Moje wszystko

Wyznania kucharza Małego

Zdaje się, że Mały zaraził się ode mnie gotowaniem. Pół dnia stoi przy drukarce i produkuje dla mnie różne niewidzialne potrawy. Przynosi mi swoje cuda do spróbowania komunikując jednocześnie co tam dodał. I tak na przykład, przychodzi z kuflem ceramicznym i oznajmia:

   M: Mamusiu ugotowałem ci zupkę. Dodałem tam kluchy.

   Ja: Oj no to daj spróbuję.

   M: Dodałem też gile (O.o !!!).

   Ja: To ja nie chcę. Gile nie są smaczne i ich miejsce jest w chusteczce.

   M: To co, mam gotować od nowa??

   Ja: No chyba tak..

Mały idzie do drukarki, przychodzi za chwilkę z tym samym kuflem:

   M: Ugotowałem nową zupkę. Dodałem buraki i cebulkę.

   Ja: Chętnie spróbuję. Mmmm… pyszna (oblizuję się).

   M: To ja też spróbuję (próbuje)

   M: Rzeczywiście, nie takie złe.. To ja już gila nie będę dodawał.. Mogłem dodać jeszcze jajo..

Poczułam się jak w trakcie oglądania programu „Wyznania kelnerów i kucharzy”…

Moje wszystko

Gęsie Jajo i spółka

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja babcia opowiadała mi mnóstwo bajek. Jedna zapadła mi w pamięć na zawsze. Bajka o gęsim jaju, co się toczyło na wędrówkę i po drodze spotykało różne zwierzątka, które do niego dołączały. Babcia mówiła ją cała z pamięci, więc niektóre zwroty ulegały drobnym zmianom. Później nie słyszałam tej bajki przez długie lata, dopóki mój starszy syn nie podrósł na tyle, żeby kumać cokolwiek. I właśnie wtedy babcia wyciągnęła ją z lamusa. Duży oszalał. Każe babci opowiadać tę bajkę za każdym razem kiedy jest u nas. Wielokrotnie próbowałam odszukać tekst oryginalny. Moja mam uparcie twierdziła, że bajka ta była w jej elementarzu. No może i była, ale obejrzałam wszelkie dostępne mi elementarze i niestety nie znalazłam. Nie wiedziałam też kto ją napisał. Próbowałam szukać w internecie, ale bezskutecznie. Dzisiaj usiadłam i raczej bez większych nadziei wpisałam w google: bajka o gęsim jaju. I jest! Znalazłam! Naprawdę nie wiem dlaczego wcześniej za żadne skarby nie mogłam Jaja odszukać. Najpierw znalazłam autora. Sama książeczka jest chyba w tej chwili nie do kupienia, bo nie znalazłam jej w żadnej księgarni. Dowiedziałam się natomiast, że opowiadanko jest w zbiorze bajek „Wesołe historie”. Tak więc zaczęłam szukać tej książki. No owszem, to już prędzej jest do dostania. Aż wreszcie natknęłam się na stronę, na której cała książeczka wraz z ilustracjami została umieszczona. I w tym również moja ukochana bajka z gęsim jajku. Proszę przeczytajcie. Waszym dzieciom na pewno też się spodoba: Ewa Szelburg – Zarembina „Bajka o gęsim jaju, raku Nieboraku, kogucie Piejaku, kaczce Kwaczce, kocie Mruczku i psie Kruczku”.

Ucieszyłam się ogromnie i od razu przeczytałam bajeczkę Dużemu. Jak tylko zaczęłam, jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia i powiedział: ooo to bajka co babcia mi zawsze opowiada. I teraz już wiem, że Gęsie Jajo na zawsze pozostanie w naszych sercach i zawsze będzie się kojarzyło z naszą ukochaną babcią 🙂

