Moje wszystko

Grudzień za pasem..

Różne gorączki zaczynają nas dopadać w ostatnim czasie. I to nie tylko te zdrowotne. Na przykład za chwilkę rozpęta się gorączka świąteczna. Gorączka poprawiania ocen przed zakończeniem semestru. Gorączka sylwestrowa w tym roku „sobotniej nocy” 😉 Na FB graczy Farmvillowych dopadła gorączka z powodu drzew. Całkiem niechcący stałam się szychą wśród znajomych i nieznajomych na FB. Widocznie gleba na moich farmach jest wyjątkowo żyzna, bo z sadzonek zebranych na głównej stronie hoduję różne rzadkie drzewa i dzielę się nimi z innymi graczami. Dzięki temu lista moich znajomych, a raczej chętnych na drzewa rośnie z dnia na dzień. Ogólnie Farmville Fever trwa. Zdaje się, że to jedyna gra, w którą gram i wcale mi się nie nudzi. No dobra, nudzi mi się mniej niż wszystkie inne. Poza tym odpoczywam siejąc te różne kwiatki, wykonując polecenia, zaliczając kolejne questy. Obecnie dręczy mnie wizja szpitalnego grudnia. Na początku miesiąca Mały ma mieć wycinany trzeci migdał. Wolałabym, żeby obyło się bez zabiegu. I jeśli nie będzie konieczny, to nie wyrażę na niego zgody. 1 grudnia wszystko się wyjaśni, po wizycie u laryngologa. Potem 29 grudnia Duży idzie do szpitala na jeden dzień na badanie krtani. Zdaje mi się, że badanie to będzie wykonywane w narkozie ogólnej i też mi się to nie podoba. Poza tym święta, prezenty, na które nie mam kasy i samotny, jak co roku Sylwester. No dobra, nie tak bardzo samotny, bo z dziećmi, ale za to bez męża. I w domu. Tęsknię za działką. Za słońcem i ciepłem. Pocieszam się, że czas szybko leci i że już niedługo znowu będę mogła cieszyć się mrówkami, borówkami amerykańskimi i grillem. Zjadłabym coś dobrego… 😀 Za oknem ciemno, mimo, że dopiero 18. I wieje. Mały wstał rano z jakimś dziwnym kaszlem. Dopiero co przecież leczyłam go z przeziębienia. Pochodził tydzień do szkoły i znów kaszle. Dostałam nowe książki kucharskie od mamy. 🙂 Muszę zaplanować co ja ugotuję na Wigilię, a co teściowa. Na pewno nie tknę zupy grzybowej. I karpia. Kapusta, groch, pierogi proszę bardzo. Ryba i zupa odpadają. Tęsknię za świętami u Babci. Zawsze wszystko było ugotowane własnoręcznie przez nią i tak pyszne, że nic tylko jeść, jeść, jeść… Muszę też zaplanować Wigilię szkolną u Małego w klasie. Połowa rodziców wpłaciła należną kwotę, z drugą połową zapewne będę musiała się użerać. Ale w tym roku nie mam zamiaru za nikogo płacić. I tak właśnie powiem na zebraniu. 

Kiedy spadnie śnieg?

Moje wszystko

Patyczki NIEhigieniczne

Zastanawiałam się ostatnio nad patyczkami higienicznymi. Lekarz na pogotowiu zwrócił mi uwagę, że na opakowaniu jest przekreślone ucho. Jest? Obejrzałam pudełeczko w domu i znalazłam przekreślone ucho, oko, nos i… kibelek. Dlaczego patyczki nazywają się higieniczne skoro nie nadają się nawet do kibla? I powodują okropnie bolesne zapalenia ucha? I skoro nie są do ucha, oka i nosa, to właściwie do czego? W szpitalu widziałam plakaty informujące o tym, żeby nie grzebać patyczkami w uszach. Według tych plakatów można nimi na przykład czyścić broń. 😀 Całkiem przypadkowo przedwczoraj odkryłam do czego patyczki nadają się szczególnie. Odprowadzając po ciemku koleżankę do samochodu, wlazłam w psią kupę na trawniku. Niestety odkryłam to dopiero w domu. Podeszwy butów nie są gładkie, więc dość trudne do czyszczenia. Ale patyczki doskonale dały radę! Mieszczą się do każdego zagłębienia i czyszczą doskonale każde zapaskudzenie. Polecam każdemu. W moim domu patyczki NIEhigieniczne wylądują w szafce z butami. Ale już nigdy w moim uchu! Zapalenie ucha, które dzięki nim sobie zafundowałam, zapamiętam do końca życia. Ból rozrywający czaszkę, niemożność otwarcia ust, że o przeżuwaniu już nie wspomnę.. I głuchota. Patyczkom mówię zdecydowane raczej nie ;)!

