znicze na grobach i skierowaliśmy się do wyjścia. „Mama! Rogi! Kuuuuuup mi!” – Mały dojrzał obiekt swojego porządania. Kupiłam. Poszliśmy dalej. „Ja też bym chciał. One lepiej pasują do mnie, a nie do niego!” – przypomniało się Dużemu. Wróciliśmy i kupiliśmy drugie rogi. I jeszcze Afrykanki dla M. A potem poszliśmy prosto do domu. Dobrze, że Wszystkich Świętych przypada tylko raz do roku.
Tag: afazja
Wesoła niedziela
Żyję w stresie. We wtorek byliśmy z Dużym na komisji odwoławczej. Ciężko wywnioskować, czy punkty od których się odwoływaliśmy otrzymamy, czy też nie. O komisji będzie innym razem, dzisiaj o odrabianiu lekcji. Wstałam ze strasznym bólem głowy. Zanim zaczęłam jako tako funkcjonować, było już prawie południe. Nowego czasu, bo przecież w nocy przeszliśmy na czas zimowy, czego nie znoszę szczerze. Kiedy zaczęłam już funkcjonować, zagoniłam Małego do odrabiania lekcji. Usiadł trochę marudząc, ale w sumie zadanie było proste i dość przyjemne, więc szybko wziął się do roboty. Miał w podanych wyrazach wyszukać ukryte inne wyrazy. Poszło nam dość szybko i dotarliśmy do wyrazu „pantofel”. Mały czyta, czyta wreszcie zaznacza słowo „pan”. Po chwili zaznacza też drugie słowo „tofel”.
– Synku! Nie ma takiego słowa „tofel” – mówię Małemu.
– Jak to nie ma? Tata ma.- odpowiada Mały.
– Ty masz jakiś tofel? – pytam małżonka.
– Oczywiście! Codziennie na nim siedzę! – śmieje się mąż i wskazuje na… fotel. Doskonały tata doskonałych dzieci 🙂 Niedziela była wesoła.
Braterskie dialogi
Całkiem niedawno przy obiedzie miałam okazję podsłuchać taki dialog:
Duży: Aaaale ten sos piekielnie gorący! Czuję, że zaraz mi się diabły w ustach zalęgną!
Mały: Nie masz się co martwić. Nie zalęgną się. Za bardzo Ci tam śmierdzi. 😀
Różnie to bywa
Różnie bywa u nas ostatnio. Duży pod wpływem leku jest jakby spokojniejszy, ale czasem wpada w złość. Wtedy robi się nieprzyjemny, albo po prostu stęka kilka godzin, tak jak dzisiaj, że nauczyciele tyyyyyle zadają, a nikt nie bierze pod uwagę tego, że on ma jeszcze inne lekcje do zrobienia. Nic to, że siedział w domu przez ponad dwa tygodnie i prace domowe, przysyłane przez nauczycielkę wspierającą, odwalaliśmy hurtem. Co najmniej cztery sprawdziany do zaliczenia. Z różnych przedmiotów. Do wtorku ma przeczytać „Opium w rosole”, książka ma stron 240, on skończył na 60. A jutro? Jutro idziemy do szkoły. Wczoraj dostałam od małżonka nowy telefon. Cieszę się bardzo, bo chociaż poprzedni nie jest stary i bardzo go lubię, to jednak pisząc smsy, miałam kłopot w celowaniu w odpowiedni przycisk. Wychodziły mi różne różności, nie zawsze zrozumiałe dla odbiorcy. Teraz mam klawiaturę jak się patrzy! I wielki wyświetlacz. Stary telefon dałam Dużemu. Już od siódmej rano męczył mnie „mama, wyczyściłaś już go? A jak się włącza? A jak się pisze? A jak to? A jak tamto?” . Przed chwilą oznajmił, że ma dylemat, bo lubi swój stary telefon. Widziałam po minie co się święci. Podkówka i łzy w oczach. Karta została przeniesiona do starego modelu. Nadmierne przywiązanie do przedmiotów kiedyś go zgubi. Ale jest i sukces. Duży sam dziś usmażył jajecznicę. Rozbił jajka, wylał na patelnię, usmażył, zjadł i POZMYWAŁ! A to już nadmiar szczęścia dla mnie. Zdarzało mu się wcześniej robić sobie jedzenie, tosty czy kanapki. Zdarzało się, że