Jestem stara… To już oficjalnie powtwierdzone.. Dowiedziałam się o tym w swoim ulubionym klubie. Ćwiczonka były jak zwykle fajowe. Układzik miły i przyjemny, szkoda tylko, że jestem sztywna w górnych częściach kręgosłupa i nie mogłam machać łapami. Po zajęciach stałam sobie przy recepcji i plotkowałam z instruktorką, i managerką, kiedy one nagle zaczęły się umawiać na jutro, na jakiś wypad na miasto chyba. Mówiły coś o jakiejś czekoladzie i o muzyce.. Co za cholera? Jaka czekolada? Jaki black? Całkiem niedawno sama szalałam w dyskotekach z koleżankami, a teraz? Nawet nie wiem jakie kluby są popularne… I w ogóle nie wiem jakie kluby są w moim mieście… Powiedziałam: „jeja, ale ja jestem stara, wogóle nie wiem o czym wy mówicie” i wylazłam z klubu. Na dole spotkałam dziewczynę, która ćwiczy ze mną w grupie. Jakoś tak się utarło, że raczej mówimy sobie po imieniu, a ona natomiast zwróciła się do mnie per „pani”… Wyciągęłam rękę, przedstawiłam się i powiedziałam, że nie jestem żadna pani i proszę do mnie po imieniu. A ona na to: „ale mi jest tak głupio, bo przecież w końcu jesteś STARSZA…”. No i mam. Jestem stara. Nic tylko usiąść i czekać na śmierć. Dobrze, że przy okazji jestem też dobrym człowiekiem, na co dowód również dzisiaj zdobyłam. Powiedziała mi o tym pewna bardzo sympatyczna szczurzyca. Tzn samica szczura. Takie zwierzątko. Nie dorwałam go na ulicy, proszę sobie nie myśleć. Wlazłam z Małym Trollem do sklepu zoologicznego. Mały Troll chce się skichać jak widzi zwierzątka na wystawie sklepu, więc łazimy tak sobie i oglądamy różne rybki, ptaszki, gady i płazy. Przy czym zaczyna to denerwować sprzedawców, bo liczą na to, że w końcu coś kupię, ale ja nie mam zamiaru. Nie dlatego, ze nie lubię, bo lubię. Niektóre gatunki to nawet uwielbiam. Ale niestety nie ma u nas ani miejsca, ani czasu na zajmowanie się zwierzątkiem. Tak więc obrałam pewną taktykę, dzięki której niedługo chyba stanę się ekspertem w dziedzinie wiedzy o egzotycznych i rodzimych stworzonkach. Mianowicie: wchodzę do sklepu, a właściwie zostaję wciągnięta tam siłą przez Małego Trolla. Mały lata sobie między akwariami i klatkami ja natomiast obserwuję sprzedawcę. Jeśli nie zwraca na mnie uwagi, to łażę sobie z Małym Trollem, jeśli natomiast widzę, że sprzedawca bije się z myślami, czy coś kupię czy nie, podchodzę do niego i pytam o jakiś gatunek rybek, ptaszków czy innych stworzeń. Wypytuję dokładnie co jedzą, w jakich warunkach trzeba je trzymać itd itp. Po skończonej konwersacji mówię niby do Trolla: no dobra to teraz musimy tylko zapytać o zdanie tatusia i może na gwiazdkę pomyślimy o jakimś zwierzątku. Mały Troll nie zwraca najmniejszej uwagi na moje gadanie, natomiast sprzedawca