Moje wszystko

Brrrrr

 Tak jak przewidywałam. O 6 rano pod przychodnią już była kolejka. Krótsza niż zwykle, ale jednak była. Ta krótkość musiała być spowodowana przeraźliwym zimnem o wczesnej godzinie porannej. Wyciągnęłam z szafy grubą kurtkę na mrozy. Od góry w zasadzie było mi ciepło. Ale kurtka sięga nad kolana, więc dół był wystawiony na działanie wiatru i mrozu. No i ten wiatr i mróz działał. Po 20 minutach stania zaczęłam dreptać w miejscu. Kolejne 10 minut spowodowało już raźne przytupywanie. Stopy zamieniały się powoli w dwa sopelki i zaczynałam tracić w nich czucie. I co z tego, że moje nowe buty nie przeciekają? Zimno mi było tak, że za przeproszeniem gile w nosie zamarzały.. Kiedy wreszcie chwilkę po godzinie 7 nabzdyczona pracownica przychodni z łaską otworzyła drzwi, mały tłumek wtoczył się do środka, oczekując miłego ciepełka. Cholera może i tam było ciepełko, ale wszyscy byliśmy tak zmarznięci, że ni cholery go nie było czuć. Siedzieliśmy zbici na krzesełkach, teraz z kolei czekając na otworzenie rejestracji. I nikt, NIKT nie odważył się na zdjęcie kurtki. Z jakichś drzwi wylazła kobita. Pracownica zapewne. W krótkim rękawku. Wywołała u mnie drgawki i nagły przypływ zimna. I chyba nie tylko u mnie, bo wszyscy gapili się na nią, jakby miała ze cztery nogi, dwie głowy i trzy cycki. Całe szczęście,  że trafiłam chociaż na gadatliwą sąsiadkę, to i czas jakoś szybciej zleciał. Wprawdzie wzięłam ze sobą książkę, ale nie miałam czasu jej nawet otworzyć. I odkryłam pewną prawidłowość. Na spodziewane długie oczekiwanie zawsze brać ze sobą coś, co bardzo chcemy przeczytać. Wtedy mamy zagwarantowane, że wszystko potoczy się gładko i sprawnie. Jeśli natomiast lektury nie weźmiemy (zapomnimy, stwierdzimy, że niepotrzebna itp.), czas będzie się wlekł jak cholera, a nas najpewniej szlag trafi. Także mój Dan Brown, musi poczekać do następnego planowanego dłuższego stania w kolejce. Może uda mi się przeczytać choć ze trzy strony.. Tak czy inaczej miałam jednak trochę szczęścia dzisiaj. Mój lekarz wrócił z urlopu, więc nie musiałam wizyty przekładać. Miałam numerek pierwszy. Stopy odtajały mi na tyle, że mogłam jechać do domu. Lekarz miał zacząć przyjmować o 12.30, zaczął wcześniej. Wlazłam do przychodni i od razu do gabinetu (jak nigdy, zdumiewające doprawdy). Ludzie się trochę krzywili, że nie chciałam znów w kolejce postać, ale powiedziałam, że już się wystałam. Rano. Jak chcieli numerek pierwszy to mogli przyjechać o szóstej. Baby lekko spuchły, ale nic nie powiedziały. Weszłam do gabinetu pełna najgorszych przeczuć, że może znów zostanę potraktowana nieodpowiednio, ale nie. Pan Doktor habilitowany był chyba w dobrym nastroju, bo na moją prośbę o wystawienie zaświadczenia o leczeniu w tut. poradni, wysilił się na żart w stylu: „nieee, bo jeszcze mi pani ucieknie, narząd wewnętrzny odrośnie i będą pretensje do mnie. A poza tym czemu pani chce uciekać, nie podobam się pani?”. Powiedziałam, że owszem. Zaświadczenia nie dostałam i dlatego za trzy miesiące znów będę kwitła o 6 rano pod cholernym szpitalem. Na szczęście to będzie już maj i raczej nikłe ryzyko mrozu..

 Zaczęłam pisać opowiadanie dla moich synków. Książeczkę – bajeczkę. O samochodziku. Chciałabym skończyć do Wielkanocy.

 A Iran umieścił na orbicie satelitę i USA się poczuło zaniepokojone. Biedacy..

Moje wszystko

%@^$#%$&*

 Łatwo domyślić się o co chodzi. Takie to właśnie szpetne słowo pcha mi się na usta od kilku dni. Chociaż czuję, że dzisiaj a najdalej jutro ujrzy wreszcie światło dzienne, bo moja wytrzymałość i cierpliwość kończy się właśnie. Wczoraj Duży wstał z bólem głowy i wymiotami. Odstawiłam tabletki, które mogą powodować właśnie takie reakcje. Duży pół dnia trzymał się za główkę. Noc minęła w miarę spokojnie. Rano Mały wstał i zaczął kaszleć. Zmysły mi się wyostrzyły natychmiast. Słyszałam niemalże każdy jego oddech i bicie serca starając się wyłapać najmniejszy nawet świst. No ale teraz Mały nie kaszle. Widocznie się w nocy „zasuszył”. Przyjechała do nas Babcia. Od razu wydała mi się podejrzana.. No i wyszło szydło z worka. Gorączka 38,5. Kaszel fatalny. Poszukiwania lekarza w internecie, który przyjedzie do domu, zostały uwieńczone sukcesem. Teraz czekamy. Ona tam ja tu.. Lekarz będzie około 19. I teraz milion myśli na sekundę, oraz ta jedna która krąży i wraca z prędkością dwukrotnie większą niż pozostałe: czy dzieci nie zaraziły się od nowa???? Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!! Dzwoniłam dzisiaj do szpitala tak jak miałam przykazane. ODR powiedziała, że wyniki krwi Dużego (te, które zdążyły się zrobić) są w porządku. Czekamy na mykoplazmę i jakieś tam inne jeszcze. Małego wyników wcale nie było. I znów mam dzwonić jutro. Przy czym w dniu jutrzejszym poziom moich nerwów sięgnie zenitu, bo muszę odwiedzić swojego lekarza, którego bardzo, bardzo nie lubię. I żeby się do niego dostać, muszę wstać o 5 i jechać do cholernej przychodni, żeby stanąć w kolejce do rejestracji… I kto by pomyślał, że mamy XXI wiek. W kolejnym tygodniu czeka mnie następna wizyta u lekarza, ale o niej to już w ogóle myśleć mi się nawet nie chce. I teraz wychodzi na to, że powinnam się rozdwoić, a nawet roztroić. Jedna ja musi zajmować się dziećmi. Druga powinna jechać do Babci. A trzecia pozałatwiać lekarzy. Zna ktoś może sposób na roztrojenie (nie mylić z rozstrojeniem, bo jeszcze tylko tego mi brakuje..)? Czy ja może jakaś pechowa jestem? Owszem w moim życiu większość rzeczy jest na opak i kładę to na karb dnia swoich narodzin (1 kwietnia jakby nie patrzył do czegoś zobowiązuje;)), no ale żeby aż tak??? Wszystko naraz? Tak się przecież nie robi. To nie fair. Kurczę będę wyrodną wnuczką.. Nie mogę iść do Babci, bo przyniosę od niej znów to cholerstwo. Dzieciaki osłabione. Duży wciąż jeszcze bierze antybiotyk. I co ja mam zrobić? Kurdekurdekurdekurde…