zmywał sam z siebie. Ale nigdy nie wykonywał tych czynności w jednym dniu, jedna po drugiej. Siedzę, a naczynia pozmywane, stoją na suszarce 🙂 Mogłabym się do tego przyzwyczaić. Mały… Trzepocze, denerwuje się, nie skupia uwagi. Z klasówki z matematyki dostał najgorszą ocenę, D. Nie zrozumiał poleceń. Źle policzył. Martwię się coraz bardziej. Jutro mamy konsultację psychologiczną. Mały powiedział dziś do mnie: mamo, czy wiesz, że po epoce dinozaurów, prawdopodobnie żyły jeszcze inne stworzenia? Na przykład kucyki (Pony)… 😀 A czy wiesz, że jak się wyrzuci szczeniaczka na polu, to on bardzo piszczy? ( to ostatnie pod wpływem czegoś obejrzanego w telewizji). I tak to u nas różnie bywa…
Gorycz i złość
Martwię się. Już dwa tygodnie minęło od złożenia odwołania od orzeczenia Dużego. Na razie dostałam tylko wiadomość, że dokumenty przesłano do Komisji Wojewódzkiej. Tak bardzo mam już dość czekania na różnego rodzaju wyniki, badania, komisje, że chce mi się wyć. Duży od tygodnia jest na Rispolepcie. Nie wiem czy jest jakaś poprawa. Na razie staram się ustalić, o jakiej porze najlepiej dać mu lek, żeby normalnie funkcjonował w dzień, a spał w nocy. Wychodzi mi, że najlepsza pora to około 17. I tego na chwilę obecną będziemy się trzymać. Duży rozpoczął terapię w naszej Fundacji. Nową. Dwa razy w tygodniu chodzi na TUS i sensomotorykę. Po pierwszych terapiach, terapeutki mówiły, że wszystko jest na nie, nie będę robił, to jest głupie, nienawidzę fundacji, nienawidzę niepełnosprawnych, jestem od Was lepszy, jestem boski… To samo jest w domu. Nie mam siły się z nim szarpać. Do tego dochodzi agresja wobec młodszego brata (kopanie, bicie, ściskanie, wykręcanie rąk, podduszanie) i autoagresja. Zobaczymy czy Rispolept coś pomoże. Nie jestem zwolenniczką faszerowania dzieci lekami, ale nie daję już rady. Duży na razie jeszcze jest niższy ode mnie, ale szybko rośnie i obawiam się co będzie później. W tej chwili jeszcze nie podnosi na mnie ręki, ale jak jego hormony zaczną buzować jeszcze bardziej, to kto wie… Duży dojrzewa. Zmienia się. Pod nosem wąsiska, stopa równa mojej. Śmiejemy się, że możemy pożyczać od siebie buty. O ile ja w jego trampkach jeszcze jakoś wyglądam, o tyle on w moich balerinach czy szpilkach… 😉 Duży ma całkiem niezłe poczucie humoru, pod warunkiem że żarty nie są zawoalowane. Czasem wcale nie wie, że żartujemy i nakręca się jakąś sytuacją, bardzo szybko prowadząc do awantury. Muszę wtedy dokładnie tłumaczyć mu co i jak, ale i tak nie zawsze zrozumie. Dużo rzeczy rozumie zbyt dosłownie. Nie potrafi dopasować przysłów do sytuacji. A już z wyjaśnianiem ich.. Szkoda słów. Ale jestem dobrej myśli. Przede wszystkim dlatego, że wybrałam Dużemu magiczną szkołę. Do tej pory chodzenie do szkoły było przykrym obowiązkiem. Bo dzieci się śmiały, że jest inny, bo nie nadążał, bo nie zapamiętywał prac domowych itp. Teraz Duży idzie do szkoły chętnie. Tak samo chętnie zgłasza się do odpowiedzi. Kiedy czegoś nie rozumie, nauczyciel prowadzący lekcję lub wspierający, tłumaczą do bólu. Duży CHCE zadziwiać nauczycieli. To duży sukces. Ale też dopiero początek, chciałabym, żeby tak pozostało. Żeby mu się nie znudziło. Mały… Mały będzie konsultowany logopedycznie i psychologicznie. Na moją prośbę. Bo zobaczyłam różne zachowania, które