uśmiecha się do mnie i widzę po minie, że liczy na to, że szybko wrócę i dokonam odpowiednich zakupów… No ale nie o tym miałam pisać, tylko o szczurzycy. Otóż wlazłam właśnie do jednego z zaprzyjaźnionych sklepów, w którym nie muszę odwalać szopki, bo pani wie, że my tylko oglądamy, a tam między szafką z akwarium a wagą, siedzi sobie wyżej wspomniana szczurzyca. Wcale bym jej nie zauważyła, gdyby nie to, ze Troll stanął na środku sklepu jak zaczarowany wlepiając oczka w siedzące sobie na ladzie stworzonko. Troll wytknął środkowy palec (używa go zamiast wskazującego :D) i zapiszczał: „mamusiu, mamusiu zobacz co tam siedzi za potwór..”. Mamusia zobaczyła i lekko się otrząsnęła. Albowiem za szczurami i myszami nie przepada, ze względu na ich ogony.. Cała reszta mi się podoba. No ale przecież dziecko patrzy. Nie mogę się bać bardziej niż on.. Wyciągnęłam palec (wskazujący) w stronę Tosi, bo takie śliczne imię nosi szczurzyca. Obwąchała mnie dosyć dokładnie. Pomyślałam „raz kozie śmierć” i wyciągnęłam ku niej całą dłoń. A ona sobie po prostu na nią weszła… Obwąchała dokładnie mój rękaw i przysiadła na chwilkę w okolicy łokcia. Troll już dawno stracił zainteresowanie „potworem”, no bo skoro mama pozwala, żeby spacerował sobie po jej ręku, to nie może być nic ciekawego.. Poleciał sobie po prostu oglądać króliczki i już. Ja natomiast stałam z reklamówką w jednym ręku, a ze szczurem na drugim. I patrzyłam. Na ten obrzydliwy ogon.. „Żeby tylko nim nie machnęła, żeby tylko nim nie machnęła” powtarzałam w myśli. Tosia natomiast ruszyła tyłek i podążyła w górę mojej ręki. Wlazła mi na szyję.. Ogon miałam tuż przed nosem i stałam jak sparaliżowana. Tośka szalała na moim karku… Za chwilę poczułam ją w kapturze. Zdaje się, że było jej tam całkiem miło, bo wcale nie chciała wyłazić. Pani sprzedawczyni natomiast raczyła mnie opowieściami o swojej pupilce i jej upodobaniach kulinarnych. Okazało się, że Tosia uwielbia cukierki, kawę, herbatę, ciasto, słodycze i… piwo :D. Piwa nie miałam, ale miałam ptysie. Takie pyszne, malutkie ptysie z bitą śmietaną. Pomimo tego, ze Tosię polubiłam, chciałam, żeby już wylazła z mojego kaptura, zabrała z niego swój ogon i poszła sobie do swojej pani. Wyjęłam ptysia. W kapturze nastąpiło wyraźne poruszenie i pyszczek Tośki poczułam tuż obok swojego policzka. Zlazła po moim ręku na ladę, porwała ptysia i ukryła się w kąciku celem konsumpcji łupu 🙂 Pani sprzedawczyni natomiast wyjawiła mi sekret, że Tosia nie do każdego podchodzi, nie mówiąc już o włażeniu na różne osoby. Wybiera sobie tylko te, które jej się podobają i stąd wiadomo kto jest dobry, a kto nie… Tak więc nie ma tego złego… Jestem stara, ale dobra. I mam nową przyjaciółkę. Tosię.
