Wczoraj po południu pani konsultant od kablówki przybyła z dekoderem pod pachą i z umową do podpisania. „Rozpłaszczając” się w przedpokoju zapytała czy może zostać w butach jeśli je wytrze bardzo, ale to bardzo dokładnie. Trochę mi to nie odpowiadało, ale osobiście przypilnowałam pani, żeby wytarła buty do sucha i wpuściłam ją do pokoju. Pani była bardzo sympatyczna. Drobna blondynka trochę „wyszczekana” i ciągle uśmiechnięta. Kiedy była zajęta wypisywaniem papierków przyplątał się Mały:
-Pobrudziłaś dywan.
Zakomunikował krótko blondynce. Blondynka spojrzała na Małego wzrokiem „Silence! I’ll kill you!” i dodała słodko:
-Nieeee, nie pobrudziłam.
I uśmiechnęła się. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zanurkowała wzrokiem tam gdzie wskazywał Mały. Rzeczywiście. Koło jej buta widniała mokra błotnista plamka. Tyle, że w cieniu i trudna do zobaczenia. Postanowiłam, że odpuszczę pani mokrość pod stołkiem, bo miałam do przeczytania i do podpisania bardzo ważną umowę i bardzo ważny weksel. Mały nie odpuszczał:
-Pobrudziłaś, pjecieś widze…
-To nic, zaraz wytrę – powiedziałam i Mały dał plamie spokój. Umowa została wreszcie przeczytana i podpisana. Przyszła pora na podłączanie fantastycznego dekodera do telewizora. M przypadło trudne zadanie manewrowania odbiornikiem telewizyjnym, żebyśmy my mogły kabelki do różnych otworów powtykać. Wreszcie udało się. Pani poinformowała nas, że w tej chwili odkodowane są tylko dwa pogramy, żeby można było sprawdzić czy dany sprzęt działa. Sprzęt działał. Dowiedzieliśmy się jeszcze, że sygnał zostanie puszczony dnia następnego, po wklepaniu umowy do systemu. Mały i Duży zrobili smutne miny, bo mieli nadzieję, ze Disney zagości u nas jeszcze tego samego wieczoru. Blondynka szepnęła mi jeszcze tylko, że w razie gdyby żaden program nie pojawił się do godziny 15, mam dzwonić na infolinię (na tę samą, do której ostatnio próbowałam dodzwonić się 3 dni…). I powiedziała jeszcze, że w ramach promocji przez miesiąc mamy odkodowane wszystkie dodatkowo płatne pakiety programowe! Ucieszyłam się, bo na tych dodatkowo płatnych kanałach można czasem zobaczyć naprawdę fajny film. Miesięczne wyswobodzenie od wkółko powtarzanych filmów na różnych stacjach dostępnych na co dzień.
Rano dzieci wstały o 7 i od razu przygalopowały do pokoju wytrzeszczając się w dekoder.
-Mamusiu to już? Już jest Disney?
-No gdyby koordynator zaczynał pracę o 5 rano, to może już by był, ale zaczyna pewnie o 8 albo 9, więc musicie uzbroić się w cierpliwość.
Duży poszedł do szkoły mamrocząc pod nosem zaklęcia (ostatnio bawią się z kolegą w czarodziejów i Duży namiętnie uczy się zaklęć). Około godziny 10 pojawiły się pierwsze programy. Jeden po drugim wskakiwały na swoje miejsce ku uciesze mojej i Małego. A 15 minut wcześniej listonosz przyniósł mi nową partię materiałów do biżuterii, które zamówiłam dzień wcześniej. Wszystko wydawało się być w porządku, kiedy nagle odkryłam, że jednak nie wszystkie programy są. Brakowało mi Discovery, które oglądamy z Dużym, MTV, które brzęczy jak już naprawdę nic nie ma innego i paru innych. Zadzwoniłam na infolinię. Jakoś udało mi się dodzwonić w miarę szybko. Razem z oczekiwaniem na rozmowę i samą rozmową z uczynną panią, na słuchawce wisiałam jakieś pół godziny, więc wizja rachunku rysuje się w dosyć ponurych barwach. Tym bardziej, ze dzwoniłam w Nowy Rok za ocean i zamierzam jeszcze do GB. Wracając do tematu, pani w infolinii przejęła się problemem i naprawdę starała się mi pomóc. Kazała mi wciskać różne rzeczy na pilocie i odczytywać informacje. Później wysyłała jakieś sygnały do urządzenia, żeby się zesparowało z kartą. Albo może miało zrobić coś innego? W każdym razie coś w tym stylu. Niestety wszelkie zabiegi okazały się bezskuteczne. Wreszcie pani infolinia oznajmiła, że przyjmuje usterkę i wyśle technika, żeby zbadał dekoder i zaaplikował lekarstwo. Technik objawił się najpierw telefonicznie. Akurat jak kupowałam śrubkę do sanek Małego, w sklepie z tego typu artykułami. Zawiedziony moją nieobecnością w domu, zapowiedział się na wizytę za godzinę. Rzeczywiście po niecałej godzinie zadzwonił i z nadzieją w głosie zapytał „czy dotarła pani już do domu?”. No dotarłam. Akurat nakładałam obiad. Pan z radością oznajmił, że będzie za chwilę. I był. Wlazł do pokoju w butach. Ale tym razem jakoś umknęło to uwadze Małego. Pan sprytnie sprawdził, czy urządzenie działa tak jak rzeczywiście mówiłam, później odczynił na nim uroki, które i tak nic nie dały, wreszcie podłączył ustrojstwo do służbowego kabelka i nagle zaginione programy znalazły swoje miejsce. „It’s alive! Alive!!” – zakrzyknęło w mojej głowie. Na próżno. Po podłączeniu do mojego kabelka, kanały zniknęły ponownie. Ustaliliśmy wspólnymi siłami, że to kabel antenowy płata figle i trzeba go wymienić. Wcale mi się nie uśmiechało wspinanie po szafkach, wydłubywanie obecnie znajdującego się za nimi kabla, wyprawa do sklepu po nowy i wspinanie się na szafki w celu umieszczenia go na właściwym miejscu. No ale jak trzeba… Wlazłam pod telewizor w celu ustalenia który kabelek mam ciągnąć. I nagle coś przestało mi pasować… Kabel, który wg nas był do wymiany, wcale nie wyłaził zza szafek, tylko sięgał gdzieś głębiej w dół. Olśniło mnie natychmiast. Toż to nie kabelek antenowy zza szafy, bo ten tkwi w odtwarzaczu, tylko kabelek, którym połączyłam odtwarzacz z telewizorem! Ucieszyłam się ogromnie, bo kawał bezsensownej pracy mnie ominie. Pożegnałam pana i pognałam z dziećmi do sklepu po nowy kabel. Nabyłam go i z uśmiechem wróciłam do domu. Niestety… Kabelek okazał się mieć za wąską końcówkę i za cholerę nie da się go wcisnąć tam gdzie być powinien. Na razie więc zastosować musiałam połączenie proste antena-dekoder-telewizor. W najbliższym czasie muszę udać się na poszukiwania odpowiedniego kabelka, bo na razie Disney wystarcza, ale nie wiem co będzie jak się przypomni dzieciom, ze chciałyby obejrzeć coś na płycie lub (proszę się nie śmiać) kasecie VHS. I tak to w nasze życie wkroczyła cyfrowa telewizja. Aż się boję co będzie, kiedy zmienimy telewizor i dekoder na HD…