Moje wszystko

Nowe :)

 Dostałam dzisiaj smsa pełnego dumy i radości.

„Będziesz ciocią. S jest w ciąży. Buziaki.”. I bardzo dobrze! Bardzo się cieszę. A przyszłym rodzicom gratuluję z całego serca. I życzę wszystkiego co najlepsze. I czekam na Maluszka 🙂.

 Uwielbiam swój fitness club. Uwielbiam dziewczyny stamtąd. Tam zawsze znajdę sobie powód do cieszenia. Można pożartować, poplotkować, powygłupiać się. Można też porozmawiać na tematy poważne. I tak właśnie było dzisiaj. Rozmawiałyśmy o małżeństwie. Chłopak oświadcza się dziewczynie po kilku dniach znajomości. Dziewczyna oświadczyny przyjmuje. Po miesiącu biorą ślub. Po trzech miesiącach zaczyna się psuć. Jednakże kochają się i dążą do kompromisów. Powoli zaczynają normalne życie. Mają pieniądze, piękne mieszkanie. Po kilku latach on postanawia wyjechać za granicę, żeby było im jeszcze lepiej. Ona zostaje w kraju. On wysyła jej pieniądze na utrzymanie. Ona dostaje wścieklizny macicy i zachodzi w ciążę. Z innym… On wraca i… wybacza! Daje dziecku nazwisko. Planują wspólny wyjazd za granicę, kiedy dziecko troszkę podrośnie, Postanawiają, że on wyjedzie wcześniej i przygotuje wszystko na przyjazd żony z dzieckiem. Kupuje fantastyczne mieszkanie. Remont od podstaw. Sprzęty domowe, pokoik dla dziecka, wszystko z najwyższej półki. Tymczasem ona zmienia zdanie. Nie chce wyjechać. Więc on zmęczony całym tym zamieszaniem stawia jej ultimatum: albo są razem, albo rozwód. Ona wybiera rozwód. Najpierw jednak sprawa w sądzie o zaprzeczenie ojcostwa. Na sprawie zjawia się ona, on i ojciec biologiczny dziecka wraz z… małżonką! Ludzie! Przecież to się w głowie nie mieści.. Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jest niczemu niewinne dziecko, które ucierpi najbardziej na całej tej szopce.

 Ech. Jakoś dziwnie mi się zrobiło. I pomyślałam, że jestem szczęśliwa. Pomimo tego, że nie zawsze jest różowo, że mamy czasem odmienne zdania, że nie zawsze jesteśmy w dobrym humorze, to jednak jesteśmy szczęśliwi. Mamy siebie. Nasze dzieci mają rodziców. Chciałabym, żeby tak pozostało na zawsze.