Ludzie listy piszcie
Czekam. Aż ktoś do mnie napisze. Sprawdzam pocztę co chwilkę jak jakaś nawiedzona. Chcę, żeby ktoś do mnie napisał. Znajomy. Na razie pisze do mnie tylko mama. I jeszcze taki jeden, co pisze codziennie i na każdą pocztę. Oferuje mi tysiące niepotrzebnych rzeczy a przede wszystkim Viagrę (przepraszam bardzo, na co mi viagra?). Spam się nazywa. A w skrzynce pocztowej znajduję tylko rachunki. I to co miesiąc wyższe Myślę sobie o różnych rzeczach. I o ciastkach, które dzisiaj kupiłam, bo są dobre, a których chyba zjadłam za dużo, bo teraz mi źle. Cieszę się, że puścili w tv "Przystanek Alaska". Od tego serialu robi mi się ciepło w środku. Bo mam dużo dobrych wspomnień z nim związanych. Nadawali go w niedziele na dwójce w czasach kiedy były tylko dwa programy telewizyjne. Oglądałam serial z mamą w telewizorze marki Rubin. Oj lubiły wybuchać te Rubiny, lubiły.. Ale nasz sprawował się dzielnie baaardzo długo. I nie wybuchł ani razu! Popijam miętę, bo ciastka chcą mi uszami wyskoczyć. Przypomniało mi się, że przed "przystankiem" oglądałam inny serial, od którego też mi się robi ciepło. "Autostrada do nieba". Oglądaliśmy całą rodziną. I to był prawdziwy serial familijny. Z czasów kiedy moja mama i mój tata byli jeszcze mężem i żoną, a ja myślałam, że zawsze będę szczęśliwa, a rodzice zawsze będą się kochać. Dzięki "autostradzie" wierzyłam w anioły i czekałam codziennie na spotkanie z jakimś. Teraz już nie ma takich seriali. Moje dzieci oglądają jakieś Teletubisie, Naruto czy inne pokekupy. Ja oglądam rzadko, chyba, że wieczorem jak Trolle śpią. Małżowinek ogląda jeszcze rzadziej niż ja, a jeśli już to tvn turbo, które trudno nazwać telewizją familijną…
A dzisiaj amerykanie wybierają prezydenta. Wcale im nie zazdroszczę.
Niech ktoś do mnie napisze. Proszę. Zwykły list. Zwykłe słowa. O tym jak spędził dzień, jak się czuje. Dlaczego nikt nie chce pisać?
Mikołaj na horyzoncie :D
Pół dnia spędziłam wczoraj grzebiąc w internecie w poszukiwaniu jakichś owocowo pachnących pluszaków, które moje starsze dziecko wylukało w reklamie telewizyjnej. Od tamtej pory nastąpiło istne szaleństwo. Dzieci jak tylko słyszą, że mamusia idzie do sklepu, zaraz lecą jak opętane ze swoimi skarbonkami i każą pieniądze brać, i pachnidła z futrem kupować. Nieważne, że mamusia idzie do warzywniaka… Będąc wczoraj w Tesco, Starszy Troll przeciągnął mnie po zabawkowym w poszukiwaniu owego stworzonka, które jak się okazało nie tylko pachnie, ale zwija się jeszcze w kulkę, co podobno dodaje mu atrakcyjności. Znalazłam wreszcie te perfumowane stwory. Najpierw na allegro. Cena była wysoka, ale niższa niż w sklepie internetowych. Bo w Tesco wogóle nie było. Jakoś nie uśmiecha mi się wydanie 160 zł na dwa pachnące pożeracze kurzu. W dodatku jakoś wygląda mi to raczej na zabawki dla dziewczynek.. I co tu zrobić z tym fantem? Poszłam po rozum do głowy. Przeszukałam strony internetowe sklepu, w którym moja mama zaopatruje Trolle w różne porządane przez nich zabawki. Okazało się, że stwory są dostępne w cenie o połowę niższej niż w Polsce i na dodatek w jakichś zupełnie innych kształtach i zapachach. Tak więc babcia została poinstruowana co do prezentów gwiazdkowych dla wnuków, jako, że i tak od jakiegoś czasu zamęczała ich pytaniami: „co byś chciał dostać od Mikołaja???”. I tym sposobem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, Mały Troll stanie się posiadaczem pieska o zapachu pineappla. Ten drugi pluszak to Pinky Berry Scented Kitty, którego zażyczył sobie Troll Starszy. Sprawa została załatwiona w miarę szybko i oczywiście bez informowania Trolli, które wiedzą, że misie dostaną jak cena trochę spadnie, bo inaczej miałabym zawracanie głowy do samego Bożego Narodzenia. Dodatkowo Starszy Troll załatwił sprawę drugiego prezentu z dziadkami od strony tatusia. Zażyczył sobie jakąś fabrykę kosmitów, także reklamowaną w tv. Cholercia a ja jak zwykle w najgorszym położeniu, bo prezenty będę musiała sama wymyślać. Przy okazji prezentów, mój Małżowinek również wyłuszczył mi swoją zachciankę. Otóż mam mu zakupić nowiuśki samochód, za cenę tak horrendalnie wysoką, że nawet już zapomniałam jakiej marki ma być.. W zamian za przecudne autko, mój przecudowny M obiecał obdarować mnie… żyrafą! 😀 Już sobie wyobrażam, jak cudne zwierzę pasie się pod moim balkonem, 11 piętrowego wieżowca, w którym mieszkam… Miny sąsiadów zapewne bezcenne. Póki co jednak, z braku oryginału, moje zwierzątko domowe oglądam sobie na zdjęciu, własnoręcznie przeze mnie wykonanym zresztą 😉

Święta w tym roku zapowiadają się cudownie!