 Duży i Mały dostali mikrofon. Taką zabawkę. Jednakże działa całkiem nieźle. Ponadto ma wbudowaną opcję oklasków różnego rodzaju. Raz słychać owacje na stojąco, a raz ledwo ktoś klaśnie. Czasem są też gwizdy. Wczorajszy dzień Mały spędził na występach. Od rana wyśpiewywał nam „Ore, oreeeeeee…!!!”, po czym włączał oklaski i mówił: „dziękuję, dziękuję”. I od nowa „Oreeeeee, Oreeeeeeeeeee!!!”.  M natomiast uznał, że urządzenie przetwarza głos w sposób podobny do pielgrzymkowych mikrofonów i tub. I na dowód tego, że ma rację, porwał mikrofon i pięknie zaintonował „Któryś za nas..”, a mnie w oczach pielgrzymka do Częstochowy jak żywa stanęła. I jeszcze jeden problem mi odpadł. Sąsiadka w przypływie troski zapytała mnie dzisiaj czy mi nie przywieźć druków z US, bo właśnie jedzie. A ja chętnie skorzystałam, bo druki takowe o tej porze roku są mile widziane. Zwłaszcza jeden był mi niezbędny i strasznie się stresowałam jego brakiem. Ale teraz dzięki sąsiadce mam wszystko. Teraz tylko czekać na PIT od M. Byle szybko, bo kasa potrzebna.

Wstrętny, wstrętny Nowy Rok..

Moje wszystko

Czym się różni kobieta od mężczyzny na przykładzie prysznica

Pracowity dzień został uwieńczony siedzeniem na sofie, grzebaniem w necie i zajadaniem ciasta marchewkowego. Po wczorajszym dniu padłam wieczorem jak mucha. Dzieciaki też. Pierwsze oznaki życia natomiast, można było zaobserwować dzisiaj u nas około godziny 8.30. To znaczy baaaardzo późno. Pierwszy wstał Duży. A jak on wstaje, to zaraz cały dom jest na nogach, bo Duży nie lubi być sam 😉 Wstałam wreszcie, dałam lekarstwa, zrobiłam inhalacje i pognałam na zakupy. W czasie gdy ja wybierałam golonkę, mąkę razową, jajka i inne takie, kurier dostarczył mi do domku przesyłkę z kurtką od mojej mamci. Kurtka jest cudna. Długa do kolan. Szaro stalowa. Z kołnierzem golfowym i paskiem. Strasznie się ucieszyłam, bo w kurtkach ostatnio mam braki. Później wzięłam się za golonkę w piwie. Tzn przyrządzałam ją na specjalnie zamówienie mojego męża. A później jeszcze zachciało nam się tego ciasta, więc upiekłam. Chociaż pierwotnie miałam je w planach na jutro 🙂 Aaaaale całe szczęście, że zrobiłam dzisiaj, bo chociaż osłodziłam sobie wieczór. Jak już obsłużyłam dzieci (mamusiu jeść, pić, siku, kąpać się i milion jeszcze innych rzeczy), to wreszcie usiadłam i zjadłam kawał tego pysznego ciasta, i zaczęłam przegląd staroci na dysku. Efektem tego jest nie lada znalezisko 😀 Podzielę się z Wami a jakże:

 Jak brać prysznic jak kobieta:

1.Zdejmij ubranie i włóż je do pojemników na brudną odzież, segregując na jasne, ciemne i białe oraz do prania ręcznego i w pralce. 
2.Idź do łazienki ubrana w długi szlafrok. Jeśli po drodze spotkasz męża, zakryj dokładnie wszystkie widoczne części ciała i przyśpiesz kroku. 
3.Przyjrzyj się w lustrze swojej figurze i wypnij brzuch. Pojęcz, że znowu utyłaś. 
4.Wejdź pod prysznic i przygotuj sobie myjkę do twarzy, myjkę do rąk, myjkę do krocza, szczotkę do pleców, szeroką gąbkę oraz pumeks. 
5.Umyj dwukrotnie włosy szamponem grejfrutowo-ogórkowym z dodatkiem 83 witamin. 
6.Wetrzyj we włosy odżywkę grejfrutowo-ogórkową wzbogaconą naturalnym olejkiem krokusowym. Zostaw ją na 15 minut. 
7.Myj twarz peelingiem z pestek brzoskwini przez 10 minut, aż nabierze żywego, czerwonego koloru. 
8.Umyj resztę ciała żelem do kąpieli Ginger Nut i Jaffa Cake. 
9.Spłucz odżywkę z włosów, poświęcając na to co najmniej 15 minut, aby mieć pewność, że cała spłynęła. 
10.Ogol włosy pod pachami i na nogach. Rozważ ogolenie okolic bikini, ale dojdź do wniosku, że lepiej je wywoskować. 
11.Nakrzycz na męża, kiedy spuści wodę w toalecie i spadnie ciśnienie wody, tak, że z prysznica popłynie wrzątek. 
12.Wyłącz prysznic. Wytrzyj wszystko w kabinie do sucha. Bardziej zabrudzone miejsca przetrzyj specjalnym płynem do kafelków. 
13.Wyjdź spod prysznica. Wytrzyj się ręcznikiem wielkości małego   państwa afrykańskiego. 
14.Zawiń włosy w długi ręcznik, o wyjątkowej chłonności. Sprawdź całe ciało w poszukiwaniu choćby zapowiedzi pryszczy. 
15.Wróc do sypialni, ubrana w długi szlafrok i turban z ręcznika.
16.Jeśli dostrzeżesz gdzieś męża, zakryj starannie wszystkie odkryte części ciała i udaj się szybko do sypialni, gdzie spędzisz następne półtorej godziny na ubieraniu się..

Jak brać prysznic jak mężczyzna: 

1.Zdejmij ubranie, siedząc na łóżku i zostaw rzeczy rzucone niedbale jedne na drugie.
2.Przejdź nago do łazienki. Jeśli zobaczysz gdzieś żonę, potrząśnij w jej kierunku przyrodzeniem, wołając: Łuuu, łuuu!
3.Spójrz w lustro i wciągnij brzuch, żeby zobaczyć swoją męską sylwetkę. Popodziwiaj rozmiary swojego penisa w lustrze, podrap się po jądrach i powąchaj palce. 
4.Wejdź pod prysznic.
5.Nie rozglądaj się za myjką lub gąbką, bo ich nie potrzebujesz. 
6.Umyj twarz. Umyj się pod pachami. 
7.Pośmiej się z tego, jak głośno słychać bąki puszczane w kabinie prysznicowej. 
8.Umyj krocze i jego okolice. Umyj pośladki zostawiając włosy na mydle. 
9.Umyj włosy szamponem, ale nie nakładaj odżywki.
10.Za pomocą piany z szamponu zrób sobie irokeza na głowie i odsuń zasłonę, żeby obejrzeć się w lustrze.
11.Nasiusiaj do brodzika, celując w odpływ. 
12.Spłucz się i wyjdź spod prysznica. Nie zwracaj uwagi na kałuże na podłodze-trochę się narozlewało bo dół zasłony znajdował się poza brodzikiem, gdy brałeś prysznic.
13.Wytrzyj się częsciowo. 
14.Przyjrzyj się sobie w lustrze, napręż mięśnie i ponownie naciesz się rozmiarem swojego przyrodzenia.
15.Zostaw odsuniętą zasłonę prysznicową i mokry dywanik łazienkowy na podłodze.
16.Zostaw w łazience włączone światło i wentylator. 
17.Wróć do sypialni z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Jeśli będziesz mijał żonę, zdejmij ręcznik, chwyć w rękę przyrodzenie, powiedz: No co kotku i naprzyj na nią swoimi biodrami. 
18.Puść dwukrotnie bąka. Ubierz się we wczorajsze rzeczy.