Moje wszystko

Listopad…

Zapalenie ucha mam. Zaliczyłam pogotowie w poniedziałek, a dzisiaj szpital z powodu takiego, że wstałam spuchnięta jak bańka i do tego głucha jak pień. Że o bólu już nie wspomnę. A przecież się tylko podrapałam… Już nigdy sobie nic do ucha nie wetknę. Nawet palca! A ucho nie dosyć, że boli to jeszcze swędzi.

Mały jedzie w piątek na wycieczkę do fabryki bombek. Chciałam jechać razem z nim, ale chyba nic z tego. Po ostatnich wydarzeniach nasilił mi się lęk o najbliższych. panicznie boję się, że coś się komuś stanie i tak bezustannie zamęczam moje najbliższe koleżanki telefonami, kiedy M jedzie do pracy wyczekuję przy komputerze, czy pojawi się na GG, jeśli się nie pojawia, natychmiast do niego dzwonię. Dzieci od dwóch tygodni siedzą ze mną w domu, więc mam je na oku, ale piątkowa wycieczka Małego zaczyna spędzać mi sen z powiek. Jadą do innego miasta. Autokarem. Chyba nie jestem normalna… A do tego jest mi niewygodnie z tym sączkiem w uchu, na którego wymianę muszę jutro jechać do szpitala. 

Wracam do Klubu. We wtorki o 19 będę „stepować” wraz z moją koleżanką. Nie wiem czy dam radę kondycyjnie, bo jednak dwa miesiące przerwy były. Na pewno siądą mi łydki, bo chociaż chodzę codziennie po schodach, to jednak nie przez godzinę bez przerwy. No i na stepie zawsze jest jakiś układ… Już sobie wyobrażam miny sąsiadów, gdybym wyskoczyła na klatce schodowej z jakimś knee liftem, albo innym basic stepem 😉 Jak nic wysłaliby mnie na leczenie zamknięte. Trudno uwierzyć, że tak niedawno byłam na szkoleniach i zdawałam egzamin instruktorski… A teraz całkiem przestało mnie to cieszyć…

Upatrzyłam sobie buty. Ale nawet ich nie przymierzyłam, bo po co, skoro i tak nie mam na nie kasy? M wspomniał dzisiaj o jakiejś wiązce. Wiązka kosztuje 800 zł. 800!!! A moje buty kosztują tylko 65… I co mam zrobić? Nie kupię butów, bo wiązka potrzebna. Aaaa z resztą.. wyjęłam już moje ukochane UGG’sy. Przecież w połowie listopada ma przyjść zima. Ostra i mroźna. Ale jeśli wierzyć synoptykom z pewnego portalu internetowego, to wiosna nadejdzie już pod koniec lutego 🙂 Nie mogę się doczekać, bo tęsknię za działką. A w marcu znowu przestawimy zegarki na czas letni, lalalal 🙂 Zdecydowanie wolę czas letni, dłuższe dni, krótsze noce, ciepłość i słonko i jeszcze lenistwo, i brak szkoły. 

Gruszka w sosie budyniowym nadal czeka aż wstawię ją na blog kulinarny… Nie chce mi się 😛

Moje wszystko

Ostatnie dwa tygodnie są koszmarne. Odkąd dowiedziałam się o śmierci… Później w moim mieszkaniu wydarzyła się powódź. Mąż Anny naprawił usterkę, dobrze jest mieć przyjaciół hydraulików, elektryków czy innych specjalistów.. Później zachorowały dzieci. We wtorek byłam na pogrzebie. Trzymałam się nieźle przez mszę i w drodze do grobu. A potem się rozsypałam. Na milion kawałeczków. Zbieram je teraz, ale to bardzo żmudna praca. Wanna znowu dała znać o sobie, więc jutro z Anną i jej mężem jedziemy ją naprawiać. Mam nadzieję, że to będzie już ostatni raz. Niedługo najsmutniejsze Święto w roku. Jutro idę posprzątać grób dziadka. Chciałabym jechać jeszcze na grób Taty, ale nie wiem czy zdążę przed 1 listopada. Myślę o wszystkich moich bliskich, których już nie ma. Myślę o dzieciach, które straciły matkę. I o mężczyźnie, który stracił ukochaną kobietę. Myślę… chyba za dużo. A życie toczy się dalej…

 

kp

Moje wszystko

Money, money, money…

Co jest z tymi pieniędzmi, że nigdy ich się nie ma za dużo? Ile by człowiek nie zarobił, to zawsze nie wystarcza. Dostaję jakąś forsę ekstra, zaraz psuje się lodówka, samochód, pralka, trzeba wykupić milion leków i zrobić badania za setki złotych. Zupełnie jakby ktoś czyhał, żebyśmy się czasem nie wzbogacili. Być może uda nam się wreszcie debet na koncie spłacić. Częścią wypłaty M i jego premią. Dostałam dywidendę. Myślałam, że kupię sobie słuchawki, bo stare się rozpadły. I jeszcze parę innych rzeczy, które by się przydały. Niestety. Musiałam zapłacić OC, kupić dziecku buty, zakonserwować kuchenkę gazową, bo przepuszczała przy kurkach, zamówiłam literki na pomniku, zapłaciłam ratę i generalnie nie zostało mi wiele. A jeszcze aparat Dużego… Nie wiadomo czy nie będziemy musieli za niego zapłacić. Duży skończył już 11 lat, więc pewnie trzeba będzie 450 zł wydać. A przez chwilę myślałam, że będę musiała kupować nową kuchnię na cito! Na szczęście stara jeszcze chwilkę wytrzyma. Niechby chociaż do kwietnia.. Miałam najpierw wymieniać pralkę, ale kolejność musi ulec zmianie, bo jednak wyprać ręcznie można, a ugotować na kuchennym blacie już nie. No i tak sobie myślę, że nie mam szans na wzbogacenie. Zawsze coś mi wyskoczy dokładnie wtedy, kiedy „mam” pieniądze. 

Duży się fatalnie leni. Pilnuję go, cisnę, żeby się uczył, a on olewa jak tylko może. Martwię się każdym sprawdzianem. Martwię się ciągle i nieustannie. Od tego martwienia się jest mi niedobrze i chce mi się wyjść i nie wracać. Mały zaczął już zajęcia w poradni. W szkole też ma zapewnioną opiekę pedagoga. W domu bez słowa sprzeciwu wykonuje swoje ćwiczenia logopedyczne, a jego wychowawczyni powiedziała, że dzisiaj pracował na zajęciach jak nigdy dotąd. Że ręka cały czas była w górze i że wszyscy są z niego dumni. Ale nie tak bardzo jak ja 🙂

M jest na urlopie, ale oczywiście jutro, lub w piątek musi iść na jeden dzień do pracy. Konkurs trwa i końca nie widać. I ja i M jesteśmy już wykończeni oczekiwaniem i niepewnością. 

Popijam pyszną herbatę truskawkową. Na zmianę z Lychee. W akcie desperacji kupiłam nawet Lays’y, ale Wilczak mnie wydymał i sałaty nie znalazłam. Ani nawet dodatkowej paczki czpisów. Eeeeh…

Moje wszystko

Pytanko

– Mamo, czy to białe koło żółtka to białko?

– Tak.

– A w czym jest czarnko i różko?

A ja się pytam dlaczego kominiarz, który nie ma wcale ubrania kominiarza, tylko czarną koszulkę z napisem KOMINIARZ, przychodzi w połowie września i życzy mi Szczęśliwego Nowego Roku? I w dodatku wciska mi jakiś badziewny kalendarz, za który jeszcze mam zapłacić… Nie ze mną te numery KOMINIARZU!