Mamunia
Zbliżają się imieniny mojej teściowej. Z tej okazji zostaliśmy dzisiaj zaroszeni na obiad. Dzieci się ucieszyły, bo mimo tego, że babcia i dziadek mieszkają bliziutko, to widują się baaaaardzo rzadko. Ponieważ o zaproszeniu na obiad dowiedziałam się zaledwie wczoraj, dzisiaj rano po sniadaniu 4/4 naszej rodziny dziarsko wyruszyło do Tesco w poszukiwaniu stosownego prezentu. Niestety niełatwo jest coś dla niej wybrać. Z tego co pamiętam jeszcze nigdy nie była zadowolona z żadnego upominku. Ani od nas, ani od swoich uczniów, ani wogóle od nikogo chyba… Mało tego, nie umie się powstrzymać przed krytyką i okazaniem niezadowolenia. Nie cierpię kupowania prezentów dla niej, a jeszcze bardziej nie cierpię wręczania ich, zwłaszcza przy obcych osobach. Łaziliśmy po cholernym Tesco godzinę. Wybrałam miniaturową różyczkę w doniczce jako część kwiecistą, ale wciąż pozostawała kwestia upominku. Naprawdę nie wiem już co jej kupować. Przeszłam półki z akcesoriami kuchennymi, wazonami, świecami, perfumami, ciuchami itd, itp. Wreszcie zatrzymałam się na kosmetykach. To chyba będzie najbezpieczniejsze, bo nawet jeśli ekskluzywnego płynu do mycia ciała nie zużyje zgodnie z przeznaczeniem, to już mnie nie interesuje czy umyła nim kibel, wannę czy wylała do zlewu, byle nie komentowała. Wybraliśmy kosmetyk do twarzy, który sama z chęcią bym wypróbowała. Zostawiłam Małego Trolla z M w pasażu, porwałam Starszego Syna i pędem pobiegłam do kościoła, bo zbliżała się pora mszy dla dzieci, w której z racji zbliżającej się komunii świętej musimy uczestniczyć. Po mszy dotarliśmy do domu, żeby szybciutko się przygotować do wyjścia. Weszliśmy do rodziców. Starszy Syn wręczył babci prezent, a Mały Troll kwiatka. Babcia zajrzała do torebki, wyjęła kosmetyk nad którym zastanawialiśmy się pół godziny i powiedziała: „a do czego to?, aaaa do twarzy, no baardzo fajny”, po czym zwróciła się do teścia: „Jacek zdaje się, że to się dobrze pieni, to będzie w sam raz dla Ciebie do golenia”… Zajebiście. Uroczyście oświadczam, że nigdy więcej nie kupię prezentu mojej teściowej. Jeśli kiedykolwiek zacznę przejawiać jakieś dobre chęci w tym kierunku, proszę mnie trzasnąć po łbie czymkolwiek i przypomnieć aktualną notkę..
