Moje wszystko

Nie mogę…

Przepraszam, ale wydarzenia ostatnich miesięcy niespecjalnie nastrajają mnie blogowo… Wróciłam na chwilkę wezwana przez cudowne znajome blogerki, ale nie obiecuję, że zostanę na dłużej. Przede wszystkim moja najdroższa Babcia, umęczona ciężką chorobą odeszła dwa tygodnie temu na zawsze. Czuję się okropnie. Babcia przez ostatnie dwa miesiące miała duże problemy pamięciowe, nie miałam wyjścia, nie dałam rady się nią opiekować sama… Babcia zamieszkała w placówce, której zadaniem jest opieka nad ludźmi dotkniętymi chorobami różnego rodzaju. Jeździłam prawie codziennie. Z chłopcami. Nie miałam wyjścia. A teraz już Jej nie ma. Przede mną cała masa spraw. Muszę uporządkować wszystko. Załatwić formalności. Sam pogrzeb i związane z nim przygotowania, jeżdżenie sprawiło mi masę bólu, tym bardziej, że na każdym kroku musiałam udowadniać swoje pokrewieństwo z Babcią… Potem wyjechałam. Na tydzień. Z małżonkiem. Dzieci były z teściami na wczasach, więc postanowiliśmy się wyrwać, odpocząć. Odwiedziliśmy Wiedźmę w jej pięknym Świnoujściu. Zakochałam się w tym mieście i jeśli tylko będzie ku temu okazja, natychmiast tam wrócę. Niejednokrotnie mam nadzieję. Fajnie tak spotkać się wreszcie oko w oko po tylu latach znajomości internetowej 🙂 Spotkanie to zapamiętam do końca życia. Przywieźliśmy stamtąd pamiątki w postaci nowych obrazków na ciele 🙂 Nawet Wiedźmę na manowce sprowadziliśmy i teraz biedna musi używać łyżki, żeby łopatkę kremem przyśpieszającym gojenie posmarować. My mamy siebie, więc nam nakładanie kremu problemów większych nie sprawia… Polecam fajny salon tatuażu w Świnoujściu w Pasażu Żeglarska. Lokal nosi nazwę Swamp Ink Tattoo, tatuator jest świetny i bardzo utalentowany, a właściciel bardzo sympatyczny. Dziękuję Wiedźmo za najlepszy urlop na świecie, naprawdę był mi teraz potrzebny. Do końca życia zapamiętam, że w trudnych chwilach ukojenie znalazłam w Twoim domu.

Do blogowania wrócę. Kiedyś. Pozdrawiam!


P.S. Duży dzisiaj zapytał o Ponurego Żniwiarza. A później stwierdził, że gdyby śmierć była kobietą nazywałaby się Ponura Kosiarka…

😀

Moje wszystko

Czibo na przystanku

Jestem. Żyję. Śpieszę się.

Czuję się dziwnie. W dzieciństwie to moja Babcia się mną opiekowała, teraz nagle role się odwróciły i to ja opiekuję się nią. Przedtem dzieckiem byłam ja, teraz dzieckiem jest ona. Przygnębiające. Tłumaczę różne rzeczy po kilka razy. Staram się prostować to, co w pamięci Babci stanowi zagadkę, albo się plącze. Czasem jestem posądzana o to, że specjalnie mieszam jej w głowie. Dzisiaj byłam u Babci jak zwykle od rana. Ugotowałam zupę, bo przecież cały weekend nie będę mogła jej odwiedzić, bo mam ten cholerny kurs PCK… Dzwoniłam później trzy razy i trzy razy tłumaczyłam, że zupa jest dla niej, żeby nie czekała, bo już nie przyjdę. I trzy razy słyszałam, że „zjadłam już cały talerz zupy, taka przepyszna!” a za chwilkę „idę zjeść, bo jeszcze nie jadłam, bo cały czas czekam na Ciebie…”. U Babci sąsiedzi się remontują. Hałasują gdzie się da. U mnie sę nie remontują, ale też hałasują. Właśnie słyszę wiertarkę. Pogoda jest do bani. Zimno i pada. Mimo to wyrzuciłam na balkon pranie. Zamiast tego powinnam być dzisiaj w Poznaniu. Większość moich znajomych z klubu pojechała na EU4YĘ. Ja też chciałam. Ale nie mogłam. Babcia, dzieci, PCK i wieczny brak kasy… A tu jakiś emeryt wygrywa sobie 10 milionów i nawet ich nie odbiera… Dlaczego ja nie mogę wygrać? Do Poznania pojadę za rok. Za tydzień mam egzamin. Nic nie umiem. Wiem gdzie mam mięsień czworoboczny. I różne inne. Ale czy to wystarczy? Wymyśliłam choreografie na step i na podłogę, ale czy będę umiała je płynnie wprowadzić? Jakoś ciężko mi jest skupić się na tym, kiedy w głowie kłębią się tysiące innych myśli. M i kilka innych osób namówiły mnie, żebym poszła i spróbowała zdać ten egzamin. No cóż, spróbować mogę, ale wynik pozytywny jest raczej wątpliwy. Mały dostał się do zerówki tam gdzie chciałam. Tylko i wyłącznie dzięki walce jaką stoczyła Pani Dyrektor. Gdyby nie ona, jedno moje dziecko chodziłoby do szkoły po lewej stronie osiedla, a drugie po prawej. Nie wiem kto „przydziela” dziecko do danej placówki, ale musi być to osoba całkiem pozbawiona myślenia logicznego. W tym państwie nie robi się nic, żeby ludziom ulżyć. Raczej, żeby pognębić i umęczyć. Kilka dni temu upiekłam karpatkę. Sama. OD A do Z. Czyli wcale nie z pudełka, tylko z przepisu. Ale nie mam czasu, żeby się nią pochwalić na drugim blogu. Może później mi się uda. A dzisiaj kiedy stałam na przystanku, nagle na przystanek podjechał autentyczny londyński autobus, cały oklejony reklamą popularnej kawy. Wyskoczyło z niego kilku chłopaków, w białych koszulach i eleganckich spodniach, w pasie przewiązanych fartuszkami kelnerskimi, z tacami w dłoniach i zaskoczonych podróżnych częstowali kawą i czekoladkami 🙂 To było naprawdę bardzo miłe, tym bardziej, że zmarzłam już nieco. Nie pijam kawy, ale tym razem nie odmówiłam. Przyjemne ciepło rozeszło się po żołądku i po całym ciele. Szkoda, że nie załapałam się na czekoladkę. Nie dopchałam się po prostu… 😉 Starsi ludzie wbrew pozorom potrafią się szybko poruszać.

