No i klops. Jeszcze się wrzesień nie skończył a moje dzieci już są chore… Mały choruje już trzeci tydzień. Z tym, że antybiotyk bierze dopiero od poniedziałku, bo wcześniej była nadzieja, że obejdzie się bez. No i się nie udąło. Mały zaczął kaszleć a nawet „szczeknął” kilka razy, co jak wiadomo oznacza początek zaplenia krtani. Dostał więc antybiotyk. Nie czuje się źle, nie kaszle ciągle, lata po mieszkaniu i robi bałagan. Czyli źle nie jest. Duży dzielnie się trzymał. Myślałam, że wytrwa. A tu wczoraj rano, poszłam go obudzić, żeby do szkoły się nie spóźnił, a on gorący jak piec i mówi, że bardzo źle czuje. Nawet Lek przeciw gorączkowy niespecjalnie podziałał. Wzięłam dzieci za łapki i poszliśmy do lekarza. Czasy mamy teraz takie, że to pacjent mówi lekarzowi jakie leki należy przepisać. Wygląda na to, że trafiłam z antybiotykiem, bo Duży dzisiaj się pozbierał i łazi. Wczoraj zjadł tylko jeden kawałeczek angielki. Dzisiaj pochłonął już cztery i domaga się obiadu 🙂 Oprócz tego inhaluję obu różnymi specyfikami, z dobrym skutkiem nawet, bo Mały odkrztusza a Dużemu się kaszel nie pogłębia. Byłam w szkole i wzięłam lekcje dla Dużego. Od jutra bierzemy się do pracy, żeby zaległości nie mieć, bo to najgorsze jest. I mam nadzieję, że Duży szybko do szkoły wróci. Przecież ma tyle zajęć pozalekcyjnych… Niektóre bardzo atrakcyjne. Na przykład zapisał się na karate. Cieszę się, że chce chodzić, bo dodatkowy ruch jest mu bardzo potrzebny. Widzę, że rozkręcił się chłopak, bo i na wf chodzi dużo chętniej niż kiedyś. Denerwuje mnie to, że Mały opuścił już tyle dni w przedszkolu. Mam nadzieję, że wkrótce wróci, bo w końcu nie będzie mógł się z nikim zaprzyjaźnić. Dzieci już się do siebie przyzwyczaiły, a on… Czy te choróbska kiedyś się od nas odczepią?!
Byłam wczoraj u lekarza. Takiego niefajnego. Nie lubię tam chodzić, ale muszę. Poza tym uzgodniłam z M, że wybiorę się na wizytę do endokrynologa w jego przychodni, w której kartę zafundowała mu firma. Może wyrobić kartę i dla mnie za jakieś tam pieniądze niewielkie na miesiąc, więc chyba się zdecyduję, bo mam dosyć wstawania o 5 rano, stania dwie godziny w kolejce na dworze, żeby dostać się do lekarza, a później patrzeć jeszcze na jego kwaśną minę lub wysłuchiwać jego nieprzyjemnych uwag. Poza tym ostatnio co chcę się do niego wybrać, to jest na urlopie. A zaświadczenia do lekarza pierwszego kontaktu nie chce mi dziadyga wypisać… Więc pójdę sobie gdzie indziej.
W sobotę zaczynam pierwsze szkolenie!
P.S. A to wspomnienie z konwencji. Dwie lekcje z M. Prieditis: