Tak jak przewidywałam. O 6 rano pod przychodnią już była kolejka. Krótsza niż zwykle, ale jednak była. Ta krótkość musiała być spowodowana przeraźliwym zimnem o wczesnej godzinie porannej. Wyciągnęłam z szafy grubą kurtkę na mrozy. Od góry w zasadzie było mi ciepło. Ale kurtka sięga nad kolana, więc dół był wystawiony na działanie wiatru i mrozu. No i ten wiatr i mróz działał. Po 20 minutach stania zaczęłam dreptać w miejscu. Kolejne 10 minut spowodowało już raźne przytupywanie. Stopy zamieniały się powoli w dwa sopelki i zaczynałam tracić w nich czucie. I co z tego, że moje nowe buty nie przeciekają? Zimno mi było tak, że za przeproszeniem gile w nosie zamarzały.. Kiedy wreszcie chwilkę po godzinie 7 nabzdyczona pracownica przychodni z łaską otworzyła drzwi, mały tłumek wtoczył się do środka, oczekując miłego ciepełka. Cholera może i tam było ciepełko, ale wszyscy byliśmy tak zmarznięci, że ni cholery go nie było czuć. Siedzieliśmy zbici na krzesełkach, teraz z kolei czekając na otworzenie rejestracji. I nikt, NIKT nie odważył się na zdjęcie kurtki. Z jakichś drzwi wylazła kobita. Pracownica zapewne. W krótkim rękawku. Wywołała u mnie drgawki i nagły przypływ zimna. I chyba nie tylko u mnie, bo wszyscy gapili się na nią, jakby miała ze cztery nogi, dwie głowy i trzy cycki. Całe szczęście, że trafiłam chociaż na gadatliwą sąsiadkę, to i czas jakoś szybciej zleciał. Wprawdzie wzięłam ze sobą książkę, ale nie miałam czasu jej nawet otworzyć. I odkryłam pewną prawidłowość. Na spodziewane długie oczekiwanie zawsze brać ze sobą coś, co bardzo chcemy przeczytać. Wtedy mamy zagwarantowane, że wszystko potoczy się gładko i sprawnie. Jeśli natomiast lektury nie weźmiemy (zapomnimy, stwierdzimy, że niepotrzebna itp.), czas będzie się wlekł jak cholera, a nas najpewniej szlag trafi. Także mój Dan Brown, musi poczekać do następnego planowanego dłuższego stania w kolejce. Może uda mi się przeczytać choć ze trzy strony.. Tak czy inaczej miałam jednak trochę szczęścia dzisiaj. Mój lekarz wrócił z urlopu, więc nie musiałam wizyty przekładać. Miałam numerek pierwszy. Stopy odtajały mi na tyle, że mogłam jechać do domu. Lekarz miał zacząć przyjmować o 12.30, zaczął wcześniej. Wlazłam do przychodni i od razu do gabinetu (jak nigdy, zdumiewające doprawdy). Ludzie się trochę krzywili, że nie chciałam znów w kolejce postać, ale powiedziałam, że już się wystałam. Rano. Jak chcieli numerek pierwszy to mogli przyjechać o szóstej. Baby lekko spuchły, ale nic nie powiedziały. Weszłam do gabinetu pełna najgorszych przeczuć, że może znów zostanę potraktowana nieodpowiednio, ale nie. Pan Doktor habilitowany był chyba w dobrym nastroju, bo na moją prośbę o wystawienie zaświadczenia o leczeniu w tut. poradni, wysilił się na żart w stylu: „nieee, bo jeszcze mi pani ucieknie, narząd wewnętrzny odrośnie i będą pretensje do mnie. A poza tym czemu pani chce uciekać, nie podobam się pani?”. Powiedziałam, że owszem. Zaświadczenia nie dostałam i dlatego za trzy miesiące znów będę kwitła o 6 rano pod cholernym szpitalem. Na szczęście to będzie już maj i raczej nikłe ryzyko mrozu..
Zaczęłam pisać opowiadanie dla moich synków. Książeczkę – bajeczkę. O samochodziku. Chciałabym skończyć do Wielkanocy.
A Iran umieścił na orbicie satelitę i USA się poczuło zaniepokojone. Biedacy..