Zaczęły się matury. Widuję na przystankach młodych ludzi ubranych na galowo, kurczowo zaciskających palce, albo całkiem wyluzowanych i przypominam sobie jak to było ze mną. Zdawałam maturę w kuratorium, bo bałam się swoich nauczycieli w szkole i wolałam, żeby oceniali mnie Ci całkiem obcy. I wcale nie żałuję.

A za oknem kuchennym mojej Babci zakwitły białe bzy…

Moje wszystko

.

Ostatnie tygodnie przegalopowały sobie z szybkością światła. Choróbsko ciągnęło się aż do świąt. Mały wrócił już do przedszkola. Duży chodzi do szkoły, ale jak zwykle po długiej nieobecności niespecjalnie dobrze mu idzie. Zdecydowałam, że czas zrobić mu badanie na dysleksję. Wczoraj byliśmy na pierwszym spotkaniu z psychologiem. Nie trwało długo, najpierw wywiad a później jakieś krótkie testy. Następne spotkanie w poniedziałek. Potrwa jakieś dwie godziny. Po wczorajszych testach dowiedziałam się tylko tyle, że Duży ma problem z pamięcią krótkotrwałą. Tzn, że szybciutko zapomina to co zobaczył, przeczytał, usłyszał przed momentem. Nie wiem nic poza tym. Nie wiem jak to się ćwiczy. Psycholog powiedziała, że będziemy działać jak już będą wszystkie wyniki. Poza tym nic się nie zmieniło. Opiekuję się Babcią, wożę Małego do przedszkola, załatwiam różne sprawy. W maju powinnam podejść do egzaminu instruktorskiego. Nie wiem czy mi się uda. Nie mam czasu się uczyć. Nie chce mi się nawet. A jak już mi się chce, to zanim zapamiętam cokolwiek, mija dużo czasu. Być może dlatego, że myślę wciąż o czymś innym. Na dodatek Babcia M ciężko zachorowała. Moja teściowa po pracy jeździ do szpitala i spędza tam każdą wolną chwilę. Ja nie jeżdżę. Chociaż czuję, że powinnam chociaż w odwiedziny. Nie pojadę. Nie mogę. Już i tak mam głowę zawaloną chorobą mojej Babci. I nieszczęściem jakie spotkało nasz kraj i rodziny ofiar wypadku pod Smoleńskiem. Tragedia nie dotknęła mnie bezpośrednio, ale kogoś z mojej rodziny tak. Tak bardzo mi przykro, że to się stało….

Moje wszystko

Różne takie…

Od dwóch tygodni walczymy z zapaleniem oskrzeli. Wiem, że nie mogę narzekać, bo w tym roku chłopcy byli zdrowi całą zimę. To aż niewiarygodne. Myślę, że to za sprawą malutkich żółtych tabletek, czyli Echinacei, którą podawałam chłopcom jako uodparniacz. Teraz zrobiłam przerwę, za radą pani magister z zaprzyjaźnionej apteki no i proszę. Choróbsko się przyplątało i nie chce sobie iść :/ Zamierzam wrócić do Echinacei w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję, że szybko postawi chłopaków na nogi. Strasznie się cieszę, że stopniał już śnieg. W piątek było tak cudownie ciepło… Za to weekend i dzień dzisiejszy nie należały do najprzyjemniejszych, ale cóż, w końcu wciąż mamy marzec. A za klika dni będę obchodzić urodziny. A dopiero przecież obchodziłam. Za szybko leci ten czas.

