Moje wszystko

Wyznania kucharza Małego

Zdaje się, że Mały zaraził się ode mnie gotowaniem. Pół dnia stoi przy drukarce i produkuje dla mnie różne niewidzialne potrawy. Przynosi mi swoje cuda do spróbowania komunikując jednocześnie co tam dodał. I tak na przykład, przychodzi z kuflem ceramicznym i oznajmia:

   M: Mamusiu ugotowałem ci zupkę. Dodałem tam kluchy.

   Ja: Oj no to daj spróbuję.

   M: Dodałem też gile (O.o !!!).

   Ja: To ja nie chcę. Gile nie są smaczne i ich miejsce jest w chusteczce.

   M: To co, mam gotować od nowa??

   Ja: No chyba tak..

Mały idzie do drukarki, przychodzi za chwilkę z tym samym kuflem:

   M: Ugotowałem nową zupkę. Dodałem buraki i cebulkę.

   Ja: Chętnie spróbuję. Mmmm… pyszna (oblizuję się).

   M: To ja też spróbuję (próbuje)

   M: Rzeczywiście, nie takie złe.. To ja już gila nie będę dodawał.. Mogłem dodać jeszcze jajo..

Poczułam się jak w trakcie oglądania programu „Wyznania kelnerów i kucharzy”…

Moje wszystko

Gęsie Jajo i spółka

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja babcia opowiadała mi mnóstwo bajek. Jedna zapadła mi w pamięć na zawsze. Bajka o gęsim jaju, co się toczyło na wędrówkę i po drodze spotykało różne zwierzątka, które do niego dołączały. Babcia mówiła ją cała z pamięci, więc niektóre zwroty ulegały drobnym zmianom. Później nie słyszałam tej bajki przez długie lata, dopóki mój starszy syn nie podrósł na tyle, żeby kumać cokolwiek. I właśnie wtedy babcia wyciągnęła ją z lamusa. Duży oszalał. Każe babci opowiadać tę bajkę za każdym razem kiedy jest u nas. Wielokrotnie próbowałam odszukać tekst oryginalny. Moja mam uparcie twierdziła, że bajka ta była w jej elementarzu. No może i była, ale obejrzałam wszelkie dostępne mi elementarze i niestety nie znalazłam. Nie wiedziałam też kto ją napisał. Próbowałam szukać w internecie, ale bezskutecznie. Dzisiaj usiadłam i raczej bez większych nadziei wpisałam w google: bajka o gęsim jaju. I jest! Znalazłam! Naprawdę nie wiem dlaczego wcześniej za żadne skarby nie mogłam Jaja odszukać. Najpierw znalazłam autora. Sama książeczka jest chyba w tej chwili nie do kupienia, bo nie znalazłam jej w żadnej księgarni. Dowiedziałam się natomiast, że opowiadanko jest w zbiorze bajek „Wesołe historie”. Tak więc zaczęłam szukać tej książki. No owszem, to już prędzej jest do dostania. Aż wreszcie natknęłam się na stronę, na której cała książeczka wraz z ilustracjami została umieszczona. I w tym również moja ukochana bajka z gęsim jajku. Proszę przeczytajcie. Waszym dzieciom na pewno też się spodoba: Ewa Szelburg – Zarembina „Bajka o gęsim jaju, raku Nieboraku, kogucie Piejaku, kaczce Kwaczce, kocie Mruczku i psie Kruczku”.

Ucieszyłam się ogromnie i od razu przeczytałam bajeczkę Dużemu. Jak tylko zaczęłam, jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia i powiedział: ooo to bajka co babcia mi zawsze opowiada. I teraz już wiem, że Gęsie Jajo na zawsze pozostanie w naszych sercach i zawsze będzie się kojarzyło z naszą ukochaną babcią 🙂