Moje wszystko

Anioł normalnie… :D

Znalazłam telefon komórkowy. Wczoraj. Na schodach w moim bloku, we własnej klatce schodowej w drodze do szkoły. No to zadzwoniłam pod jakiś tam numer z powtórnego wybierania i poinformowałam zdziwionego damskim głosem pana, że rzeczony telefon znalazłam i proszę o poinformowanie o tym fakcie właściciela. Pan mocno ogłuszony wiadomością trzy raz powtarzał błędnie moje nazwisko panieńskie, upierając się tylko przy jego dwóch ostatnich sylabach i w dodatku zamiast „kowska” mówił „kostka”… W końcu udało mu się zapisać moje dane i oznajmił, że natychmiast dzwoni do właściciela. Właściciel na stałe mieszka w Tomaszowie, tylko na chwilkę przyjechał do Łodzi z chorym dzieckiem. No i zgubił ten nieszczęsny telefon spiesząc się zapewne na badania. Tego wszystkiego dowiedziałam się już od sąsiada, który właściciela zguby gościł u siebie. Czekoladę dla chłopców przyniósł, kiedy po odbiór zguby się zgłosił. I dziękował, dziękował, dziękował. Pół godziny później odebrałam telefon od właściciela telefonu, który znów dziękował i dziękował i dziękował… I pod niebiosa mnie wychwalał, że „taka uczciwa”. Owszem było mi miło, ale chyba nie zrobiłam nic nadzwyczajnego. Oddałam ludziom zgubę, to wszystko. Czy to naprawdę takie niespotykane? Syn właściciela zgubionego telefony przyniósł drugą czekoladę. Mimo tego, że mówiłam, że naprawdę nie trzeba i że cieszę się, że pomogłam. Że, że, że. Właściciel nie chciał słyszeć o niczym, zaciął się chłopina i zostałam okrzyknięta aniołem! Niech już będzie. Nie będę się sprzeczać 😉

Pierwszy miesiąc nauki minął szybko. Właściwie sama nie wiem kiedy. Wydaje mi się, że ciągle jest piątek. Duży ma całkiem pokaźną kolekcję ocen. Jedne bardzo dobre inne słabsze, ale jedynki żadnej. Pilnuję go, kolanem cisnę i zaganiam do nauki. Efekty są takie, że zaczął sam się zgłaszać do odpowiedzi, widocznie czuje się pewniej kiedy WIE. A i nauczyciele zaczynają inaczej na niego patrzeć. oczywiście w niektórych sprawach pierdołą pozostał. Dzisiaj na przykład pozwolił, żeby jego kolega z ławki zabrał jego własną pracę domową, bo pani się pomyliła i odczytała jego nazwisko, zamiast Dużego. Nawet nie wiem czy w takim razie ocena za tę pracę jest taka jak mówi Librus, czy pani też się pomyliła i wpisała Dużemu ocenę innego ucznia. A w ogóle nie podoba mi się cały ten Librus. Wolałam zwykły papierowy dziennik. Mogłam iść do wychowawczyni i dowiedzieć się o oceny z każdego przedmiotu. Teraz jestem zdana na łaskę nauczycieli, którzy niespecjalnie kwapią się do uzupełniania ocen w dzienniku internetowym, a chcąc dowiedzieć się o oceny z poszczególnych przedmiotów, muszę odwiedzić każdego nauczyciela osobno. Przypuszczam, że nie będzie to takie proste, bo wydłużą się kolejki do klas podczas comiesięcznych konsultacji. Każdy rodzic jest ciekawy postępów w nauce swojego dziecka i każdy będzie chciał znać jego oceny. 

Mały radzi sobie dużo lepiej niż w zeszłym roku. Widuję jego prace na tablicach w szkole i sama widzę postępy. Mam nadzieję, że jeszcze jeden rok w zerówce wyjdzie mu na dobre. 

Nadal nie znamy werdyktu w sprawie konkursu w pracy u M. Wydaje mi się, że decyzja będzie przeciągana w czasie. W nieskończoność. Dwaj pracownicy w stanie zawieszenia. Nie można pójść upomnieć się o podwyżkę ani o awans, bo przecież cały czas ważą się ich losy. Który wygra… Cała sytuacja niestety odbija się niekorzystnie na naszej rodzinie. M siedzi w pracy długo, długo. Po godzinach. Ma coraz więcej pracy, a coraz mniej czasu dla nas. Dla naszych synów. Czekamy. Na dobre wieści.

Moje wszystko

Dlaczego czasem warto trzymać gębę na kłódkę.