Wczoraj po raz kolejny zostałam ciotką. Zdaje się, że to trzeci raz odkąd zaczęłam prowadzić blog. W każdym razie maluch urodził się o 6.30 w niedzielę. Duży tez urodził się w niedzielę. Nie powiem przyjaciółce, że niedzielne dzieci lubią się lenić. Dzisiaj miałam okazje usłyszeć jakie silne płucka ma mały Wojtuś. Przez telefon. Jak na jednodniowego noworodka, to całkiem nieźle sobie radzi z sygnalizowaniem swoich potrzeb 😀 A mówiłam Świeżo Upieczonej Mamie, żeby spała dopóki może… to biedula już dzisiaj w nocy odczuła co to znaczy być matką 😀 Mały dał jej popalić. A jej do głowy nie przyszło, że dziecko domaga się zmiany pieluchy 😀 Hehehe, człowiek uczy się przez cale życie. W środę mają wyjść do domu. Trzymam za to kciuki.

Zaniedbałam blog kulinarny. Nie mam czasu. Nie chce mi się. Nie mogę się skupić. Myślę tylko o Babci. Jest źle. Dokucza jej fatalny kaszel. Pamięć płata figle. Nie może jeść. I ciągle mówi o śmierci… Wszyscy mówią, że powinnam się przygotowywać na najgorsze. Jak? Jak można się przygotować na to, że zabraknie tej najdroższej i kochanej osoby? Czasem mam wrażenie, że jestem gotowa, ale za chwilkę wiem, że nie jestem. Nigdy nie będę. Gdybym mogła cofnęłabym czas, żeby ją odmłodzić. Żeby w porę zrobić rentgen. Żeby było inaczej. Nie mogę cofnąć czasu. Nie mogę zrobić nic. Teraz kiedy dzieci są chore, nie mogę nawet jeździć do Niej tak często jakbym chciała. Dzwonię po kilka razy dziennie. Nie mogę zasnąć, bo myślę o Niej. Rano budzę się z myślą o tym co będzie. A Ona… wciąż mówi, że to już niedługo. Że czuje, że niebawem odejdzie. Czy to się wie? Mój dziadek miesiąc przed śmiercią widywał mojego ojca. Moja Babcia widuje dziadka. Mówi, że przychodzi późnym wieczorem, kładzie się w pokoju obok i wychodzi o świcie. Myślę, że to wynik niedosypiania. Babcia musi widywać dziadka w półśnie i nie potrafi odróżnić jawy od snu. Ale mój dziadek widywał ojca w dzień. Nie miał kłopotów z pamięcią. Po prostu go widywał… W zeszłym tygodniu wzywałam pogotowie, bo Babcia źle się czuła. Kiedy czekałyśmy na karetkę, Babcia powiedziała, że to już koniec. Mam wszystkich pożegnać i powiedzieć, że wszystkich nas kocha. Rozpłakałam się i krzyczałam, żeby nie mówiła głupstw. Przez chwilę myślałam, że to naprawdę koniec. Najbardziej boję się tego, że któregoś dnia nie odbierze telefonu i będę musiała jechać. Otworzę drzwi i zobaczę ją… Mama mówi, że powinnam zacząć chodzić do psychologa. Może i ma rację. Może powinnam. Tylko kiedy?

M bierze tydzień urlopu. Zaraz po świętach. Musimy koniecznie wyjaśnić sprawę rozliczenia za mieszkanie. Dowalili nam 960 zł dopłaty za CO. I podwyżkę na czynszu, prawie 200 zł. Ktoś tu kogoś robi w balona. Czy za ogrzewanie dwupokojowego mieszkania można zapłacić prawie 3000 zł? Znajomi mieszkający w domu jednorodzinnym tyle płacą…

Moje wszystko

Spring Fitness ból

W ubiegłą niedzielę uczestniczyłam w wiosennej konwencji 🙂 W życiu nie przyznam się, że troszeczkę się cieszę, że nie zrezygnowałam ze szkolenia. Gdzieś tam na dnie duszy piszczy mi, że jednak to kocham i to jest to, co mi odpowiada. Jednak przerażenie i stres skutecznie ten pisk zagłuszają. Nie wierzę, że mi się uda. Za stara jestem, o! Spotkałam szkoleniowca od wzmacniania. Tego, którego szkolenie wprowadziło mnie w stan powątpiewania i wycia. Byłam bliska rezygnacji z całej imprezy. I nagle dowiaduję się, że „przecież tak dobrze ci poszło u mnie…” Gdybym wiedziała to wtedy, to może zaoszczędziłabym sobie tych nerwów i ryku… Zaczynam podejrzewać, że oczekuję od ludzi nie tylko akceptacji, ale i pochwał. Dopóki ktoś nie powie mi wprost: jesteś dobra w tym co robisz, jestem w stanie zawieszenia i zwątpienia. Nie wierzę w siebie i w swoje umiejętności. Męczące to jest. Nie tylko dla mnie, ale i dla całego otoczenia, które musi wysłuchiwać moich jęków i narzekań. Czas zacząć kontrolować emocje. I zdecydowanie mniej mówić o swoich wątpliwościach.  W domu natomiast ćwiczyć pewność siebie i słuchać rad doświadczonych instruktorów. Uczestnictwo w Konwencji dalo mi dużo radości. Coraz częściej myślę o szkoleniu się w kierunku zdrowie – pilates. Te ćwiczenia chyba najbardziej mi odpowiadają. Póki co w maju czeka mnie egzamin, a przede mną mnóstwo nauki. W dalszej (ze względów finansowych) przyszłości chciałabym zaliczyć szkolenia z pilatesu. Do tego będę musiała pójśc na zaawansowanie szkolenie z anatomii… takie sobie plany 🙂 Na razie cierpię. Chyba za bardzo poszalałam ze sztangą, bo bicepsy nie pozwalają mi dzisiaj wyprostować rąk. Wyglądam jakbym za dużo „przypakowała” na siłowni i zapomniała się rozciągnąć 😉 A w sobotę i w niedzielę mam drugie spotkanie szkoleniowe. Mam nadzieję, że do tego czasu będę w stanie znowu machać ciężarkami. Zdaje się, że regionalna telewizja będzie nadawać jakiś reportaż z Konwencji. Widziałyśmy przed budynkiem samochód TVP. A wczoraj pewna Anna powiedziała, że widziała zwiastuny na trójce. podobno wlazłam kamerzyście w kadr i można mnie obejrzeć 😀 Niestety nie wiemy kiedy program będzie nadawany. Z chęcią obejrzałabym siebie w lokalnej telewizji, w tle gwiazd fitnessu 😀