Śpieszmy się kochać ludzi…
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
Ks. Jan Twardowski
Wszystkim tym, którzy odeszli. (*)
Piątek:
Poznałam wczoraj przecudnej urody kilkutygodniowego szczeniaka. Psina należy do mojej dobrej koleżanki. Jest rasy rottweiler. Piesek oczywiście, nie koleżanka. Kilka dni temu napisała do mnie, że jej suczka niestety zakończyła życie. Była kaleką i ciężko było się nią zajmować, ale Ann się nie zniechęcała i dziarsko opiekowała się suczką. Mały szczeniaczek zajął jej miejsce. Oczywiście musiałam polecieć obejrzeć małe cudo i natychmiast się w nim zakochałam! Co za wdzięk i styl! Weszłam do mieszkania z moim Małym Trollem. Piesek siedział na środku kuchni i przyglądał mi się ciekawie. Nie miał zamiaru podejść bliżej, dopóki Mały Troll nie zdjął bucików. Szczeniaczek popatrzył z zaciekawieniem na dyndające z butów mojego Trolla rzepy i najwyraźniej uznał to za zaproszenie do zabawy. Ostrożnie podniósł się i zaczął zmierzać w kierunku dyndadeł. Niestety, Ann spostrzegła w porę co się święci i schowała buciki do szafki. Zawiedzione szczenię z nudów przyszło sobie mnie obejrzeć. Wyciągnęłam do niego rękę, obwąchał ją bardzo dokładnie, po czym skosztował samym czubeczkiem milusiego jęzorka. Musiało mu zasmakować, bo po chwili chwycił moją rękę ostrymi ząbkami i najwyraźniej postanowił zanieść ją sobie pod łóżko w celu obgryzienia dokładnego. Niestety okazało się to niemożliwe, bo cała reszta mnie okropnie psinie ciążyła. Zawiedziony usiadł przede mną i zaczął wypatrywać czegoś, co mógłby z powodzeniem zataszczyć w najdalszy kąt i wrąbać z dala od wścibskich i nieporządanych oczu. Znów wyciągnęłam dłoń, ale psina popatrzyła na mnie wzrokiem, z którego mogłam wyczytać: „no i na co mi te twoje grabie?”. Wymyśliłam inną zabawę. Położyłam dłoń na dywanie i poruszałam palcami. Psinka zainteresowana rozpoczęła polowanie na „pająka”. Rzucał się na moją rękę wędrującą po dywanie, uszyska jego powiewały jak dwie flagi, a psina z zapamiętaniem próbowała mnie choćby uszczypnąć. Wreszcie „pająk” postanowił zapolować na psiaka. Poczekałam kiedy jego pyszczek zbliży się do mojej dłoni i musnęłam go lekko po nosku wydając przy tym lekki warkot. Nie przypuszczałam, że jego reakcja będzie taka.. Dzielny szczeniak tak się przestraszył, że rzucił się do ucieczki i jednym susem znalazł się pod łóżkiem w najciemniejszym miejscu. Jednakże dał się stamtąd szybko wywabić. Ponieważ byliśmy już prawie przyjaciółmi, przyszedł do mnie i wlazł mi na kolana, bardzo zainteresowany z kolei moimi wiszącymi kolczykami. Oparł o mnie przednie łapki i wspiął się do moich uszu, próbując ukraść prawy kolczyk. Przechyliłam się do tyłu i razem wylądowaliśmy na podłodze. Psina oszalała ze szczęścia! Natychmiast wpakował mi łapę do oka i zajął się moimi włosami, które ledwo co odrosły i sterczą mi każdy w inną stronę. Umiejętności fryzjerskie wesołego psiaka jednakże nie zdały się na nic. Z zapamiętaniem tarmosił moją czuprynę, wpychał się pod moją głowę i podgryzał kark.. Dawno się tak nie ubawiłam. Mały Troll siedział na fotelu, obserwował wszystko z bezpiecznej odległości i zaśmiewał się do łez. Ann też.. Kiedy od niej wychodziłam, widziałam smutek w oczach mojego małego przyjaciela. Chyba muszę go niebawem znów odwiedzić 😀 Oto słodka psina w całej okazałości:

W tle widać ręce i nogi Ann.