Kilka miesięcy temu rozpoczęto ocieplanie bloku, w którym mieszkała moja babcia. Powinnam powiedzieć, że to „mój” blok. Jakoś nie umiem. Mój to jest ten, w którym obecnie mieszkamy. Jednak jestem właścicielka tamtego mieszkania. Ale nie o tym miałam… Zdjęto mi wtedy kraty z okien bez zawiadomienia i wściekłam się strasznie z tego powodu. Miałam chęć nawrzeszczeć na robotników, urządzić awanturę jakiej jeszcze nie widzieli. Całe szczęście, że M powiedział mi wtedy: „Ty się nie odzywaj, ja to załatwię”. Nie odezwałam się. Przynajmniej nie byłam niemiła.
Wczoraj zadzwonił do mnie sąsiad, który zna mnie odkąd babcia przywiozła mnie ze szpitala kiedy się urodziłam. Przedstawił się imieniem i nazwiskiem i dodał, że jest przedstawicielem wspólnoty mieszkaniowej. Skóra mi ścierpła. Moje lokatorki zaprosiły sobie gości lub gościa. I tenże gość wpadł na fantastyczny pomysł, że wejdzie do mieszkania przez okno. Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć takiego postępowania, ponieważ moje mieszkanie mieści się na parterze, a okna mam tuż przy klatce schodowej. Ściany są świeżo ocieplone i otynkowane. Koleś wymazał kulosami całą ścianę pod oknem pokoju. Wspólnota się wkurzyła i zrobiła nagonkę na moje lokatorki, które akurat wyjechały, więc pocisk rykoszetem odbił się o mnie… Zażądano ode mnie interwencji w tej sprawie. Zadzwoniłam zatem do dziewczyn, powiedziałam jak się sytuacja ma i poprosiłam o usunięcie zniszczeń. Wieczorem zadzwoniłam do sąsiadki, która zawsze była pomocna, przyjaźniła się z moją babcią i ogólnie mogłam na nią liczyć. Odebrała jej córka, więc zapytałam uprzejmie jak wygląda rzeczona ściana i usłyszałam: słuchaj, jeśli masz jakieś obiekcje, to wsiadaj w samochód i przyjedź sobie oglądać! Odebrałam to jako jakiś dziwny atak, dopóki nie zrozumiałam, że osobą, która zarząd na mnie nasłała była właśnie ta sąsiadka! Jestem zdziwiona i zszokowana, do tej pory zawsze sama do mnie dzwoniła cokolwiek by się nie działo… Odpowiedziałam, ze obiekcji nie mam, ale obejrzeć przyjadę. Zapytałam jeszcze do kiedy robotnicy będą pracować i okazało się, że już kończą, w związku z czym muszę przyjeżdżać już, natychmiast, bo później nie będę miała skąd wziąć tynku, żeby brud przykryć. No to pojechałam dzisiaj. Faktycznie, ściana umazana jak nie wiem… No i tu podziękowałam w duchu sobie i mężowi, że wtedy nie krzyczałam. Poszłam prosto do robotników, przedstawiłam sytuację, wetknęłam dwie dychy w rękę i sprawę załatwiłam. Dostałam nawet trochę tego tynku w słoik, żebym mogła dziury załatać, jak kraty założę. Panowie obiecali, że ślady zamaskują jak się należy. I że nawet w poniedziałek przyjdą zerknąć czy wszystko ok. Panny o akcji zostały poinformowane, oraz zapowiedziałam rozmowę na ten temat przy okazji najbliższej płatności. Jednakże mocno przerażonej dziewczynie obiecałam, że awantury nie zrobię. Może się opłaci i tym razem trzymać język za zębami? 😉
P.S. Miałam dzisiaj okazje obejrzeć z bliska samochód Google Maps. Wygląda trochę jak wehikuł czasu 🙂 Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo wzburzona całą sprawą z umazaną ścianą wpadłam na to (że może by tak cyknąć fotę) w momencie kiedy samochód znikał już za rogiem… Może następnym razem się uda ;)