Ostatnio Mały zamknął się w łazience. Proszę tyle razy, żeby tego nie robił, bo klamka trochę ciężko chodzi i zacina się. Tak było i tym razem, musiałam pośpieszyć na pomoc.

– Dlaczego zamknąłeś drzwi? Przecież prosiłam, żebyś tego nie robił…

– Żeby mieć troszkę prywatności mamusiu…

😀

 

A wczoraj kiedy wychodziłam z Dużym ze szkoły po skończonych lekcjach, usłyszałam jak jego kolega z klasy mowi do drugiego kolegi (z tej samej klasy):

– To co, idziemy na pety? Zajaramy!

No i teraz mam problem. Naskarżyć matkom? A może się przesłyszałam?

Moje wszystko

Rozważania

Urlop M mija w zabójczym tempie. Ferie też już za nami. Przez chwilę myślałam, że i zima odpuściła ale niestety. Dzisiaj wstałam i ujrzałam za oknem białość… A później ta białość spadła mi na głowę, kiedy szłam do Babci. I jeszcze dostałam nią po twarzy, bo wieje jakoś tak mocno. W zeszłym tygodniu przywiozłam Babcię do domu. Od początku tego tygodnia zmagam się z wizytami u różnych lekarzy specjalistów, do których nie miałam czasu iść przez kilka ostatnich lat. Efekt jest taki, że po dwóch wizytach jestem lżejsza o ponad 100 zł wydanych na leki. Strach pomyśleć, że przede mną kolejne wizyty. Na szczęście pomalutku wychodzę na prostą jeśli chodzi o załatwianie różnych spraw, ale najważniejsza rzecz wciąż przede mną. Jutro czeka mnie spotkanie z lekarką Babci. Mam nadzieję, że nie zapomnę o niczym.

Zaczęłam dietę proteinową. W poniedziałek byłam pełna entuzjazmu. Wczoraj zaczęłam wątpić. Dzisiaj dopadła mnie chęć na czekoladę 😛 Póki co nie złamałam się. Czekam. Czuję się osłabiona, dziwnie mi się chodzi, ale to podobno normalne i ma szybko minąć. Jeśli nie minie do piątku to rzucam w diabły to cholerstwo, bo w niedzielę czeka mnie cały dzień ćwiczeń. Przecież to już 7 marca i Wiosenna Konwencja Fitness 🙂 A tydzień później szkolenie. Nie mogę się wyłożyć z osłabienia na środku sali. Przecież mam być instruktorem… Tak sobie rozważam różne rzeczy i zastanawiam się czy to zmęczenie może być spowodowane stresem, którego ostatnio mam pod dostatkiem. A może tym ciągłym bieganiem w tę i z powrotem? Zastanawiam się jak to będzie jak M wróci już do pracy, bo teraz mogę przynajmniej wszystko rozłożyć w czasie i na spokojnie wszędzie zdążyć. Do urzędu, do Babci, do sklepu, do lekarza… A jak to będzie kiedy Mały wróci do przedszkola? Przecież jego muszę odbierać o 12. A jeszcze muszę tam dojechać… Przeważnie w drodze z przedszkola zabieramy Dużego ze szkoły. Później lekcje i obiad. Zanim wybierzemy się do Babci, to będzie już ździebko późnawo… Ale i dni będą coraz dłuższe, więc może jakoś damy radę 🙂 A już bardzo niedługo przestawimy zegarki na czas letni! Dla mnie to zawsze ważny dzień, bo wtedy czuję, że już wiosna przyszła 🙂 A niedługo potem zawiśnie na balkonie pierwsze pranie 😛 Jeszcze chwilka i znowu będzie lato i ciepło i słonecznie… Łatuś zacznie spędzać sporo czasu na balkonie. Szkoda, że on nie lubi polować. Mru uwielbiał polowania na chrabąszcze. Przynosił mi później takiego delikwenta i składał u moich stóp. Dbał chłopak o mnie, żebym czasem głodna nie chodziła 😀 Tak bardzo mi go brakuje… Ostatnio wciąż go wspominam. Przypominamy sobie z M różne chwile i zachowania Mru. I chociaż kochamy Łatka, to jednak on nigdy nie będzie taki jak MÓJ Mru… Myślę, że kiedy już zacznie się lato i różne robaczki wyjdą z zakamarków, Mru będzie miał pełne łapki roboty. Tam gdzie jest na pewno nie zabraknie mu „materiału” do polowań 😉