😀 Uśmiałam się. Dzisiaj żegnam się z Wami wesoło i marchewkowo, dobrej nocy 🙂

Moje wszystko

Kołomyja

 Jesteśmy back. Duży w domu. Mały też. Cała trójka zmęczona po szpitalnych przejściach. Bo Mały też był z nami. Miał nie być, ale okazał się niezbędny. I nawet się z tego cieszę, bo zyskałam pewność, że z nim wszystko w porządku. Ale zacznę może od początku. Duży był bardzo zestresowany od wczoraj. Najpierw nie mógł zasnąć, a kiedy wreszcie mu się to udało, to męczyły go jakieś straszne koszmary. Mówił przez sen, płakał.. Wreszcie zbudził się w środku nocy z ogromnym bólem głowy. Ja zasnęłam jakoś po północy. Od godziny 4.00 już właściwie nie spałam. Zasypiałam na 3 minuty i budziłam się, znów zasypiałam, i znów się budziłam.. Wstałam wreszcie o 5 rano, bo już mnie męczyło to wszystko. Przygotowałam kanapki dla Dużego. I śniadanie dla Małego. Sama też coś zjadłam, naszykowałam ubrania na zmianę dla Dużego, w razie gdyby musiał zostać w szpitalu. No i takie tam jeszcze inne rzeczy. O 6.30 przyszła teściowa, zabrałam Dużego, ogromny plecak z prowiantem, ciuchami i wszelkimi potrzebnymi dokumentami i podążyłam do teścia, który ofiarował się nas odwieźć. Podróż minęła nam nie bez przygód. Najpierw zachorował Duży. Mimo podanej tabletki, choroba lokomocyjna dała mu znać o sobie. Zaczął padać śnieg i zrobiło się ślisko. Oczywiście udało nam się zabłądzić, bo ostatni raz jechaliśmy do szpitala w roku 2006. A mieści się on tuż poza granicami naszego miasta, więc nie jeździmy tamtędy wcale. Pytaliśmy o drogę wiele osób, w tym taksówkarza. Teść dojechał do skrzyżowania wg wskazówek taksówkarza i zapomniał co dalej. Za nami zniecierpliwiony kierowca zaczął trąbić. Teść wpadł na fantastyczny pomysł: wysiadł z samochodu (na środku skrzyżowania) i poszedł spytać trąbiącego o drogę.. Za nami sznur samochodów rośnie. Na szczęście trąbiący nie był ślamazarą a droga okazała się na tyle prosta, że teść szybko wrócił i pojechaliśmy dalej. Na miejscu byłam minutę przed czasem, chociaż naprawdę zaczynałam już wątpić czy kiedykolwiek się tam dostaniemy. I tu znów zaczęły się schody. Okazało się, że OstatniaDeskaRatunku (OSD) z rozmachu podała na skierowaniu imię Małego zamiast Dużego. Sprawa się skomplikowała, bo z komputera wycofać się nie da, a innego dziecka zamiast podanego też przyjąć się nie da. OSD zapytała zatem, czy istnieje możliwość przywiezienia Małego, to zbada się go też i po kłopocie.. No dla nich tak.. Dla mnie to poważny problem, bo kto niby ma Małego przywieźć? Zadzwoniłam do teścia. „Możesz przywieźć Małego? Bo tu wyniknęła taka sytuacja, że przydałoby się, żeby był obecny. Z korzyścią dla niego.” Teść pomyślał chwilę i pomimo tego, że było mu to naprawdę nie na rękę, wyraził zgodę. Zadzwoniłam zatem do teściowej, żeby poinstruować ją gdzie ma szukać ubrań Małego, w co ma w ogóle ubrać i jak to ma wyglądać. Ponieważ fotelik Małego pojechał w naszym samochodzie z M do pracy, do dyspozycji pozostał nam poddupnik Dużego. Teściowa znalazła co potrzeba, ale nagle przypomniało mi się, że przecież ona nie ma kluczy od naszego mieszkania, więc siłą rzeczy nie może przyjechać z teściem i z Małym… Zadzwoniłam więc do Babci, żeby pojechała do nas przypilnować domku. Muszę dodać, że w budynku szpitalnym nie ma zasięgu dla telefonii komórkowej (zadupie i tyle), więc w celu wykonania połączenia należy udać się na zewnątrz. Ku mojej rozpaczy Babcia okazała się być nieobecną.. Zadzwoniłam więc do teściowej z przykazem prób łapania Babci co 5 minut, co się w końcu udało. Babcia poszła na zakupy i byłaby wcześniej, ale oczywiście spotkała ją przygoda niecodzienna. Mianowicie wracając ze sklepu, zaczepiła ją zmarznięta i zrozpaczona kobieta, która tylko na chwilkę wyszła po chleb, zostawiając w mieszkaniu chorą na alzheimera  matkę. Matka zamknęła drzwi i za nic córki wpuścić nie chce. Więc może by tak moja Babcia spróbowała ją nakłonić do otwarcia drzwi, podając się za sąsiadkę..? Babcia poszła, została zbluźniona, drzwi pozostały zamknięte, Babcia przeprosiła, że pomóc nie umie i wróciła do domu, gdzie moja teściowa na nią telefonicznie czyhała. W tym czasie wyszłam znów na zewnątrz w celu ustalenia miejsca pobytu teścia, teściowej, Małego i Babci. Okazało się, że istnieje problem nie do przeskoczenia dla mojego teścia: brak fotelika Małego. Poddupnik Dużego się nie nadaje i koniec. Wymyśliłam więc opcję „taxi”. Teściowa poczekała na Babcię, wsiadła w taksówkę i przyjechała.. Duży był już po dosyć głośnym pobraniu krwi i po RTG. Mały cały w skowronkach rzucił się w moje objęcia. OSD zaprosiła nas na wywiad, po czym oddała w ręce pielęgniarek, które miały wykonać testy alergiczne na obu chłopcach, oraz pobranie krwi na Małym. Testy przebiegły sprawnie. Duży i Mały byli bardzo dzielni. A zwłaszcza Mały. Grzecznie dał rączkę pielęgniarce i udał się z nią na pobranie krwi. Ja czekałam na odczytanie wyników testu Dużego. Odstawiłam go do teściowej i pobiegłam podsłuchać jak się sprawuje w zabiegowym młodsza latorośl. Mały siedział na kolanach u jednej pielęgniarki. Na buzi miał podkówkę, ale nie płakał. Druga pielęgniarka natomiast próbowała usilnie pobrać krew. Jednakże żyłki Małego chyba się przestraszyły, bo nijak nic nie chciało lecieć… Wreszcie po dłuższej chwili cienka czerwona strużka powoli zaczęła napełniać ogromną probówę. Odetchnęłam z ulgą, ale okazało się, ze ucieszyłam się za szybko. Nagle wszystko się zatrzymało. Pielęgniarka zrezygnowana wyjęła igłę, zakleiła „dziurkę” (tak mówi Mały) i zabrała się za żyłki w drugiej rączce. Zdaje się, ze udało się w końcu pobrać potrzebną ilość krwi, bo Mały wyskoczył z gabinetu zabiegowego z dosyć nieszczególną minką, ale za to z dwoma rączkami zaklejonymi plastrami, co oczywiście było powodem do dumy. Pognał zatem jak najszybciej pochwalić się babci i odebrać pochwały za dzielne zachowanie. Później poszło już gładko. Krótka rozmowa z OSD na temat dalszego podawania leków, prośba o telefon w poniedziałek, jeśli chodzi o wszelkie pozostałe wyniki i wtedy będzie też decyzja co dalej. Póki co Duży jest w domu. Na tzw przepustce. I cieszę się z tego, bo naoglądałam się dzieci w oddziale. Malutkie takie, kilkumiesięczne z kaszlem o wiele gorszym niż kaszel Dużego. Korytarze pełne mam i tatusiów ściskających w objęciach stęsknione dzieciaczki kilkuletnie. Zachciało mi się płakać. Ale u Dużego nastąpiła niewielka poprawa, więc ryzykowne byłoby umieszczenie go z tymi wszystkimi dziećmi, których choroba dopiero rozkwita.. Tak więc czekamy do poniedziałku na dalsze decyzje. Tymczasem zmęczenie i stres dają mi się we znaki, powieki ciążą, ale wiem, że jeszcze nie zasnę, bo ciągle przeżywam ten dzień od nowa. Dziękuję Wam za wszystkie życzenia i za wszystkie trzymane kciuki. Przydały się, bo póki co w domu jesteśmy w komplecie. Pozdrawiam Was gorąco i życzę dobrej nocy.