Moje wszystko

Bez tytułu

Dawno już nie było tak pięknie… Ciepło, gorąco, upalnie! Cały dzień spędziliśmy u Anny, która swego czasu wprowadziła stan paniki na moim blogu swoim zaginięciem 😉 Na całe szczęście więcej tego wyczynu nie powtórzyła. Za to wynajęła ze swoim mężem bardzo malowniczo położone gospodarstwo. Spędziliśmy cudowną niedzielę na cudownym łonie natury wśród cudownych drzew, traw i innych chynchów, wraz z naszymi cudownymi dziećmi. I było mi tak cudownie, że mało brakło a tęcza wypłynęłaby z moich trzewi każdym możliwym otworem. Nie sądziłam, że w tym roku może być jeszcze tak gorąco. Wiadomo, że jeśli zdarza się taka pogoda to wszystko się do człowieka przykleja, a robaków chodzących i latających nagle robi się dziesięć razy więcej niż zwykle. Siedziałam przy świeżo zbitym z nieheblowanych desek stole, na tak samo zbitej z nieheblowanych desek ławce i patrzyłam jak miliony wycieczek robaczych uprawia nordic walking tudzież wspinaczkę wysokogórską po moich nogach, brzuchu i reszcie ciała spragnionego promieni słonecznych. Przy okazji pochłonęłam dwie kiełbaski upieczone w ognisku, jako że grillowanego żarcia mam dość aż do następnego sezonu. Grillowego oczywiście. patrzyłam jak mąż i dzieci moje umiłowane najpierw nudzą się straszliwie, a później z zapałem strzelają z wiatrówki do tarczy, butelki i jabłka zawieszonych na drzwiach od starej szopy. Anna występująca dzisiaj w bardzo twarzowych czerwonych ogrodniczkach i czarnych kaloszkach do pary prezentowała się na tym tle bardzo pięknie i swojsko. Pasuje jej to otoczenie. Oczywiście nie twierdzę, że jest wieśniarą, ale myślę, że życie na wsi nie przeszkadzałoby jej wcale a wcale. Ja siebie tam nie widzę. Nie cierpię grzebania w ziemi, wygrzebywania jajek spod kur, ani karmienia świń. Mogę ewentualnie coś wykopać, przekopać, podlać, pod warunkiem, że nie będzie to miało żadnych dalszych dla mnie konsekwencji. Z natury jestem w tym temacie leniwa do granic. Co innego jeśli chodzi o wbijanie gwoździ, rozplątywanie sznurków, podłączanie sprzętów AGD i RTV czy naprawianie popsutych gratów. W każdym razie dzień zaliczam do tych udanych i raczej relaksujących, co teraz jest mi bardzo potrzebne, bo zaczęła się szkoła i mam w związku z tym całe mnóstwo stresów.. Duży dostał już jedną 5 z przyrody i 3 z plastyki (nie jestem specjalnie zdziwiona), ale to dopiero początek… Na piątek mają przynieść do szkoły listewki o jakichś dziwnych wymiarach. Będą robić latawce. Za cholerę nie wiem gdzie mam kupić takie listewki. Mąż Anny powiedział, że w sklepie modelarskim. Tia. Ciekawe gdzie w Łodzi jest taki sklep… M się okropnie zezłościł i powiedział, że ma w dupie taką szkołę, która podobno jest bezpłatna, a my zapłaciliśmy już około 1000 zł za książki, ubezpieczenia, buty, zeszyty, naklejki, obiady i inne takie i jeszcze musimy latać i szukać jakichś zasranych listewek i kupować je za własną kasę… A jeszcze mu nie powiedziałam, że 17 września jest piknik szkolny, na który powinnam upiec ciasto.. Zresztą może nam się uda wykręcić, bo przecież musimy zamknąć sezon na działce 😛 Zaplanowałam to właśnie na ten dzień. Wolę po stokroć siedzieć z tyłkiem na plastikowym krzesełku, obżerać się jeżynami i borówkami z własnego krzaka i śmiać się nieprzyzwoicie głośno z żartów znajomych, niż kręcić się po osiedlu wśród tłumu nieprzytomnych rodziców i rozgorączkowanych dzieci wśród chaosu i różnych nieciekawych atrakcji. Duży chodzi do tej szkoły już piąty rok, więc mam wyobrażenie aż nadto dokładne jak to wygląda. Poszliśmy dwa razy. Za pierwszym razem wytrzymaliśmy godzinę, za drugim piętnaście minut. Jeśli tylko będzie ładna pogoda, jedziemy na działkę. 

Zdaje się, że promienie słoneczne sięgnęły mnie znacznie bardziej niż myślałam. Czuję pieczenie na policzkach i ramionkach. Mimo to nie będę narzekać, bo lato było całe do bani. Może chociaż jesień będzie ciepła i piękna… Słyszałam, że w połowie października czekają nas już mrozy i śniegi, ale nie chcę w to wierzyć. Jeśli tak się stanie, to może zdanie „zima zaskoczyła drogowców” w tym roku nabierze głębszego sensu, bo jak do tej pory zawsze zaskakiwała ich w grudniu, kiedy to w żadnym wypadku nie należy się przecież spodziewać mrozów, a opadów śniegu to już całkiem nie…

Dzieci padły. Mąż pogalopował do swojego laptopa. Spędzę resztę wieczoru z Adele i jej Someone like you. I z Jimem, który wie lepiej 😉