Moje wszystko

Cyfrowe szaleństwo

 Wczoraj po południu pani konsultant od kablówki przybyła z dekoderem pod pachą i z umową do podpisania. „Rozpłaszczając” się w przedpokoju zapytała czy może zostać w butach jeśli je wytrze bardzo, ale to bardzo dokładnie. Trochę mi to nie odpowiadało, ale osobiście przypilnowałam pani, żeby wytarła buty do sucha i wpuściłam ją do pokoju. Pani była bardzo sympatyczna. Drobna blondynka trochę „wyszczekana” i ciągle uśmiechnięta. Kiedy była zajęta wypisywaniem papierków przyplątał się Mały:
-Pobrudziłaś dywan.
Zakomunikował krótko blondynce. Blondynka spojrzała na Małego wzrokiem „Silence! I’ll  kill you!” i dodała słodko:
-Nieeee, nie pobrudziłam.
I uśmiechnęła się. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zanurkowała wzrokiem tam gdzie wskazywał Mały. Rzeczywiście. Koło jej buta widniała mokra błotnista plamka. Tyle, że w cieniu i trudna do zobaczenia. Postanowiłam, że odpuszczę pani mokrość pod stołkiem, bo miałam do przeczytania i do podpisania bardzo ważną umowę i bardzo ważny weksel. Mały nie odpuszczał:
-Pobrudziłaś, pjecieś widze…
-To nic, zaraz wytrę – powiedziałam i Mały dał plamie spokój. Umowa została wreszcie przeczytana i podpisana. Przyszła pora na podłączanie fantastycznego dekodera do telewizora. M przypadło trudne zadanie manewrowania odbiornikiem telewizyjnym, żebyśmy my mogły kabelki do różnych otworów powtykać. Wreszcie udało się. Pani poinformowała nas, że w tej chwili odkodowane są tylko dwa pogramy, żeby można było sprawdzić czy dany sprzęt działa. Sprzęt działał. Dowiedzieliśmy się jeszcze, że sygnał zostanie puszczony dnia następnego, po wklepaniu umowy do systemu. Mały i Duży zrobili smutne miny, bo mieli nadzieję, ze Disney zagości u nas jeszcze tego samego wieczoru. Blondynka szepnęła mi jeszcze tylko, że w razie gdyby żaden program nie pojawił się do godziny 15, mam dzwonić na infolinię (na tę samą, do której ostatnio próbowałam dodzwonić się 3 dni…). I powiedziała jeszcze, że w ramach promocji przez miesiąc mamy odkodowane wszystkie dodatkowo płatne pakiety programowe! Ucieszyłam się, bo na tych dodatkowo płatnych kanałach można czasem zobaczyć naprawdę fajny film. Miesięczne wyswobodzenie od wkółko powtarzanych filmów na różnych stacjach dostępnych na co dzień.
 Rano dzieci wstały o 7 i od razu przygalopowały do pokoju wytrzeszczając się w dekoder.
-Mamusiu to już? Już jest Disney?
-No gdyby koordynator zaczynał pracę o 5 rano, to może już by był, ale zaczyna pewnie o 8 albo 9, więc musicie uzbroić się w cierpliwość.
Duży poszedł do szkoły mamrocząc pod nosem zaklęcia (ostatnio bawią się z kolegą w czarodziejów i Duży namiętnie uczy się zaklęć). Około godziny 10 pojawiły się pierwsze programy. Jeden po drugim wskakiwały na swoje miejsce ku uciesze mojej i Małego. A 15 minut wcześniej listonosz przyniósł mi nową partię materiałów do biżuterii, które zamówiłam dzień wcześniej. Wszystko wydawało się być w porządku, kiedy nagle odkryłam, że jednak nie wszystkie programy są. Brakowało mi Discovery, które oglądamy z Dużym, MTV, które brzęczy jak już naprawdę nic nie ma innego i paru innych. Zadzwoniłam na infolinię. Jakoś udało mi się dodzwonić w miarę szybko. Razem z oczekiwaniem na rozmowę i samą rozmową z uczynną panią, na słuchawce wisiałam jakieś pół godziny, więc wizja rachunku rysuje się w dosyć ponurych barwach. Tym bardziej, ze dzwoniłam w Nowy Rok za ocean i zamierzam jeszcze do GB. Wracając do tematu, pani w infolinii przejęła się problemem i naprawdę starała się mi pomóc. Kazała mi wciskać różne rzeczy na pilocie i odczytywać informacje. Później wysyłała jakieś sygnały do urządzenia, żeby się zesparowało z kartą. Albo może miało zrobić coś innego? W każdym razie coś w tym stylu. Niestety wszelkie zabiegi okazały się bezskuteczne. Wreszcie pani infolinia oznajmiła, że przyjmuje usterkę i wyśle technika, żeby zbadał dekoder i zaaplikował lekarstwo. Technik objawił się najpierw telefonicznie. Akurat jak kupowałam śrubkę do sanek Małego, w sklepie z tego typu artykułami. Zawiedziony moją nieobecnością w domu, zapowiedział się na wizytę za godzinę. Rzeczywiście po niecałej godzinie zadzwonił i z nadzieją w głosie zapytał „czy dotarła pani już do domu?”. No dotarłam. Akurat nakładałam obiad. Pan z radością oznajmił, że będzie za chwilę. I był. Wlazł do pokoju w butach. Ale tym razem jakoś umknęło to uwadze Małego. Pan sprytnie sprawdził, czy urządzenie działa tak jak rzeczywiście mówiłam, później odczynił na nim uroki, które i tak nic nie dały, wreszcie podłączył ustrojstwo do służbowego kabelka i nagle zaginione programy znalazły swoje miejsce. „It’s alive! Alive!!” – zakrzyknęło w mojej głowie. Na próżno. Po podłączeniu do mojego kabelka, kanały zniknęły ponownie. Ustaliliśmy wspólnymi siłami, że to kabel antenowy płata figle i trzeba go wymienić. Wcale mi się nie uśmiechało wspinanie po szafkach, wydłubywanie obecnie znajdującego się za nimi kabla, wyprawa do sklepu po nowy i wspinanie się na szafki w celu umieszczenia go na właściwym miejscu. No ale jak trzeba… Wlazłam pod telewizor w celu ustalenia który kabelek mam ciągnąć. I nagle coś przestało mi pasować… Kabel, który wg nas był do wymiany, wcale nie wyłaził zza szafek, tylko sięgał gdzieś głębiej w dół. Olśniło mnie natychmiast. Toż to nie kabelek antenowy zza szafy, bo ten tkwi w odtwarzaczu, tylko kabelek, którym połączyłam odtwarzacz z telewizorem! Ucieszyłam się ogromnie, bo kawał bezsensownej pracy mnie ominie. Pożegnałam pana i pognałam z dziećmi do sklepu po nowy kabel. Nabyłam go i z uśmiechem wróciłam do domu. Niestety… Kabelek okazał się mieć za wąską końcówkę i za cholerę nie da się go wcisnąć tam gdzie być powinien. Na razie więc zastosować musiałam połączenie proste antena-dekoder-telewizor. W najbliższym czasie muszę udać się na poszukiwania odpowiedniego kabelka, bo na razie Disney wystarcza, ale nie wiem co będzie jak się przypomni dzieciom, ze chciałyby obejrzeć coś na płycie lub (proszę się nie śmiać) kasecie VHS. I tak to w nasze życie wkroczyła cyfrowa telewizja. Aż się boję co będzie, kiedy zmienimy telewizor i dekoder na HD…