Moje wszystko

Najgorsze…

 Duży jest chory. OstatniaDeskaRatunku była rano i zarządziła szpital. Duży płacze i płacze, bo nigdy sam nie zostawał nigdzie. Jest bardzo wrażliwym dzieckiem i panicznie boi się rozstań z nami. Psycholog zaleciła, żeby nie zmuszać go do niczego, że wszystko przyjdzie samo. Pani Doktor po wysłuchaniu tego wszystkiego wymyśliła co następuje: jutro z samiuśkiego ranka (najpóźniej 7.30) jesteśmy w oddziale, na czczo. Robimy badania krwi, prześwietlenia płuc, wymazy i co tam jeszcze trzeba i czekamy na wyniki, które przesądzą o dalszym leczeniu. W zależności co pokaże RTG, Duży albo wróci do domu, albo zostanie w szpitalu. Jestem przerażona. Nie dlatego, że on będzie musiał sam zostać w szpitalu na noc. Jestem przerażona tym wszystkim. Tymi badaniami. Boję się wyników. Nie wiem kto zajmie się Małym, bo ja przecież muszę być z Dużym w ciągu dnia. Nie wiem co będzie jeśli okaże się, że Duży jest chory bardziej niż Doktor wysłuchała. I w ogóle nie wiem już nic. Chce mi się ryczeć i jest mi źle. I boję się, że Mały też zachoruje od nowa. Do kogo napisać zażalenie? Kogo obwiniać? Baba stojąca za mną w aptece, kiedy zobaczyła jakie leki wykupiłam, zaczęła się wymądrzać, że trzeba odporność budować. Po co się odzywa jeśli nic o nas nie wie?? Myślałam, że jej przywale. Mądralina jedna. Dlaczego nie podstawiłam jej nogi i nie poradziłam później, żeby bardziej uważała? Eeeech… 

Moje wszystko

Radość z życia

 Jak to przyjemnie wrócić do ciepłego domku, do ciepłego męża i do kochanych dzieci, po męczącym wysiłku fizycznym w postaci hulanek na stepie. Jak to przyjemnie wrócić po paskudnej chorobie do swoich przyjemności. Do ludzi, z którymi już zdążyłam się zaprzyjaźnić. Jednak nie lubię chorować. Jednak wolę swoje życie zabiegane, zawalone różnymi ważnymi sprawami moich dzieci i mojego męża. Jednak wolę to wszystko niż leżenie plackiem z temperaturą, wydawanie kasy na lekarzy i lekarstwa, wymyślanie pomysłów na zbicie temperatury. Uwielbiam środy. Uwielbiam chodzić do mojego klubu. Uwielbiam dziewczyny stamtąd. Dzisiaj na przykład po skończonych zajęciach zostałyśmy sobie na herbatce i kawce, żeby poplotkować. Posypały się zwierzenia osobiste, ale nie pozbawione humoru. Powiem tak: moje biedne płuca, które jeszcze nie tak dawno nie były w stanie przyjąć maleńkiej dawki mroźnego powietrza bez sprawiania mi bólu, dzisiaj wreszcie zaczerpnęły powietrza 🙂  Od śmiechu bolało mnie wszystko. Brzuch, płuca, oczy.. Miałam wrażenie, że policzki zastygły w jakimś dziwnym skurczu. Nie byłam w stanie przestać się śmiać. Postałyśmy tak sobie około 40 minut. Ale to wszystko za mało. Za krótko. Jesteśmy umówione na dłuższy wypad, kiedy zrobi się już cieplej. A teraz siedzę sobie w ciepełku, popijam herbatkę z cytrynką i podjadam biszkopta, którego dzisiaj, tymi właśnie ręcamy wyprodukowałam. I jest mi dobrze. I wcale nie myślę o tym, ze jutro przyjedzie Pani Doktor OstatniaDeskaRatunku, bo Duży kaszle fatalnie. I wcale nie myślę o tym, że pewnie przedłuży mu antybiotyk. I nawet nie chcę myśleć o tym, że choroba być może wróciła.. I w ogóle nie chcę teraz myśleć. Dzięki dziewczyny za fantastyczny wieczór 🙂 Do zobaczenia w kolejną środę!

Moje wszystko

Kup pani Paellę..

 Temat reklam powraca do mnie jak bumerang. Kiedyś pisałam już o reklamie pulpetów, gdzie to nad słoikiem z rzeczonymi, stało kilku piłkarzy bez głów i trzymało się za hmm genitalia. Podpis wiele mówiący: w jednym słoiku. Obrzydlistwo. W życiu tego nie tknę. Albo taka reklama co na chwilkę zniknęła z ekranów naszych tv a teraz znów powróciła budząc moje obrzydzenie. Babka z kilometrowymi nogami leży na plaży, a facet całuje ją po tych nogach żując gumę odświeżającą. I nawet tak sobie wzdycha, że niby świeżość pokazuje. Dla mnie to on po prostu po tych girach śmierdzących oddech łapie i guma jest mu faktycznie potrzebna, bo bez niej to kiepściuchno by było.. Gumy leżą na półkach. Nie zauważyłam, żeby ktoś je kupował. Ja na pewno nie wezmę, bo czuć je kulosami baby z plaży na odległość.. Albo taka reklama, co to półgoła babka wdzięczy się do faceta a on krzyczy: „Paella!” i wybiega z domu! Pokażcie mi faceta, który zamiast seksu woli paellę zjeść! I biegnie do tej kuchni, bo mu się przypala! Tia, na pewno. Owszem jedzenie może być, ale po seksie. Nigdy zamiast. No chyba, że nie ma partnerki. Ale ten z reklamy ma. I to nawet więcej niż jedną. Jakiś nienormalny chyba. Wreszcie ta ostatnia łapie go na dłużej, ale tylko dlatego, że ową paellę właśnie pichci. Znaczy się uważajcie drogie panie, bo jak paelli w domu nie będzie, to nici z przyjemności. I tak to znów wymyślacze reklam pokazali nam nasze miejsce. Jak nie w łazience przy praniu to w kuchni przy garach. Bo inaczej celibat. A tak w ogóle to dlaczego akurat paella? Dlaczego nie bułka z kiełbasą? Dlaczego nie zupa pomidorowa? Ano chyba dlatego, że naprodukowali tej paelli w cholerę i nikt tego nie kupuje. Wcale się nie dziwię, bo w opakowaniu mało, a drogie. Wolę gar jarzynowej, co mi na dwa dni wystarczy. Nie będzie mnie tu jeden wymyślacz reklam z drugim straszył, że chłop precz pójdzie. Na szczęście mój zjada wszystko i paella mu do szczęścia nie potrzebna. Zje nawet barszcz biały z papierka i powie: kochanie jakież to wyśmienite! 🙂 A mojej koleżanki małżonek to nie dosyć, że z papierka nie, tłuszczyk z szynki trzeba mu odkrawać, skwarki muszą mieć idealny kształt, to jeszcze sam sobie nie weźmie, bo mu chyba ręce do tyłka przyrosły. Ona lata nad nim jak nad śmierdzącym jajkiem, a on z miną władcy siedzi przy stole i wybrzydza. To ja już bym chyba wolała, żeby sobie poszedł do tej z paellą. Ona też pracuje (koleżanka, nie ta z paellą). Wychowuje dziecko. Pierze, sprząta, gotuje, nosi siaty z zakupami, czyli robi wszystko to, co każda kobieta. A on co? Idzie do pracy, wraca z pracy i już. Koniec. I jeszcze trzeba go obsłużyć bo zmęczony.. Jak raz jej powiedziałam żeby została u mnie dłużej trochę, to spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i powiedziała: „no coś ty, przecież mąż zaraz wróci z pracy, muszę mu obiad podać..”. Zapytałam czy nie może sobie wziąć sam. I zostałam w jej oczach dziwadłem. Jak to? Sam? Mąż? W kuchni??? Może ja faktycznie jestem dziwna? Mój mąż nie ma zahamowań i do kuchni wchodzi bez bólu. Umie sobie sam odgrzać obiad. Umie też sobie sam ugotować jeśli potrzeba. Zastanawiam się, co on je, kiedy ona wyjeżdża.. No bo chyba nie leci codziennie znad morza na przykład do centrum Polski, żeby mężowi obiad podać..

