Wróciliśmy ze szpitala. Pobyt w tej zacnej placówce miałam urozmaicony jak nigdy. Byłam ja, Mały, Duży i jego fiksacje, lęki, nienawiści i milion innych spraw. Już na izbie przyjęć we wtorek wiedziałam, że będzie ubaw po pachy… Duży nie lubi innych ludzi. W sensie rasy, zachowania, narodowości, czy upośledzenia. Z racji swojego zaburzenia, nie umie też powstrzymać się od komentarzy. Więc kiedy na izbie przyjęć we wtorek zobaczyliśmy rosłego Afroamerykanina, z polską żoną i grubiutkim bobasem, pociemniało mi w oczach, całkiem słusznie zresztą, bo potomek umiłowany teatralnym szeptem oznajmił : mamo, Murzyn! Udało mi się dziecię zająć czymś innym ale kwestia koloru skóry i tak powracała. Na szczęście maluszek z rodzicami zostali umieszczeni na innym piętrze, więc Duży szybko o nich zapomniał. Przy czym warto wspomnieć, że ów człowiek, wyratował potem z opresji Małego, który zakleszczył się w huśtawce dla malutkich dzieci. Wlazł w nią bez problemu, ale z wyjściem nie dał rady. Pierwsza noc w szpitalu minęła bez większych zgrzytów. Drugiego dnia telewizor na pieniążki grał na stacji tv puls 2, bo tylko tam leciały jakieś bajki. Przy czym Duży przechodził samego siebie w zadawaniu głupich pytań typu: dlaczego Pippi jest taka silna? Dlaczego ci policjanci są tacy sami, tylko różnią się włosami? Co by było gdyby Gadget nie był taki głupi?… Oczywiście w szpitalu nie mieliśmy ze sobą żadnego tableta, laptopa i innych zajmowaczy. Stwierdziłam, że chłopcy odpoczną od elektroniki. Nie wzięłam pod uwagę tego, że będą ode mnie oczekiwać, że im ją zastąpię. Codziennie wieczorem szliśmy pod prysznic. Ludzi dziwnie patrzyli, jak szłam z 13 latkiem do damskiej łazienki, ale co miałam robić? Wleźć do męskiej w porze kąpieli? Duży mył się w miarę dokładnie, bo nie przepuściłam, stałam i patrzyłam, więc nie miał wyjścia. Po umyciu detali, typu stopy (słowa Dużego), ubierał się w piżamkę i wracaliśmy do sali. Po czym całą procedurę powtarzałam z Małym. Wracając do innych osób przebywających w oddziale… Pech chciał, że tego dnia w oddziale zameldowali się Cyganie. Z upośledzoną córką. Duży oczywiście wyjechał ze swoim: mamo! Cyganie! Po czym odwrócił się w ich stronę i całe szczęście w miarę po cichu powiedział: żryj gruz Cyganie! Już wtedy zapadłam się pod ziemię i udawałam, że mnie tam wcale nie ma, a ten chłopiec obok mnie, to nie moje dziecko. Później mama dziewczynki przyszła do naszej sali z prośbą, żebym pomogła odszukać jej na komputerze plik, bo ona nie miała okularów i nie widziała nazw. Kiedy wróciłam do moich synów , dziecko zdumione oznajmiło: mamo, ta Cyganka jest bardzo miła! Odetchnęłam z ulgą, myślałam, że już nic więcej pod adresem cygańskich pacjentów mojemu dziecku się nie wyrwie, niestety.. Dziewczynka tak sobie mnie upodobała, że przychodziła do mnie, wołała, żebym z nią spacerowała po korytarzu, przytulała się do mnie, a Duży z zazdrości aż kipiał.
– Mamo, powiedz jej, żeby spieprzała, albo ja to zrobię!
Trochę nerwy zaczęły mi puszczać i zaczęłam unikać dziewczynki. Wszystko wracało do normy, kiedy moja teściowa wypaliła: A Cyganie kradną! I cały cyrk zaczął się od nowa. Duży nie rozumie, że nie wszyscy Cyganie kradną. Kradną też Polacy, Amerykanie, Niemcy, a i inne narodowości też mają złodziei wśród swoich obywateli. Jednakże zdanie „Cyganie kradną” w opinii Dużego oznacza, że kradną WSZYSCY Cyganie, więc wpadł w panikę i nie pozwała mi ruszać się się z sali na krok. Kiedy ogarnęłam już temat przytulającej się do mnie małej Cyganki, przyszła do nas znajoma mama, która leżała w szpitalu ze swoim synkiem. Nasi chłopcy razem się bawili, a my umilałyśmy sobie czas rozmowami. Zapytała, czy mogłabym spojrzeć na jej syna i córkę, która przyjechała w odwiedziny do brata wraz z tatą, bo oni chcą wyjść na chwilkę. Dlaczego miałabym nie spojrzeć? Zgodziłam się. Na co Kuba wypalił: kurna, czy tu nie ma innych matek!? Umarłam. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać… W piątek od rana czekaliśmy na lekarkę i wypis. Od siódmej do dwunastej. Duży czekał podwójnie, bo jeszcze na tatę. M. przyjechał i ustawił nas oboje do pionu słowami: żono, ty się nie nakręcaj! A ty Duży nie nakręcaj się od mamy, bo oboje jesteście upierdliwi! No i jakoś udało nam się dotrwać do wizyty lekarki. Wyszliśmy ze szpitala około 12.30. Po przyjeździe do domu, zostawiłam chłopaków z M. i pojechałam odpocząć do Fundacji. Przy okazji zaopatrzyłam się w sorry cards, ponieważ we wtorek czeka nas ośmiogodzinna podróż pociągiem do Świnoujścia. Wagonem bez przedziałów. Mam nadzieję, że nie będą jechać z nami żadni Murzyni, Cyganie i niepełnosprawni, w przeciwnym razie rozdam wszystkie sorry cards i zejdę na zawał z nerwów.
Jeśli chodzi o Małego, to czas w szpitalu upłynął mu na bronieniu się przed bratem. Poza tym przez trzy godziny dziennie, mogliśmy siedzieć na placu zabaw obok szpitalnego budynku, wtedy chłopcy (moi i nie moi), łapali patyki, kamyki i co tam jeszcze było pod ręką i bawili się w strzelanki znane z gier na PS3, PSP i komputer. Mały znalazł gruby kij, biegał z nim na ramieniu i wołał:
– Mamo, czy mogę zabrać do domu moje ruskie RPG? 😀
Miał na myśli bazookę.. 😉