Moje wszystko

Brrrrr

 Tak jak przewidywałam. O 6 rano pod przychodnią już była kolejka. Krótsza niż zwykle, ale jednak była. Ta krótkość musiała być spowodowana przeraźliwym zimnem o wczesnej godzinie porannej. Wyciągnęłam z szafy grubą kurtkę na mrozy. Od góry w zasadzie było mi ciepło. Ale kurtka sięga nad kolana, więc dół był wystawiony na działanie wiatru i mrozu. No i ten wiatr i mróz działał. Po 20 minutach stania zaczęłam dreptać w miejscu. Kolejne 10 minut spowodowało już raźne przytupywanie. Stopy zamieniały się powoli w dwa sopelki i zaczynałam tracić w nich czucie. I co z tego, że moje nowe buty nie przeciekają? Zimno mi było tak, że za przeproszeniem gile w nosie zamarzały.. Kiedy wreszcie chwilkę po godzinie 7 nabzdyczona pracownica przychodni z łaską otworzyła drzwi, mały tłumek wtoczył się do środka, oczekując miłego ciepełka. Cholera może i tam było ciepełko, ale wszyscy byliśmy tak zmarznięci, że ni cholery go nie było czuć. Siedzieliśmy zbici na krzesełkach, teraz z kolei czekając na otworzenie rejestracji. I nikt, NIKT nie odważył się na zdjęcie kurtki. Z jakichś drzwi wylazła kobita. Pracownica zapewne. W krótkim rękawku. Wywołała u mnie drgawki i nagły przypływ zimna. I chyba nie tylko u mnie, bo wszyscy gapili się na nią, jakby miała ze cztery nogi, dwie głowy i trzy cycki. Całe szczęście,  że trafiłam chociaż na gadatliwą sąsiadkę, to i czas jakoś szybciej zleciał. Wprawdzie wzięłam ze sobą książkę, ale nie miałam czasu jej nawet otworzyć. I odkryłam pewną prawidłowość. Na spodziewane długie oczekiwanie zawsze brać ze sobą coś, co bardzo chcemy przeczytać. Wtedy mamy zagwarantowane, że wszystko potoczy się gładko i sprawnie. Jeśli natomiast lektury nie weźmiemy (zapomnimy, stwierdzimy, że niepotrzebna itp.), czas będzie się wlekł jak cholera, a nas najpewniej szlag trafi. Także mój Dan Brown, musi poczekać do następnego planowanego dłuższego stania w kolejce. Może uda mi się przeczytać choć ze trzy strony.. Tak czy inaczej miałam jednak trochę szczęścia dzisiaj. Mój lekarz wrócił z urlopu, więc nie musiałam wizyty przekładać. Miałam numerek pierwszy. Stopy odtajały mi na tyle, że mogłam jechać do domu. Lekarz miał zacząć przyjmować o 12.30, zaczął wcześniej. Wlazłam do przychodni i od razu do gabinetu (jak nigdy, zdumiewające doprawdy). Ludzie się trochę krzywili, że nie chciałam znów w kolejce postać, ale powiedziałam, że już się wystałam. Rano. Jak chcieli numerek pierwszy to mogli przyjechać o szóstej. Baby lekko spuchły, ale nic nie powiedziały. Weszłam do gabinetu pełna najgorszych przeczuć, że może znów zostanę potraktowana nieodpowiednio, ale nie. Pan Doktor habilitowany był chyba w dobrym nastroju, bo na moją prośbę o wystawienie zaświadczenia o leczeniu w tut. poradni, wysilił się na żart w stylu: „nieee, bo jeszcze mi pani ucieknie, narząd wewnętrzny odrośnie i będą pretensje do mnie. A poza tym czemu pani chce uciekać, nie podobam się pani?”. Powiedziałam, że owszem. Zaświadczenia nie dostałam i dlatego za trzy miesiące znów będę kwitła o 6 rano pod cholernym szpitalem. Na szczęście to będzie już maj i raczej nikłe ryzyko mrozu..

 Zaczęłam pisać opowiadanie dla moich synków. Książeczkę – bajeczkę. O samochodziku. Chciałabym skończyć do Wielkanocy.

 A Iran umieścił na orbicie satelitę i USA się poczuło zaniepokojone. Biedacy..

Moje wszystko

%@^$#%$&*

 Łatwo domyślić się o co chodzi. Takie to właśnie szpetne słowo pcha mi się na usta od kilku dni. Chociaż czuję, że dzisiaj a najdalej jutro ujrzy wreszcie światło dzienne, bo moja wytrzymałość i cierpliwość kończy się właśnie. Wczoraj Duży wstał z bólem głowy i wymiotami. Odstawiłam tabletki, które mogą powodować właśnie takie reakcje. Duży pół dnia trzymał się za główkę. Noc minęła w miarę spokojnie. Rano Mały wstał i zaczął kaszleć. Zmysły mi się wyostrzyły natychmiast. Słyszałam niemalże każdy jego oddech i bicie serca starając się wyłapać najmniejszy nawet świst. No ale teraz Mały nie kaszle. Widocznie się w nocy „zasuszył”. Przyjechała do nas Babcia. Od razu wydała mi się podejrzana.. No i wyszło szydło z worka. Gorączka 38,5. Kaszel fatalny. Poszukiwania lekarza w internecie, który przyjedzie do domu, zostały uwieńczone sukcesem. Teraz czekamy. Ona tam ja tu.. Lekarz będzie około 19. I teraz milion myśli na sekundę, oraz ta jedna która krąży i wraca z prędkością dwukrotnie większą niż pozostałe: czy dzieci nie zaraziły się od nowa???? Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!! Dzwoniłam dzisiaj do szpitala tak jak miałam przykazane. ODR powiedziała, że wyniki krwi Dużego (te, które zdążyły się zrobić) są w porządku. Czekamy na mykoplazmę i jakieś tam inne jeszcze. Małego wyników wcale nie było. I znów mam dzwonić jutro. Przy czym w dniu jutrzejszym poziom moich nerwów sięgnie zenitu, bo muszę odwiedzić swojego lekarza, którego bardzo, bardzo nie lubię. I żeby się do niego dostać, muszę wstać o 5 i jechać do cholernej przychodni, żeby stanąć w kolejce do rejestracji… I kto by pomyślał, że mamy XXI wiek. W kolejnym tygodniu czeka mnie następna wizyta u lekarza, ale o niej to już w ogóle myśleć mi się nawet nie chce. I teraz wychodzi na to, że powinnam się rozdwoić, a nawet roztroić. Jedna ja musi zajmować się dziećmi. Druga powinna jechać do Babci. A trzecia pozałatwiać lekarzy. Zna ktoś może sposób na roztrojenie (nie mylić z rozstrojeniem, bo jeszcze tylko tego mi brakuje..)? Czy ja może jakaś pechowa jestem? Owszem w moim życiu większość rzeczy jest na opak i kładę to na karb dnia swoich narodzin (1 kwietnia jakby nie patrzył do czegoś zobowiązuje;)), no ale żeby aż tak??? Wszystko naraz? Tak się przecież nie robi. To nie fair. Kurczę będę wyrodną wnuczką.. Nie mogę iść do Babci, bo przyniosę od niej znów to cholerstwo. Dzieciaki osłabione. Duży wciąż jeszcze bierze antybiotyk. I co ja mam zrobić? Kurdekurdekurdekurde…

 Duży i Mały dostali mikrofon. Taką zabawkę. Jednakże działa całkiem nieźle. Ponadto ma wbudowaną opcję oklasków różnego rodzaju. Raz słychać owacje na stojąco, a raz ledwo ktoś klaśnie. Czasem są też gwizdy. Wczorajszy dzień Mały spędził na występach. Od rana wyśpiewywał nam „Ore, oreeeeeee…!!!”, po czym włączał oklaski i mówił: „dziękuję, dziękuję”. I od nowa „Oreeeeee, Oreeeeeeeeeee!!!”.  M natomiast uznał, że urządzenie przetwarza głos w sposób podobny do pielgrzymkowych mikrofonów i tub. I na dowód tego, że ma rację, porwał mikrofon i pięknie zaintonował „Któryś za nas..”, a mnie w oczach pielgrzymka do Częstochowy jak żywa stanęła. I jeszcze jeden problem mi odpadł. Sąsiadka w przypływie troski zapytała mnie dzisiaj czy mi nie przywieźć druków z US, bo właśnie jedzie. A ja chętnie skorzystałam, bo druki takowe o tej porze roku są mile widziane. Zwłaszcza jeden był mi niezbędny i strasznie się stresowałam jego brakiem. Ale teraz dzięki sąsiadce mam wszystko. Teraz tylko czekać na PIT od M. Byle szybko, bo kasa potrzebna.

Wstrętny, wstrętny Nowy Rok..