Łatwo domyślić się o co chodzi. Takie to właśnie szpetne słowo pcha mi się na usta od kilku dni. Chociaż czuję, że dzisiaj a najdalej jutro ujrzy wreszcie światło dzienne, bo moja wytrzymałość i cierpliwość kończy się właśnie. Wczoraj Duży wstał z bólem głowy i wymiotami. Odstawiłam tabletki, które mogą powodować właśnie takie reakcje. Duży pół dnia trzymał się za główkę. Noc minęła w miarę spokojnie. Rano Mały wstał i zaczął kaszleć. Zmysły mi się wyostrzyły natychmiast. Słyszałam niemalże każdy jego oddech i bicie serca starając się wyłapać najmniejszy nawet świst. No ale teraz Mały nie kaszle. Widocznie się w nocy „zasuszył”. Przyjechała do nas Babcia. Od razu wydała mi się podejrzana.. No i wyszło szydło z worka. Gorączka 38,5. Kaszel fatalny. Poszukiwania lekarza w internecie, który przyjedzie do domu, zostały uwieńczone sukcesem. Teraz czekamy. Ona tam ja tu.. Lekarz będzie około 19. I teraz milion myśli na sekundę, oraz ta jedna która krąży i wraca z prędkością dwukrotnie większą niż pozostałe: czy dzieci nie zaraziły się od nowa???? Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!! Dzwoniłam dzisiaj do szpitala tak jak miałam przykazane. ODR powiedziała, że wyniki krwi Dużego (te, które zdążyły się zrobić) są w porządku. Czekamy na mykoplazmę i jakieś tam inne jeszcze. Małego wyników wcale nie było. I znów mam dzwonić jutro. Przy czym w dniu jutrzejszym poziom moich nerwów sięgnie zenitu, bo muszę odwiedzić swojego lekarza, którego bardzo, bardzo nie lubię. I żeby się do niego dostać, muszę wstać o 5 i jechać do cholernej przychodni, żeby stanąć w kolejce do rejestracji… I kto by pomyślał, że mamy XXI wiek. W kolejnym tygodniu czeka mnie następna wizyta u lekarza, ale o niej to już w ogóle myśleć mi się nawet nie chce. I teraz wychodzi na to, że powinnam się rozdwoić, a nawet roztroić. Jedna ja musi zajmować się dziećmi. Druga powinna jechać do Babci. A trzecia pozałatwiać lekarzy. Zna ktoś może sposób na roztrojenie (nie mylić z rozstrojeniem, bo jeszcze tylko tego mi brakuje..)? Czy ja może jakaś pechowa jestem? Owszem w moim życiu większość rzeczy jest na opak i kładę to na karb dnia swoich narodzin (1 kwietnia jakby nie patrzył do czegoś zobowiązuje;)), no ale żeby aż tak??? Wszystko naraz? Tak się przecież nie robi. To nie fair. Kurczę będę wyrodną wnuczką.. Nie mogę iść do Babci, bo przyniosę od niej znów to cholerstwo. Dzieciaki osłabione. Duży wciąż jeszcze bierze antybiotyk. I co ja mam zrobić? Kurdekurdekurdekurde…
Duży i Mały dostali mikrofon. Taką zabawkę. Jednakże działa całkiem nieźle. Ponadto ma wbudowaną opcję oklasków różnego rodzaju. Raz słychać owacje na stojąco, a raz ledwo ktoś klaśnie. Czasem są też gwizdy. Wczorajszy dzień Mały spędził na występach. Od rana wyśpiewywał nam „Ore, oreeeeeee…!!!”, po czym włączał oklaski i mówił: „dziękuję, dziękuję”. I od nowa „Oreeeeee, Oreeeeeeeeeee!!!”. M natomiast uznał, że urządzenie przetwarza głos w sposób podobny do pielgrzymkowych mikrofonów i tub. I na dowód tego, że ma rację, porwał mikrofon i pięknie zaintonował „Któryś za nas..”, a mnie w oczach pielgrzymka do Częstochowy jak żywa stanęła. I jeszcze jeden problem mi odpadł. Sąsiadka w przypływie troski zapytała mnie dzisiaj czy mi nie przywieźć druków z US, bo właśnie jedzie. A ja chętnie skorzystałam, bo druki takowe o tej porze roku są mile widziane. Zwłaszcza jeden był mi niezbędny i strasznie się stresowałam jego brakiem. Ale teraz dzięki sąsiadce mam wszystko. Teraz tylko czekać na PIT od M. Byle szybko, bo kasa potrzebna.
Wstrętny, wstrętny Nowy Rok..