wcale mi się nie podobają. Mały bardzo trzepocze, na stojąco, na siedząco, nad książką, nad głową… Dużo krzyczy, wydaje z siebie dużo dźwięków. Prostuje nogi, sapie, wyłącza się. Je papier, plastik i różne inne rzeczy, które niekoniecznie do jedzenia się nadają. Ze zmiany szkoły, wbrew swoim przewidywaniom, jestem zadowolona. Mały jest dopilnowany. Poprawia się charakter pisma, czytanie. Gorzej z pisaniem ze słuchu. Mały nie umie… Pisze litery bez ładu i składu. Oczywiście nie zawsze. Są wyrazy, które potrafi napisać, ale większość w jego wykonaniu jest bez sensu. Czy to tylko afazja? Nie wiem. Boję się, że nie. Właściwie jestem z tym wszystkim sama. Nie mam co liczyć na wsparcie rodziny, bo teściowie uważają, że nie ma czegoś takiego jak ZA. To tylko wymysł psychologów, żeby nie stracić pracy. Wciąż myślą, że Dużemu przejdzie. Nie przejdzie. Możemy tylko wypracować różne rzeczy podczas terapii. Oczywiście Duży ma szansę na normalne życie, rodzinę, dzieci. Mały chyba też. Ale tak bardzo się martwię ich przyszłością. Nie chcę już słuchać dobrych rad ludzi, którzy nie rozumieją co to znaczy żyć i mieszkać z autystą. „Przecież on nie wygląda na takiego! ” słyszę bardzo często i to nie tylko na ulicy, od znajomych, ale i od lekarzy. To chyba coś oznacza. Nie wiemy nic, lub bardzo mało o autyzmie i zaburzeniach ze spektrum. Sąsiedzi się dziwią, że ciągam chłopców ze sobą wszędzie, ale jak mam ich zostawić samych w domu? Skąd mogę wiedzieć, czy Duży się nie zdenerwuje na Małego i nie zrobi mu krzywdy pod wpływem emocji? Skąd mam wiedzieć, że Mały nie zje czegoś niejadalnego? Proszku do prania? Płynu do mycia podłóg? Klocków? Doprowadza mnie to do szału. Nie mamy normalnego życia. Nie możemy umówić się ze znajomymi na wspólny wypad, czy imprezę. Nie ma kto się zająć chłopcami. Przyjaciele i znajomi pomalutku „wyszli” z naszego życia. Tych, którzy zostali, możemy policzyć na palcach u jednej ręki. W orzeczeniu o niepełnosprawności Dużego, napisano w punkcie 7: NIE WYMAGA. Czyli, że mogę rzucić wszystko i iść do pracy. Bo Duży jest zdolny do samodzielnego życia. Nie ważne, że co dzień rano muszę mu przypominać, żeby się umył, założył świeżą bieliznę, kurtkę, bo jest zimno. Żeby zjadł śniadanie. Żeby się spakował. Muszę go pilnować, żeby nie dostał na ulicy w dziób, ponieważ jest agresywny w stosunku do innych ludzi. Wystarczy, że ktoś lekko go potrąci na przejściu dla pieszych i awantura gotowa. Skąd mam wiedzieć, że ktoś się nie wkurzy i mu nie przyłoży? Przecież „nie wygląda” na zaburzonego. Znaczka nosić nie chce, buntuje się, bo wg niego jest najzdrowszą osobą pod słońcem, a wszyscy inni to debile, downy i barany. Proszę bardzo, niech szanowna komisja pomieszka z nim chociaż tydzień. Ciekawe czy wtedy też stwierdzą, że: nie wymaga. Wylałam z siebie całe litry goryczy, ale wcale mi nie jest lepiej. Bo to wszystko wciąż będzie trwać. Ale jest jeden pozytyw: trafiłam do wspaniałego Klubu Rodziców Autyzm Help by JiM. Poznałam ludzi, którzy borykają się z tymi samymi problemami co ja, a czasem nawet gorszymi. Wspieramy się wzajemnie i nie musimy tłumaczyć co, jak i dlaczego, bo każdy przeżywa to samo. Życzę wszystkim, żeby znaleźli takie właśnie swoje miejsce na ziemi, gdzie panuje zrozumienie i każdy jest chętny do pomocy.