Moje wszystko

Cała prawda o mikrofalówce.

 Robiłam śniadanie Małemu. Parówkę wstawiłam do mikrofali a sama zajęłam się chlebkiem i napojem śniadaniowym. Mały siedział na stołku i obserwował jak jego parówka kręci się w mikrofalówce. Po chwili kuchenka dała znać, że czas podgrzewania dobiegł końca. Mały:

         Mamusiu, mamusiu, moja parówka piszczy!! Wypuść ją, wypuść!!

 A ja głupia całe życie myślałam, że to piszczy kuchenka. Teraz już wiem, że to potrawy w niej podgrzewane domagają się wypuszczenia, kiedy są gotowe do spożycia. No, w sumie jakby mnie ktoś podgrzewał, to też bym piszczała… 😉

Moje wszystko

Zła zima!

 Ten pomysł z kurtką od teściowej okazał się niewypałem. Teść dostarczył mi ową odzież wczoraj rano, kiedy to wybierałam się z Dużym do szkoły. Dzień wcześniej próbowałam naprawić ekspres u swojej kurtki i po prostu użyłam do tego Super Glue (nigdy więcej tego nie robić!). Dziubek od ekspresu zrobił się gruby i krzywy i już w ogóle nie dało się go zapiąć. Zmuszona byłam więc założyć na siebie kurtkę teściowej. Już w domu czułam, ze to nie będzie to. A jak wylazłam na dwór, to poczułam to jeszcze  bardziej. Jako że jestem typem ciepłolubnym i na mróz ubieram się w grube i dobrze przylegające do ciała rzeczy, kurtka okazała się nie spełniać moich oczekiwań nawet w najmniejszym stopniu. Szersza na dole przepuszczała podmuchy wiatru, który dzięki temu tańczył dziko po moich plecach i brzuchu. Czułam się prawie jak Marilyn Monroe w słynnej scenie z sukienką… Tylko, że mi nie było wcale do śmiechu. Zmarzłam na kość. Prawie biegiem zaprowadziłam Dużego do szkoły, zrobiłam małe zakupy i wróciłam do domu. Kurtkę oddałam. Teść był troszkę zawiedziony, bo naprawdę oboje z teściową chcieli mi pomóc, a ja taka niewdzięczna – zmarzłam w takiej fajnej kurtce. Zostałam zmuszona do przeproszenia się ze swoją starą kurtką zimową, którą zresztą noszę od czasu do czasu, ale z uwagi na to, że jest dosyć krótka, nie nadaje się na wielkie mrozy. Swoją kurtkę mrozową zaniosłam dzisiaj do naprawy. Przy czym nie wiem, czy maszyna kobity szyjącej i przerabiającej nasze różne ubrania od lat, podoła zadaniu. Dowiem się jutro.