 Moja mama zapytała mnie dlaczego w Polsce kabaret Mumio jest tak popularny. Ona nie widzi nic śmiesznego w ich skeczach. Przyznam się szczerze że nie obejrzałam żadnego skeczu. A kabaret ten znam jedynie z reklam telewizyjnych jednej z sieci komórkowych. Gdyby nie to, to pewnie nigdy nie dowiedziałabym się, ze taki kabaret istnieje.

 No dobra, wyplułam z siebie ten jad. Teraz  mogę spokojnie udać do garów. Dzisiaj na obiad udźce w marynacie i pieczone ziemniaki. W nosie mam paellę 😛

Moje wszystko

Doktor Flaj

 Zapytała mnie dzisiaj znajoma, dlaczego na bloksie podszywam się pod lekarza.. Otóż wcale się nie podszywam! Faktycznie to dr może być mylące, więc śpieszę z wyjaśnieniem. Nie jestem lekarzem, ani nie mam tytułu doktora w żadnej innej dziedzinie. Jednego pięknego letniego dnia siedziałam na dworzu i wymyślałam nazwę użytkownika przed założeniem bloga w tym innym serwisie. Męczyłam się z tym strasznie jak zwykle. I nagle tuż nad moją głową przeleciała piękna ważka.. Zauroczona stworzeniem pomyślałam, że dlaczego nie ważka. Albo najlepiej "dragonfly". Z angielska. Wydało mi się to tak piękne, że natychmiast założyłam konto z obawy, że ktoś mi podkradnie nazwę. Później kiedy okazało się, że serwis nie do końca spełnia moje oczekiwania i znalazłam się na bloksie, okazało się, że dragonfly już do kogoś należy. Byłam zmuszona wymyśleć coś innego. Nie cierpię numerków w nickach, loginach itd, więc wymyśliłam sobie skrót – dr.fly. To znaczy się dragonfly, gdzie kropka zastępuje człon "agon". Wcale do głowy mi nie przyszło, że ktoś może mnie wziąć za lekarza. Jeśli tak się stało, to przepraszam za wprowadzenie w błąd, ale było to niezamierzone. Po prostu lubię swoją ważkę 🙂

 Dzisiaj nie robiłam nic. Rano wpadła babcia, więc mogłam wyjść na małe zakupy i pozałatwiać kilka spraw. W wyniku poważnego nadszarpnięcia budżetu domowego przez cholernego wirusa darowałam sobie wędrówkę po wszystkich sklepach warzywnych. Poszłam tylko tam gdzie musiałam. Przytomnie zakupiłam ziemniaki, bo jutro będę sama z dziećmi i nie mogłabym wyjść. A ryżu mamy już trochę dosyć. Tzn JA mam dosyć, bo kiedy dzisiaj chciałam ugotować makaron, to obaj chłopcy głośno zaprotestowali i zażądali ryżu. Musiałam ugotować i dać. Sama nie tknęłam.. Za to na jutro zaplanowałam całkiem przyjemny obiad. I właśnie dlatego moje ręce pachną dzisiaj marynatą z ziół i różnych innych dodatków 🙂 Chłopcy czują się lepiej. Brykają jak młode źrebięta puszczone po raz pierwszy na zieloną łąkę 😉 Zwłaszcza Mały. Tryska energią i głowę ma pełną pomysłów nie zawsze nadających się do zrealizowania. No ale cóż. Takie prawo czterolatka. I taka moja rola, żeby psuć najfajniejszą zabawę. Be matka, be! Duży też zdrowieje. Poznaję po żądzy posiadania.. Kiedy jest chory, nie interesuje go nic. Kiedy jest zdrowy, chce mieć wszystko. I tak na przykład wczoraj chciał książki naukowe, bo będzie robił trzy fakultety naraz i już teraz musi się przygotować. Dzisiaj natomiast zapałał pragnieniem posiadania następnych gier z przygodami Reksia. Od rana już słucham o czarodziejach i jakimś Nemo, co są mu niezbędni do dalszej egzystencji. Ciekawe kto w takim razie się nauczy 5 przykazań kościelnych, których z powodu choroby nie zdążył zaliczyć w styczniu i jeszcze drugiej modlitwy do zaliczenia w lutym. Zaczyna do mnie docierać, że komunia zbliża się wielkimi krokami. Muszę kupić garnitur. I buty. Muszę wymyśleć w co ubierze sę pozostałe 3/4 naszej rodziny. I wogóle staram się nie myśleć, że w lutym czeka mnie niezbyt przyjemna wizyta u lekarza. I jeszcze muszę pamiętać, żeby dać M książeczkę do podstemplowania, bo tak sobie zażyczyli. Stempel z lutego. I muszę pamiętać o jeszcze kilku innych sprawach, o których wcale mi się nie chce pamiętać. Czy nie może tego zapamiętać ktoś inny? Dlaczego nie mogę mieć takiej pamięci podręcznej? Drugiej głowy na przykład. Takiej na usb.