Licytacja
Wczoraj wracając z Małym ze szkoły, chciałam się z nim troszkę policytować, kto kogo bardziej kocha.
Zaczęłam: kocham Cię wiesz?
Mały odpowiedział: ja też Cię kocham.
Ja: ale ja Ciebie bardziej!
Mały (po krótkiej chwili): Aha.
I to by było na tyle 😉
Czy to afazja?
Dziś o Małym. Odrabiamy lekcje. Mały się wścieka nieziemsko, bo nie idzie mu to pisanie. Z liczeniem też kiepsko, zawsze się pomyli o jeden. Zgaduje. Jak się denerwuje to krzyczy i bije się rękami po twarzy. Czytanie idzie coraz lepiej, ale często się zatrzymuje przy jakimś słowie i układa do niego wierszyk, rymowankę, albo krzyczy to słowo kilka razy, podrygując w rytm tego co krzyczy czy śpiewa. Zadziera nogi na ławę, na stołek, pyta o milion rzeczy nie związanych z nauką. Wszystko jest na nie, nie chcę jechać, chociaż wczoraj bardzo chciał. Nie będę tego jadł, chociaż przed chwilą był głodny. Weź sobie wszystkie moje pieniądze! Bo nie pozwoliłam mu kupić kolejnej gry. Martwię się i to strasznie. Duży za to zadaje czasem tak głupie i denerwujące pytania, że szlag mnie trafia od razu, szczególnie wtedy, gdy jestem zajęta. Dziś, kiedy odrabiałam lekcje z Małym, zapytał mnie: mamo, czy tata ma zamknięte drzwi od łazienki? Zdenerwowałam się straszliwie, bo czy ja siedzę z nim w tej łazience? Nie można podejść i zobaczyć czy drzwi są zamknięte? A tu Mały wali się rękami po głowie i śpiewa słowa z czytanki. Zwariować można! Muszę uprosić lekarza o skierowanie na ponowne diagnozowanie Małego, bo coś mi się wydaje, że ta diagnoza to niewłaściwa jest…
Ja chcę do starej szkoły!
Mały rozpoczął naukę w nowej szkole. Zupełnie jak jego brat. Chociaż to tylko szkoła podstawowa. Tylko, albo aż! Mały bardzo przeżywał fakt, że musi zmienić szkołę. – Dlaczego mamo? Ja nie chcę! Ja też nie chciałam. Ale nie jestem z tych, co pchają się tam, gdzie nie są mile widziani. Na zakończeniu roku szkolnego, pedagog ze „starej” szkoły powiedziała: pani dyrektor podpowiada nam tutaj takie rozwiązanie, że lepiej byłoby dla Małego, gdyby jednak rozpoczął naukę w szkole integracyjnej. Nie chciałam. Chciałam, żeby został w tamtej szkole, żeby był ze swoimi kolegami i koleżankami, którzy go lubią i akceptują. Niestety, szkoła nas nie chciała. Całe wakacje denerwowałam się, czy Mały pójdzie do integracji, czy będę musiała na ostatnią chwilkę szukać mu jeszcze innej szkoły. Ale udało się. Mały rozpoczął naukę w szkole z oddziałami integracyjnymi. a jego wychowawczynią jest Pani, z którą ma zajęcia logopedyczne w naszej ukochanej Fundacji 🙂 A propos Fundacji, 2 września w Łodzi, w Pasażu Schillera, miał miejsce happening pod hasłem „Idziemy do szkoły, bo możemy!” Rodzice, pracownicy Fundacji, wolontariusze, dzieci i Pani Prezydent miasta Łodzi, zburzyli wspólnie symboliczny mur, który stawiają szkoły przed dziećmi z autyzmem. Można o tym poczytać tu: TU. Pojechałam z Małym, mimo tego że to nie on cierpi na autyzm. Ochoczo wziął się do pracy i w imieniu brata zburzył mur. A potem grał na bębnach, używał fajnych aplikacji w ipadzie, malował nataśmie rozpiętej między dwoma słupkami i robił milion innych fajnych rzeczy. W sierpniu teściowa odebrała orzeczenia chłopców o niepełnosprawności. W obu przypadkach nie dostaliśmy punktu 7, który jest decydujący jeśli chodzi o świadczenie pielęgnacyjne. Odpuściłam przy Małym, ale Duży ma Zespół Aspergera. Musi z tym żyć do końca życia, a sam w tej chwili funkcjonuje niezbyt dobrze. Jest rozchwiany, agresywny i gubi się przy najprostszych czynnościach. Złożyłam odwołanie.