 Jutro czeka mnie znów dosyć pracowity dzień. Jak w każdą środę. Mimo, że poradnia, do której Duży jeździ na zajęcia jest nieczynna, bo wymienia się w niej podłogę, to zajęci będziemy równie mocno. Oczekujemy bowiem na dekoder. Nasza kablówka zabrała nam kolejne nasze ulubione programy i przerzuciła do oferty cyfrowej. Do tej pory dzielnie  broniliśmy się przed zmianą pakietu na cyfrowy. Tym razem już się nie dało. Nie ma co oglądać. Dzieci zrozpaczone, bo kanał Disneya również zniknął z oferty analogowej. Zaparłam się i zaczęłam dzwonić do naszego operatora z zamiarem uzyskania informacji na temat pakietu cyfrowego. Niestety nie jest to takie proste. Na całe miasto jest tylko jeden numer telefonu informacyjnego. Godziny pracy dogodne, bo do 22. Ale dodzwonić się tam graniczy niemalże z cudem. Dodzwoniłam się wreszcie po dwóch dniach. Efekt rozmowy jest taki, ze jesteśmy umówieni na środę z przedstawicielem na podłączanie dekodera i podpisywanie umowy. Dzieci się cieszą, bo Disney wróci. A mamunia się też cieszy, mimo tego, że za staniem przy garach nie przepada, to oglądać gotowanie uwielbia. A cyfrowy pakiet ma w ofercie kanał tematyczny o gotowaniu właśnie :). Póki co Mały okupuje odtwarzacz i katuje moją ulubioną dobranockę sprzed lat. Dżeki i Nuka właśnie szukają drogi do domu. A Mały z otwartą buzią wpatruje się w ekran telewizora i pyta nieustannie: „mamusiu, czy one trafią do swojego domku?”. „No pewnie, że trafią” odpowiadam po raz 10. Ale w pamięci mam obraz samej siebie, kiedy to ja zadawałam to samo pytanie mojej mamie. I przytulam Małego do siebie, bo wiem jakie myśli kłębią się teraz w jego małej główce. I popijam pyszną herbatę brzoskwiniowo-mangową, i wcale mi się nie chce myśleć o tym, że na dworze jest tak bardzo zimno. Mały obejmuje mnie ciepłymi, niebieskimi łapkami (to nieprawda, że m&m’sy nie rozpuszczają się w dłoni) i mówi „szkoda, że te misie się zgubiły”. I ja też żałuję…