Wczoraj złożyłam PIT w skarbówce. Wiedziałam, że będzie długa kolejka, więc w drodze od przystanku do urzędu wyprzedziłam całe stado ludzi, którzy wysiedli ze mną z tramwaju. Na koniec ostatkiem sił wyminęłam starszego pana, który później stanął za mną w kolejce. Na moje nieszczęście… Pan miał zdaje się zaawansowane ADHD, albo bardzo chciał mnie zdenerwować. Być może była to zemsta za to, że zostawiłam go w tyle. Przez cały czas gwizdał, podśpiewywał, posmarkiwał i ukradkiem spluwał do kąta… Walczyłam ze sobą, żeby nie odwrócić się i nie podać mu chustki higienicznej. Bardzo chciałam powiedzieć mu kilka słów, ale powstrzymałam się, bo ćwiczę silną wolę ( w związku z dietą oczywiście :D). Co za szczęście, że w Urzędzie zrobili gruntowne przemeblowanie i baaardzo dużo stanowisk do przyjmowania zeznań podatkowych. Dzięki temu cała sytuacja nie trwała na tyle długo, żebym straciła jednak cierpliwość i powiedziała panu ADHD, żeby spadał do laryngologa z tymi gilami i przestał też narażać moje wrażliwe uszy na swoje wycie i pogwizdywanie. Zdaje się, że stałam się ostatnio nie do wytrzymania. Kładę to na karb zbyt długiej zimy, która nie chce sobie iść. Dobrze, że mam koleżanki, które potrafią mną potrząsnąć i sprowadzić do pionu przynajmniej na kilka chwil. Kilka razy byłam bliska rezygnacji ze szkolenia. Kilka razy pomyślałam, że jednak nie nadaję się do tego. Kilka razy usłyszałam, że mam wziąć się w garść i nie gadać głupot. Zaczęłam przerabiać anatomię. Nie jest to łatwe, ale na szczęście ciekawe, więc większych problemów z przyswojeniem tego co do tej pory przerobiłam nie było. Co będzie dalej? Zobaczymy 🙂 Spróbowałam ułożyć kilka prostych choreografii. Chyba nie poszło mi najgorzej 🙂 Moim największym problemem jest nieśmiałość. Zawsze bałam się występów publicznych i teraz kiedy się pomylę, lub zapomnę co miało być dalej, wpadam w panikę i mam ochotę usiąść i płakać. Marta twierdzi, że powinnam stanąć przed grupą, skichać się ze strachu kilka razy i później byłoby już ok. Nie wiem czy to byłby dobry pomysł, ale pewnie będę miała okazję spróbować. W gronie znajomych na początek, chociaż nie wiem czy nie wolałabym obcych osób, bo znajomi może będą bardziej wymagający. I oczywiście będą mnie oceniać… Nie lubię jak ludzie mnie oceniają. Boję się negatywnych opinii. Chyba mam niską samoocenę. I całą wiązkę kompleksów na dokładkę. Wymyśliłam, że na początek dobrym rozwiązaniem będzie indywidualna praca z klientem. Pozbędę się stresu bo przy jednej osobie pozbieram się do kupy szybciej niż przy całej grupie. Reszta powinna przyjść z czasem.