Znowu w szkole
Pierwszy dzień szkoły. Odwiozłam rano Dużego do jego gimnazjum, a potem z Małym pojechaliśmy do jego szkoły. Poszli chętnie. Już wiem, że za Chiny Ludowe Dużego samego nie puszczę. Do tramwaju wpadł jak dzikus, zajmując miejsce jakiejś starszej pani przed nosem. Leciał do tego miejsca jak ten koń, co klapki na oczy ma nasadzone i nie widzi co się wokół niego dzieje. A jedziemy raptem jeden przystanek… Potem zażądał ode mnie obecności w szatni, bo on nie wie gdzie ma ubranie zostawić. A najlepiej chyba byłoby, gdybym została tam razem z nim. Wysłałam przebrane w szkolne kapcie dziecko na górę pod klasę i pojechałam z Małym dalej. Szkoła Małego mi się wizualnie nie podoba. Stara była bardziej zadbana i jakaś taka jaśniejsza. No ale nie ważne jak wygląda, ważne jak pracują nauczyciele z dziećmi i co dzieci z tej nauki wynoszą. Byłam u nowej pani pedagog. Fajna. Wychowawczyni fajna. Nauczyciel wspomagający fajny. Mały przeżył pierwszy dzień i jest zadowolony. Pracę domową odrobił prawie bez prostestów. Pojechaliśmy po Dużego. Przed szkołą stało trzech osiłkôw, jeden wytatuowany i wcale nie sprawiali dobrego wrażenia. Jak mi na drodze stanęli, tak ani myśleli, żeby się przesunąć. Chyba szukali guza, bo widziałam całą zgraję chłopaków z tymi na czele, kiedy już wyszliśmy ze szkoły. Podanie o dowóz Dużego i o zwolnienie z języka zostawiłam u dyrektorki. Wcześniej stoczyłam o to walkę z teściową, która podniosła larum, że dziecku dostęp do szkoły średniej zwolnieniem z drugiego języka blokuję! Poza tym wydaje mi się, że trafiłam do nieba, dyrektorka powiedziała, że Duży ma czas do końca tygodnia, żeby się zastanowić co z tym niemieckim, a jeśli odwidzi mu się nawet i w drugiej klasie (w sensie, że będzie chciał się uczyć), to bez problemu go wprowadzą. Kocham tą kobietę, bo leje miód na moje serce i nadszarpniętą nerwami duszę. Duży wściekły, bo miało nie być pracy domowej, a była. Z biologii. Pół drogi z LuxMedu przemarudził, że „pedałka jedna mu pracę domową zadała, a miała nie zadawać!”. To było w tramwaju. Ludzie patrzyli, a ja ściskałam w ręku sorry cards. Na szczęście zwolniło się miejsce, Duży usiadł i zagapił się przez okno. A potem zapytał co za idiota nakleił tą kratkę na szybę. Wcześniej byliśmy na USG tarczycy. Wykorzystałam sytuację i z zaskoczenia wysłałam chłopaków na badania krwi, które zleciła nam lekarka przy wizycie. Mały oczywiście w ryk. Duży w śmiech, że tamten ryczy, więc ten ze złości zaczął jeszcze bardziej. Nie powiedziałam, że są zaburzeni, pielęgniarka poradziła sobie śpiewająco. Naściemniała coś o znieczulającym gaziku i krew popłynęła do probówek. Przed gabinetem USG Duży zjadł kabanosa i kawałek rogala. Potem zauważył na drzwiach napis: sterylizatornia i zamarł zprzerażeniem w oczach. – Mamo, a co tu się robi? – Sterylizuje się narzędzia synu, a Ty myślałeś, że co? – zaciekawiłam się. – Ludzi! – wrzasnął Duży i zaczął się śmiać, bo „mu ulżyło, że to narzędzia taki proces przechodzą”. W domu lekcje z biologii zostały odrobione, głównie przeze mnie, bo on szukał słów-haseł w książce, pasujących do słów – haseł w ćwiczeniach i tak je uzupełniał, przy czym po przeczytaniu polecenia z ćwiczeń, najpierw zadał mi pytanie: a skąd ja mam to wiedzieć? No z książki synu, z książki… Uszarpałam się tego dnia pierwszego. Drugiego i trzeciego też. Dziś zawiozłam wreszcie odwołanie od orzeczenia Dużego. Ostatni dzień na to miałam i się udało. Złożyłam też wniosem o legitymację dla Małego. Potem pojechałam postać sobie w kolejce do świadczeń rodzinnych w UM, pobrałam wnioski, wypełniłam i znów stałam w kolejce, żeby je złożyć. Czy to nie głupie? Odebrałam chłopaków ze szkół, usmażyłam naleśniki, wstawiłam i powiesiłam dwa prania i odrobiłam lekcje z Małym. A teraz padam na pysk, że o stopach, po tezech dniach latania, już nie wspomnę. Dobrze, że chociaż zrobiło się ciepło. Lubię ciepło.
Szpitalne perypetie
Wróciliśmy ze szpitala. Pobyt w tej zacnej placówce miałam urozmaicony jak nigdy. Byłam ja, Mały, Duży i jego fiksacje, lęki, nienawiści i milion innych spraw. Już na izbie przyjęć we wtorek wiedziałam, że będzie ubaw po pachy… Duży nie lubi innych ludzi. W sensie rasy, zachowania, narodowości, czy upośledzenia. Z racji swojego zaburzenia, nie umie też powstrzymać się od komentarzy. Więc kiedy na izbie przyjęć we wtorek zobaczyliśmy rosłego Afroamerykanina, z polską żoną i grubiutkim bobasem, pociemniało mi w oczach, całkiem słusznie zresztą, bo potomek umiłowany teatralnym szeptem oznajmił : mamo, Murzyn! Udało mi się dziecię zająć czymś innym ale kwestia koloru skóry i tak powracała. Na szczęście maluszek z rodzicami zostali umieszczeni na innym piętrze, więc Duży szybko o nich zapomniał. Przy czym warto wspomnieć, że ów człowiek, wyratował potem z opresji Małego, który zakleszczył się w huśtawce dla malutkich dzieci. Wlazł w nią bez problemu, ale z wyjściem nie dał rady. Pierwsza noc w szpitalu minęła bez większych zgrzytów. Drugiego dnia telewizor na pieniążki grał na stacji tv puls 2, bo tylko tam leciały jakieś bajki. Przy czym Duży przechodził samego siebie w zadawaniu głupich pytań typu: dlaczego Pippi jest taka silna? Dlaczego ci policjanci są tacy sami, tylko różnią się włosami? Co by było gdyby Gadget nie był taki głupi?… Oczywiście w szpitalu nie mieliśmy ze sobą żadnego tableta, laptopa i innych zajmowaczy. Stwierdziłam, że chłopcy odpoczną od elektroniki. Nie wzięłam pod uwagę tego, że będą ode mnie oczekiwać, że im ją zastąpię. Codziennie wieczorem szliśmy pod prysznic. Ludzi dziwnie patrzyli, jak szłam z 13 latkiem do damskiej łazienki, ale co miałam robić? Wleźć do męskiej w porze kąpieli? Duży mył się w miarę dokładnie, bo nie przepuściłam, stałam i patrzyłam, więc nie miał wyjścia. Po umyciu detali, typu stopy (słowa Dużego), ubierał się w piżamkę i wracaliśmy do sali. Po czym całą procedurę powtarzałam z Małym. Wracając do innych osób przebywających w oddziale… Pech chciał, że tego dnia w oddziale zameldowali się Cyganie. Z upośledzoną córką. Duży oczywiście wyjechał ze swoim: mamo! Cyganie! Po czym odwrócił się w ich stronę i całe szczęście w miarę po cichu powiedział: żryj gruz Cyganie! Już wtedy zapadłam się pod ziemię i udawałam, że mnie tam wcale nie ma, a ten chłopiec obok mnie, to nie moje dziecko. Później mama dziewczynki przyszła do naszej sali z prośbą, żebym pomogła odszukać jej na komputerze plik, bo ona nie miała okularów i nie widziała nazw. Kiedy wróciłam do moich synów , dziecko zdumione oznajmiło: mamo, ta Cyganka jest bardzo miła! Odetchnęłam z ulgą, myślałam, że już nic więcej pod adresem cygańskich pacjentów mojemu dziecku się nie wyrwie, niestety.. Dziewczynka tak sobie mnie upodobała, że przychodziła do mnie, wołała, żebym z nią spacerowała po korytarzu, przytulała się do mnie, a Duży z zazdrości aż kipiał.