Moje wszystko

Dzień laby ostatni

 Naprawdę nie wiem jak zdołam przestawić się na wczesne wstawanie. Wieczorem mam ogromne problemy z zaśnięciem, za to rano mogłabym spać i spać i spać. Dzisiaj około godziny 8 rano Mały przyszedł do nas z pieśnią na ustach (nauczył się od tatusia cygańskiego „ore, ore” :D) i przyniósł mandarynkę. „Obierzesz miii?”. Nie byłam w stanie. Po prostu nie mogłam oczu nawet otworzyć nie mówiąc już o ruszeniu ręką czy nogą. Zmiana pogody powaliła mnie na amen. Wiem, że zapowiadali śnieg i mróz, ale we wrześniu czytałam, że zima stulecia się zbliża i da nam popalić już w grudniu. W grudniu czytałam, że przed świętami mają wystąpić silne mrozy, zawieje i zamiecie. Później zapowiadali bardzo białe i mroźne święta. Żadna z tych przepowiedni nie sprawdziła się w najmniejszym nawet stopniu, więc i tym razem prognozę po prostu olałam. A tu proszę bardzo. W nocy spadła temperatura i zaczął sypać śnieg. Czuję się zaskoczona i zawiedziona, że tym razem synoptycy się nie pomylili. Chociaż coraz częściej mam wrażenie, że uprawiają jakieś dziwne zawody. Na każdej stacji podają inną prognozę i później po prostu chyba sprawdzają kto był najbliższy prawdy. Tak czy inaczej wreszcie udało się też tym ze stacji, w której ja sprawdzam pogodę. Śniegu spadło tyle, że prawie przykryło trawę i mogliśmy dzisiaj z okna popatrzeć jak dzieci na sankach zjeżdżają z górki, starając się ominąć placki trawy gdzieniegdzie wystające spod niewielkiej pokrywy śnieżnej. Jednakże nawet ta znikoma ilość śniegu spowodowała u mnie nagły wzrost zmęczenia i ospałości. Dlatego też Mały stał nade mną rankiem z mandarynką w dłoni, bez większego rezultatu. Jakąś godzinę później moje ciało zdecydowało, że pozwoli uchylić mi powieki i sprawdzić co się dzieje w najbliższym otoczeniu. Najpierw powoli zaczęły docierać o mnie bodźce słuchowe. Wyjący telewizor, Duży rozmawiający nie wiem z kim lub czym, tupot bosych stópek. Nagle ten tupot ustał. Nauczona doświadczeniem, że takie nagłe przerwanie biegu przez Małego,  niekoniecznie może wróżyć coś dobrego. I wtedy to udało mi się uchylić nieznacznie jedną powiekę. To co ujrzałam przed sobą wstrząsnęło najpierw moim wzrokiem a później mną całą. Jakiś bliżej niezidentyfikowany obiekt prawie właził mi w oko. Porośnięty włoskami, kolorowy i jakiś taki dziwny.. Natychmiast oprzytomniałam i otworzyłam drugie oko. „Mogę włączyć pompuker?” powiedział obiekt i wreszcie rozpoznałam w nim Małego. W trochę zmienionej postaci, ale to na pewno było moje dziecko. Uklejone (wieczorem zostawiłam na talerzyku lizaka..), owłosione różnymi nitkami przez przytulanie się ulizakowaną buzią do dywanu, swetra, i pluszaków z jedną nogawką podciągniętą prawie pod samą szyję i jedną skarpetką wyciągniętą na jakieś 5 cm przed palce leżał prawie na mojej twarzy. Ale za to niezmiernie szczęśliwy. „To mogę włączyć ten pompuker?” zapytało moje szczęście ponownie. „Zaraz, zaraz. Która to godzina? 9? Nie możesz. Śniadania nawet nie zjadłeś. Mama już wstaje..”. Podczas przygotowywania porannego posiłku przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Skonsultowałam się szeptem z M i postanowiliśmy zrobić dzieciom niespodziankę. Zabraliśmy je do sali zabaw. Obaj uwielbiają kąpiele w basenach z piłeczkami, wspinaczki po miękkich ściankach, armatki na kulki z gąbki, zjeżdżalnie i huśtawki figlorajowe. Z przyjemnością mogliśmy obserwować jak nasze dzieci szaleją, brykają, zjeżdżają, przewracają się, nie mogą się wydostać z piłeczkowej wody 🙂. Duży spotkał kolegę z klasy. Myślę, że jutro będą od nowa przeżywać swoje zjeżdżalniowe przygody. Po godzinie intensywnego szaleństwa, obaj mieli dosyć i wróciliśmy do domu. Oczywiście w między czasie popsułam ekspres od kurtki i teraz nie mam ani butów zimowych (przeciekają)  ani okrycia wierzchniego na mrozy. Ledwie zdążyliśmy wejść do domu, zadzwoniła teściowa, czy mogą przyjść nas odwiedzić. Ależ proszę bardzo. Nie widzę przeciwwskazań. Dzieci będą wniebowzięte. Okazało się, że ja też. Teściowa ma kurtkę zimową, w której nie chodzi, bo jest za gruba. Tzn teściowa jest za gruba do kurtki, a nie odwrotnie. Powiedziała, że „proszę bardzo możesz sobie wziąć i chodzić”. Więc wezmę i będę chodzić. Dopóki nie kupię sobie czegoś odpowiedniego. Przynajmniej mam czas na rozejrzenie się za czymś nowym. Tak to właśnie minął nam ostatni dzień ferii świątecznych. Od jutra wracamy na prawie normalne tory. Ale tylko na 3 tygodnie. Bo za 3 tygodnie rozpoczynają się ferie zimowe. I chyba nie muszę dodawać, że nie możemy się ich już doczekać… 🙂