Moje wszystko

Niedobrze…

Dopadło mnie paskudne przeziębienie. Smarkam i kicham, cierpię na bóle różnego rodzaju. A w sobotę zaczynam nareszcie kolejne szkolenie. Tylko ciekawe jak będę się ruszać. Już we wtorek czułam fatalny ból w stawach. Nic dziwnego, skoro wystałam się w śniegu na przystanku autobusowym. W lesie. Zawiozłam moją Babcię do szpitala… Za nic nie chciała. W poniedziałek Babcia poszła do lekarza. Po badaniu lekarka zdecydowała, że Babcia powinna iść do szpitala. Niestety moja Babcia nie należy do osób użalających się nad sobą i zdecydowanie odmówiła, twierdząc, że ona da sobie radę sama i w domu się na pewno wyleczy szybciej. Oczywiście natychmiast zaczęłam jej to z głowy wybijać, jednak bez skutku. Na drugi usłyszałam: „wiesz, żałuję że nie wzięłam tego skierowania…”. Już wiedziałam co zrobię. I tak miałam do Babci jechać, więc po drodze poszłam do lekarki i poprosiłam o to nieszczęsne skierowanie. Usłyszałam, że sprawa jest poważna, ponieważ Babcia długo kaszle i musi być w szpitalu specjalistycznym diagnostyka przeprowadzona. Odtransportowałam dzieci do teściowej i wróciłam do Babci. Jeszcze przez telefon poprosiłam ją, żeby się przygotowała, bo pojedziemy na pulmonologię do Łagiewnik. Babcia wpadła w panikę i powiedziała, że narobiłam jej tylko kłopotu, bo ona zaplanowała sobie całkiem coś innego. A szpital w Łagiewnikach kojarzy jej się tylko i wyłącznie z gruźlicą i ona sobie nie życzy… Owszem leżą tam też chorzy na gruźlicę, w końcu to szpital chorób płuc i alergii oddechowej, ale nie wszyscy chorzy przebywają tam z powodu akurat tej choroby… W końcu Babcia jakoś się pogodziła z myślą o Łagiewnikach. Dostałam od lekarki zlecenie przewozu chorej do szpitala. Zadzwoniłam do pogotowia, miły pan powiedział, że owszem mogą zawieźć, ale dopiero o 16. Była 12. Cztery godziny siedzenia w nerwach… Podziękowałam i zadzwoniłam po taksówkę. Na Izbie Przyjęć czekałyśmy niewiele ponad 15 minut. Wreszcie przyszła kolej Babci do badania. Zlecono RTG klatki piersiowej. Pani doktor wypytała mnie dokładnie co i jak, tylko, że ja nie mogłam udzielić informacji, ponieważ wszelką dokumentację Babcia zostawiła w domu, a ja pamiętam tylko rzeczy dotyczące badań i chorób moich dzieci. Spojrzała na zdjęcie i zleciła kolejne. Prawy bok. „Coś mi się tu nie podoba…” powiedziała. Kiedy podświetliła drugie zdjęcie, zobaczyłam guz wielkości jajka, albo i większy… Zostałam poinformowana, że Babcia nie kwalifikuje się do chemii, ani do operacji, ani nawet do biopsji z racji chorób serca i wieku. Ludzie! Moja Babcia jest za stara, żeby ją leczyć! kazano mi podjąć decyzję czy babcię w szpitalu na kilka dni zostawić czy wypuścić do domu. Jednocześnie usłyszałam, że zagrożenie życia jest i będzie, bo może nastąpić krwotok. Babcia dostanie leki przeciwkrwotoczne, poleży kilka dni w szpitalu i pójdzie do domu. A ja muszę się rozdwoić a nawet roztroić, żeby się wszystkim zająć… Myślę nad tym jak to wszystko zorganizować. Kiedy rozmawiałam dzisiaj z lekarką przez telefon i powiedziałam, że jestem chora i przyjadę jutro dopiero z potrzebnymi informacjami, oburzona pani doktor zapytała: „a nie może ktoś inny z rodziny tego przywieźć?” No nie może… Z tej prostej przyczyny, że nikogo innego nie ma. Jestem tylko ja. Nie cierpię ludzi, którzy z góry zakładają niektóre rzeczy i dają innym do zrozumienia, że są nieodpowiedzialni i mają wszystko w nosie. Otóż nie mam w nosie, ale nie jestem robotem. I tak jutro moja teściowa jedzie z chłopcami do logopedy, a ja do Babci do domu i do szpitala.

A na Walentynki dostałam nowego laptopa. Od męża 🙂

Moje wszystko

Kredyt, Niebieska i jedzenie z pola

– Kochanie, kupiłem ci samochód marzeń! Wziąłem 100 000 kredytu i jest! Zakochasz się w nim zobaczysz! Na razie stoi u Piotra w garażu, ale już niebawem go dostaniesz! – M. stał uradowany w przedpokoju i wyrzucał z siebie to wszystko z prędkością serii z karabinu maszynowego.

„JezusMariaStoTysięcyKredytuCoToZaSamochódIDlaczegoTakiDrogiIKTOTOWSZYSTKOSPŁACI!” pomyślałam w panice, usiadłam na łóżku i otworzyłam oczy. Na szczęście to był tylko sen. Chociaż ostatnio nasza babcia zaczęła się buntować i po cichutku zaczęłam myśleć o nowszym samochodzie, to jednak taki za 100 000 to lekka przesada. Gdyby tak wygrać w totolotka… Niestety, nie mam szczęścia. Nawet w dzieciństwie biorąc udział w loteriach typu „każdy los wygrywa”, dostawałam najgorsze badziewie. Na przykład zęby wampirze. Swego czasu miałam kilka sztuk. Ku zazdrości moich koleżanek, które wygrywały piłeczki na gumce, albo pierścionki z Sindbadem. A ja nie! I nie rozumiałam dlaczego one tak pragną tych wampirzych zębów. Ostatnio całkowicie jesteśmy pochłonięci oczekiwaniem. Na ferie oczywiście. W tym roku wypadają strasznie późno. Na szarym końcu jesteśmy. Ale już niedługo, całkiem bliziutko. W zeszłym tygodniu zaliczyłam wreszcie „Avatar”, chociaż przez chwilę ogarnęły mnie wątpliwości, czy uda mi się zobaczyć ten film kiedykolwiek! Ale jakoś się udało. Oczywiście usmarkałam się i upłakałam straszliwie. Podwójnie. Bo 2,5 h w okularach do 3D to dla moich oczu stanowczo za długo… No dobra, nie tylko z tego powodu łzawiłam. Kiedy Żejksuli klęczał w ichniejszej Częstochowie i przyszła do niego Niebieska, to zrobiło mi się jakoś tak… no… płaczliwie. Dobrze, że Anna była ze mną. Sprowadziła mnie do pionu niewinnym stwierdzeniem: „zobacz jak ona się ubrała!”. Śmiałam się chyba z 10 minut. A później zaczęłam się zastanawiać: machnie jej dzieciaka, czy nie? A jak jej machnie to jakiej rasy będzie? Ogólnie film podobał mi się bardzo, bardzo. Chętnie obejrzę jeszcze raz. Acha, nie płakałam jak umarła Riplej. Zdziwiło mnie tylko, że obcego w sobie jakoś zniosła, a zabiła ją kula ze zwykłej broni 😉 Wypadki chodzą po ludziach.