– Mamo, powiedz jej, żeby spieprzała, albo ja to zrobię!
Trochę nerwy zaczęły mi puszczać i zaczęłam unikać dziewczynki. Wszystko wracało do normy, kiedy moja teściowa wypaliła: A Cyganie kradną! I cały cyrk zaczął się od nowa. Duży nie rozumie, że nie wszyscy Cyganie kradną. Kradną też Polacy, Amerykanie, Niemcy, a i inne narodowości też mają złodziei wśród swoich obywateli. Jednakże zdanie „Cyganie kradną” w opinii Dużego oznacza, że kradną WSZYSCY Cyganie, więc wpadł w panikę i nie pozwała mi ruszać się się z sali na krok. Kiedy ogarnęłam już temat przytulającej się do mnie małej Cyganki, przyszła do nas znajoma mama, która leżała w szpitalu ze swoim synkiem. Nasi chłopcy razem się bawili, a my umilałyśmy sobie czas rozmowami. Zapytała, czy mogłabym spojrzeć na jej syna i córkę, która przyjechała w odwiedziny do brata wraz z tatą, bo oni chcą wyjść na chwilkę. Dlaczego miałabym nie spojrzeć? Zgodziłam się. Na co Kuba wypalił: kurna, czy tu nie ma innych matek!? Umarłam. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać… W piątek od rana czekaliśmy na lekarkę i wypis. Od siódmej do dwunastej. Duży czekał podwójnie, bo jeszcze na tatę. M. przyjechał i ustawił nas oboje do pionu słowami: żono, ty się nie nakręcaj! A ty Duży nie nakręcaj się od mamy, bo oboje jesteście upierdliwi! No i jakoś udało nam się dotrwać do wizyty lekarki. Wyszliśmy ze szpitala około 12.30. Po przyjeździe do domu, zostawiłam chłopaków z M. i pojechałam odpocząć do Fundacji. Przy okazji zaopatrzyłam się w sorry cards, ponieważ we wtorek czeka nas ośmiogodzinna podróż pociągiem do Świnoujścia. Wagonem bez przedziałów. Mam nadzieję, że nie będą jechać z nami żadni Murzyni, Cyganie i niepełnosprawni, w przeciwnym razie rozdam wszystkie sorry cards i zejdę na zawał z nerwów.
Jeśli chodzi o Małego, to czas w szpitalu upłynął mu na bronieniu się przed bratem. Poza tym przez trzy godziny dziennie, mogliśmy siedzieć na placu zabaw obok szpitalnego budynku, wtedy chłopcy (moi i nie moi), łapali patyki, kamyki i co tam jeszcze było pod ręką i bawili się w strzelanki znane z gier na PS3, PSP i komputer. Mały znalazł gruby kij, biegał z nim na ramieniu i wołał:
– Mamo, czy mogę zabrać do domu moje ruskie RPG? 😀
Miał na myśli bazookę.. 😉