Moje wszystko

Ben 10 i włos

 Mały siedział w wannie i taplał się w wodzie razem z wyspą Teletubisiów, Power Rangersami, Transformersami i milionem innych gratów. Duży grzebał w internecie. Ostatnio wzięło go na zabawki Ben 10. Ktokolwiek lub cokolwiek to jest, zawładnęło moim dzieckiem bez reszty. Jakieś trzy godziny wcześniej biegaliśmy po okolicznych kioskach ruchu w poszukiwaniu gazety z wyżej wspomnianym Benem, do której dołączony był jakiś magiczny zegarek owego chłopca. Zegarek zdaje się ma właściwości zamieniania Bena w kosmitę. Niestety wszędzie był Ben 10 z pistoletem. Wychodzi mi jakoś, że zegarek musiał być gadżetem z poprzedniego numeru, którego chyba nie znajdziemy już nigdzie, bo kioski zwroty porobiły. Zaprzyjaźniona pani kioskarka, która jest w trakcie inwentaryzacji, obiecała, że poszuka i jutro się okaże czy nastąpi koniec świata z powodu braku zegarka, czy też zamiast mojego kochanego Dużego będzie mi biegał po domu zielony ludzik z antenką… Duży w wyniku grzebania w googlach, znalazł substytut w postaci oryginalnej zabawki Bandai (po przecenie 59 zł..). Znalazł go jakoś niebawem po naszym powrocie. Kiedy weszłam do niego godzinę później, nadal tkwił w zachwycie, oglądając wszystkie 3 zdjęcia cuda zawarte na stronie, po raz setny chyba..

 Tymczasem przyszła pora na wydobycie Małego z wanny. Oczywiście nie obyło się bez protestów, ale wreszcie dziecko wymyte, różowe i pachnące stanęło na ręczniku i czekało na wytarcie. Na jego prawym policzku wił się poskręcany w ósemki mój własny włos (cholera, jak miałam krótkie, to nie wyłaziły :/). Zdjęłam kłaka a synuś zainteresował się:

         A cio to było?

         Noooo, włos..

         A jaki?

         Maminy. Z głowy.

         Z twojej?

         No z mojej.

Mały przyjrzał mi się uważniej.

         Odpadł ci?

         Yyyyy…

         Ale nie martf się, maś jeście pełno…

Ufff. Na całe szczęście mam. 😀

Moje wszystko

Quo Vadis czyli kaj leziesz babo!

 „Petroniusz obudził się zaledwie koło południa i jak zwykle, zmęczony bardzo. Poprzedniego dnia był na uczcie u Nerona, która przeciągała się do późna w noc. Od pewnego czasu zdrowie jego zaczęło się psuć. Sam mówił, że rankami…” „Mamooooo zrobisz mi pić?”  Podniosłam głowę znad książki. „Przecież dopiero ci robiłam”. „No tak, ale już wypiłem. Byłem taki spragniony, że nie mogłem się powstrzymać..” Ech, westchnęłam cicho, odłożyłam „Quo Vadis” i poszłam do kuchni. Przygotowałam sok dla jednego i dla drugiego, i wróciłam do lektury.

 „..Sam mówił, że rankami budzi się jakby zdrętwiały i bez możności zebrania myśli. Ale poranna kąpiel….” „Mamoooooo, siiiiiiikuuuuu!”, Mały przeleciał koło mnie łapiąc mnie za rękę. „No to leć szybciutko”. „Ale zapal mi śjatełko, bo ciechno”. „To poproś brata”. „Ale ja chcę, żebyś tyyyyyyy…” No dobra. Wstałam, zapaliłam dziecku światło, poczekałam nawet kiedy skończy i umyje rączki. Zgasiłam światełko i wróciłam do książki. „… kąpiel i staranne wygniatanie ciała przez wprawionych do tego niewolników przyśpieszało stopniowo obieg jego leniwej krwi, rozbudzało go, cuciło…”  Drrrrrrrrrryń, drrrrrrrrrrrrrryń rozdzwonił się telefon. Odebrałam. „Szczęśliwego Nowego Roku!” rozległo się w słuchawce głosem mojej dobrej koleżanki. „No Szczęśliwego”. „Co u was? Dobrze się bawiłaś wczoraj?” . Zamyśliłam się. Moje szaleństwo sylwestrowe ograniczyło się do pomalowania paznokci u stóp na kolor czerwony (dostałam jakiś nowy lakier, trzeba było wypróbować, chociaż zazwyczaj czerwonych nie używam..) i półgodzinnej kąpieli. Odpowiedziałam, że bawiłam się fantastycznie. Porozmawiałyśmy jeszcze chwilkę i rozłączyła się.

 Gdzie to ja skończyłam? Acha. Kąpiel i masaż. Nawiasem mówiąc też by mi się przydały, tylko jakoś niewolników w pobliżu nie ma. A sama nie sięgnę.. „… wracało mu siły, tak że z elaeothesium, (co to jest do cholery???), to jest z ostatniego kąpielowego przedziału (aaaaaaaa…), wychodził jeszcze jakby wskrzeszony, z oczami błyszczącymi dowcipem i wesołością..” „Maaaamoooooooooooooooo a Mały mi nie pozwala pograć na komputerze!”, „Maaaamooooo daj mi jogurt!”, „Maaaaamoooooo ja też chcę jogurt!”. Drrrrrryń, drrrrrryń –„Halo?”. GG zamrugało Mężem. Uporałam się z tym wszystkim. Wróciłam do książki. Czytam: „Jak masz tak czytać babo, to lepiej odłóż mnie na miejsce, bo się Petroniusz pomarszczy i przeziębi w tej kąpieli zanim doczytasz co robił dalej. Łazisz i łazisz. A usiądźże wreszcie. A jeśli nie to odłóż nieszczęsną powieść na półkę i wróć do niej jak dzieci dorosną..” No i chyba tak zrobię. Chociaż żałuję, bo do przeczytania tego dojrzewałam kilkanaście lat. Nigdy nie lubiłam Sienkiewicza. Nie przeczytałam żadnej lektury. Nie przebrnęłam przez „Potop”. „W pustyni i w puszczy” obejrzałam w telewizji. Jedyna pozycja jaką pochłonęłam to był „Pan Wołodyjowski”. No ale to był przecież Mały Rycerz, którego znały wszystkie dzieci. Najbardziej znana postać, zaraz po Hansie Klossie i po D’Artagnanie. Wybacz pan, panie Sienkiewicz. Musisz pan poczekać jeszcze trochę. Tymczasem idę oddać się obowiązkom matczynym („Maaaaaaaaamooooooooooooooooooo, piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiić!!! „Maaaamooooo a moje tamagotchi zrobiło dwie kupy!!!!…”).

Moje wszystko

Ratunku!

Jakąś godzinę temu ktoś zaczął dobijać się do moich drzwi i okien. Świecił po oczach zimnymi ogniami, fajerwerkami i ogłuszał petardami. Mały z otwartą buzią i z zachwytem przyglądał się nieznajomemu osobnikowi. Duży smacznie spał. Małżonek mrugał do mnie wiadomościami na gg. A ja przerażona myślałam jak się pozbyć intruza.. Niestety, nie udało się. Wdarł się siła i już się go nie pozbędę. Bo oto przyszedł do mnie Hałaśliwy, Trochę Pachnący Szampanem i Strzelający Bąbelkami, i Wcale Przeze Mnie Nieoczekiwany Nowy Rok. Siedzi na przeciwko mnie i uśmiecha się tajemniczo i trochę szelmowsko. Trąca mnie przyjaźnie i mówi: "nie bój się. Nie jestem taki straszny." I tak sobie myślę teraz, że może będzie całkiem fajny. Że może przyniesie jakieś zmiany na lepsze. Wraz z jego przyjściem obudziła się we mnie dawno uśpiona nadzieja na lepsze jutro. Wyciąga do mnie dłoń w przyjacielskim geście. Ja też podaję mu swoją. I tak sobie siedzimy ściskając swoje dłonie i robiąc plany na rok 2009. To jeszcze raz, tym razem już całkiem z przekonaniem: Szczęśliwego NR 2009 🙂 Żeby nie było wątpliwości, chodziło mi o Nowy Rok, nie o numerek… Aczkolwiek Szczęśliwych Numerków też Wam życzę 😉