Duży zalicza. Religię. W tym miesiącu „Chwała na wysokości Bogu”. Uczył się pilnie całą niedzielę, powtarzając modlitwę aż do znudzenia. Kiedy zamiast „Panie, Synu Jednorodzony” usłyszałam „Panie, Synu jednorazowy…” stwierdziłam, że już chyba umie i czas zamknąć podręcznik, bo dziecko mi skołowacieje do reszty. Miałam rację. Dostał 6. I w ogóle Duży dorasta. Na przykład we wtorek poszedł sam do szkoły. Od połowy drogi wprawdzie, ale zawsze… A wczoraj poszedł już spod domu. Ja i Mały jechaliśmy do Babci, szkoła w drugą stronę, więc wcale nie po drodze. Stałam przez chwilkę, żeby dodać Dużemu otuchy, a on odwracał się co chwila i machał do mnie, jakby wypływał gdzieś w morze, ale poszedł. Jestem taka dumna z niego! Pojechaliśmy z Małym do Babci w odwiedziny, w drodze powrotnej weszliśmy do Polo. Kupiłam kawałek „metrowca” na spróbowanie, bo jakoś tak nie składało się wcześniej i nie jadłam nigdy. Przymierzałam się do wykonania samodzielnego takiego ciasta, ale zrezygnowałam po spróbowaniu tego z Polo. Stanowczo nie jest to moje ulubione ciasto i raczej nigdy nie będzie. I z kolejki ciast do wypróbowania też wylatuje. Wieczorem zalogowałam się na FB, żeby zrobić porządki na farmie. Mały kręcił się jak zwykle po całym mieszkaniu aż wreszcie powiedział: „mamusiu daj mi do jedzenia coś z pola”. Osłupiałam lekko, bo pola nigdy w życiu nie miałam i nic z pola nie mam. Tym bardziej, że zima w pełni i pola zasypane… Może ziemniaka on chce?

– Synku, przykro mi, ale nie mam nic z pola…

– W kuchni jest, chodź to ci pokażę – upierał się Mały.

Wiedziałam, że w kuchni nic z pola nie ma. Na pewno nie ma. Ale z ciekawości poszłam. Dziecko beztrosko machnęło palcami nad metrowcem, zapakowanym w czerwony papier, z napisem POLO. No tak. Ciasto z POLA 😀 Taka niedomyślna matka Ci się synu trafiła. Dam Ci za to Grześka z czekolady 😉 A wczoraj, kiedy wychodziliśmy z sankami po Dużego do szkoły, Mały powiedział:

– Mamusiu, musimy uważać na słonie.

– ???

– Bo jak mi któryś usiądzie na sankach, to nic z nich nie zostanie…

 


A 20 lutego zaczynam szkolenie…

Moje wszystko

Myślę, że nie stało się nic ;)

Niechęć poczułam ostatnio do pisania straszliwą. I niemoc jakaś mnie ogarnęła. Nie chciało mi się. Zresztą nie działo się nic takiego, co kazałoby mi uwiecznić owo wydarzenie w internecie. No dobra było kilka zdarzeń… Zdarzynek właściwie, bo to nic wielkiego. Na przykład raz, jechałam z dziećmi do domu tramwajem od lekarza. Na którymś przystanku wsiedli panowie, którzy rychło okazali się kontrolerami. Dobrze, że ja zawsze bilety kasuję 😀 Siedziałam sobie więc spokojnie, faceci odwalili robotę i jeden usiadł na miejscu przede mną. Wtedy właśnie do tramwaju wsiadły dwie panie. Koleżanki, bez tchu opowiadające sobie, że „właśnie kupiłam nowe buty”, „a co ty powiesz, moje się właśnie rozleciały…” itp. Jedna z nich rozejrzała się po tramwaju i stanęła przy kasowniku z biletem w ręku. Tuż obok siedzącego kontrolera. Druga najwyraźniej miała migawkę, bo wcale się nerwowo nie rozejrzała, tylko na spokojnie zdawała relację z zakupów. Zrobiło mi się żal tej z biletem. Tym bardziej, że nie jechała daleko, bo bilet był 10-cio minutowy. Pewnie zaoszczędzić chciała. Głupio tak zarobić mandat z biletem w ręku. Utkwiłam wzrok w nieznajomej. Chyba podziałało, bo po chwili spojrzała na mnie. Zrobiłam przyjazną minę i ruchem ledwo zauważalnym pokazałam na faceta siedzącego przede mną. „KANAR” wypowiedziałam bezgłośnie. Pani zamrugała oczami, bo pewnie w pierwszej chwili nie zrozumiała o co mi chodzi. Machnęłam ręką bardziej jednoznacznie i znów bezgłośnie tego „kanara” jej przekazałam. Ręka z biletem zawisła na chwilę jeszcze przy kasowniku, jakby pani się wahała czy aby na pewno nie robię jej w konia, ale przyjaźnie pokiwałam głową i bilet został ostatecznie podstemplowany. Dwie minuty później „kanar” podniósł się z miejsca i poprosił obie panie o bliety do kontroli. Nad jego ramieniem zobaczyłam jak pani uśmiecha się do mnie z wdzięcznością. Taki malutki dobry uczynek na zakończenie starego roku 😉

O reklamie znowu muszę napisać. Mimo, że jakiś czas już jest emitowana na różnych stacjach tv, to jednak z upodobaniem wciąż ją oglądam. Mowa tu oczywiście o herbacie, którą pan Mann Wojciech bardzo ładnie niesie korytarzem 😀 Zawsze lubiłam pana Manna. Pamiętam kiedy jako dziecko siadałam z rodzicami przed telewizorem, a wtedy dwa programy tylko były, jedynka i dwójka. I na którymś, na dwójce zdaje się, leciał program „Za chwilę dalszy ciąg programu”… Niewiele rozumiałam wtedy z tego co tam mówili, ale moi rodzice zaśmiewali się do łez. Wydaje mi się, że Mann i Materna są pierwszymi osobami medialnymi, które pamiętam odkąd zaczęłam coś tam z programów tv kumać. Pan Materna jako późniejsza siostra Irena zapadł mi w pamięć tak głęboko, że kiedy podczas pobytu w szpitalu, usłyszałam jak jeden lekarz mówił do pielęgniarki „siostro Ireno, proszę podać pacjenotwi coś tam”, parsknęłam śmiechem, bo oczami wyobraźni ujrzałam pana Maternę 😉 Oczywiście pamiętam też kilka innych osób. Na przykład pana Jana Suzina. A jak już przy spikerach jesteśmy, to nie sposób pominąć panią Edytę Wojtczak i panią Krystynę Loskę. Kiedyś na prima aprylis podpisali panią Loskę jako „Kryśka Loska” 😀 No ale nie o tym miało być. Wracam do reklamy. Podoba mi się jak pan Mann sobie tym korytarzykiem idzie i cudnie o herbacie prawi. Najwyraźniej i Dużemu reklama się spodobała, bo kiedyś poprosił mnie o sok. Nalałam do kubeczka i zawołałam go, żeby sobie zabrał. Duży chwycił kubek z zapałem i po chwili z przedpokoju usłyszałam: „bardzo ładnie niosę…”. 😀

Dwa tygodnie temu udało mi się namówić małżonka mojego ukochanego, żeby poszedł ze mną do kina. Nie pamiętam kiedy ostatnio byliśmy razem w kinie, chociaż on twierdzi, że byliśmy 😉 Niespecjalnie mój M za kinem przepada. No ale poszliśmy. Na „Avatar”. Czekałam na ten dzień bardzo długo. Bilety na seans zamówiłam tydzień wcześniej. 3D ofkors. Poszliśmy. Obejrzeliśmy pierwszą godzinę filmu. I wyszliśmy. Okazało się, że M nie może oglądać filmów w 3D 😦 Było mi smutno, bo w końcu wyciągnęłam męża do kina, na fajny podobno film, wydaliśmy ponad 50 zł na bilety i koniec końców filmu nie obejrzałam. Wybieram się na niego ponownie. Z koleżankami 🙂

Mały ma nadmiar energii. Na razie nie chodzi do przedszkola, bo boję się chorób, a muszę powiedzieć, że od października moi chłopcy są zdrowi! Duży chodzi do szkoły normalnie. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby tak długo w zimie nic ich nie brało. Zresztą Ci którzy mnie czytają na bieżąco, wiedzą o tym doskonale, bo w samym zeszłym roku chorowali niemalże co tydzień. W tym roku jest dobrze 🙂 Nie będę się zachwycać zbytnio, żeby nie przechwalić, ale mam nadzieję, że to już koniec naszych zmagań chorobowych. Wychorowali się już może po prostu i od teraz w aptece będę kupowała jedynie miętę ekspresową 😛

Achaaaaaa, byłam u fryzjera. Pani Ala obcięła mi włosy. Tzn nie obcięła na króciutko, tylko zrobiła z nimi porządek. I dodała parę złotych pasemek, które fajnie wyglądają w słońcu. A wszystko to dlatego, że moja przyjaciółka nareszcie wyszła za mąż (!) czego świadkiem byłam 16 stycznia o godzinie 13.10 🙂 Podpisałam nawet stosowny dokument w USC, więc nie ma co do tego wątpliwości, że dziewczyna nazwisko zmieniła 🙂 I tak to w niedługim czasie, „zagorzała stara panna dla świata stracona” jak ona sama zwykła o sobie mówić, została żoną, a wkrótce zostanie matką 🙂

I tak właśnie nic się u mnie działo 😉