Wieczorem jak co piątek poszłam na „Zdrowy kręgosłup”. Lojalnie uprzedziłam prowadzącą zajęcia, że będę się bardzo lenić z powodu sobotniego połamania w odcinku piersiowym kręgosłupa. Dżoana łaskawie wyraziła zgodę na moje lenienie się i weszłyśmy na salę. Było nas mniej niż zwykle, pewnie ze względu na dzisiejsze święto. Panie ogólnie były bardzo pobudzone i opowiadały ile grobów posprzątały, jak bardzo się nachodziły i ile cmantarzy mają do odwiedzenia dnia następnego. Położyłyśmy się na matach i zaczęły się ćwiczenia. Najpierw ramionka, później nóżki aż wreszcie bioderka. Dżoana poprosiła, żebyśmy położyły się na pleckach i zaczęło się machanie nóżkami… Oczywiście nie obyło się bezwzajemnych zderzeń a to ręką, a to nogą, ale wyjątkowo żadna z pań nie uraczyła mnie kopniakiem w głowę, ani machaniem skarpetkami tuż przed nosem. Już myślałam, że tym razem zajęcia miną mi w przyjemnej i błogiej atmosferze, aż tu nagle Dżoana wymyśliła kolejną torturę. Mianowicie z pozycji krzesełkowej miałyśmy złączyć stopy podeszwami, po czym przyciągać je do brzucha jednocześnie starając się rozłożyć kolana jak najgłębiej na boki, żeby rozciągnąć biodra. Przy drugim bodajże powtórzeniu ćwiczenia, gdzieś po lewej stronie, tuż nad moją głową rozległo się cichutkie prrrryk… Hmmm. Może się przesłyszałam? Przy kolejnym powtórzeniu znów dało się słyszeć owe prrryk, tym razem już głośniejsze i jakby bardziej śmiałe. I tak już zostało. Co przyciągałyśmy te stopy do brzucha, to za moją głową słychać było prrrryk, prrrryk, prrryk… Miałam już trochę dosyć i zaczęłam się kręcić ze zniecierpliwieniem. Nie wiem czy inne panie usłyszały cokolwiek, ale przypuszczam, że tak, skoro ja wcale nie leżałam najbliżej osoby wydającej z siebie te hmm pomruki.. Na szczęście w chwili, kiedy już prawie miałam coś powiedzieć, Dżoana zaproponowała końcowe ćwiczenie relaksujące, przy którym odprężyłam się tak, że przestało mi się chcieć zwracać uwagę na jakieś tam prrrryki czy inne mruki. A najgorsze jest to, że zapomniałam się przyjrzeć owej pomrukującej pani, żeby na przyszłość unikać jej bliskości na kolejnych ćwiczeniach, ech.
P.S. Od kilku dni zastanawiam się nad przeniesiem na stałe do serwisu blox.pl. Do tej pory miałam bloga w innym serwisie, ale jakoś mi przestało odpowiadać tamto miejsce. Dlatego prowadzę podwójne „życie blogowe” ;p
Dzień Świra
Jechałam dzisiaj windą z Małym Trollem, kiedy nagle dziecko spytało: „mamo, a dlaczego ta winda jedzie na dół?”. Odpowiedź sama cisnęła mi się na usta: „a gdzie ma jechać, w bok?”. Ledwo te słowa wypowiedziałam, uświadomiłam sobie, że użyłam wypowiedzi Adasia Miauczyńskiego z filmu „Nic śmiesznego”. Lubię filmy z tej serii. Zaczęłam się zastanawiać, czy skoro użyłam tego właśnie cytatu, bez zastanowienia, to czy i ja czasem nie jestem takim samym świrem jak rzeczony Adaś? Hmm, pomyślmy.. Co jeszcze łączy mnie z tym osobnikiem. Kiedy byłam mała, zawsze starałam się wstawać prawą nogą, żeby mieć dobry humor. Jeśli jakimś cudem zdarzyło mi się, że podłogi najpierw dotknęłam nogą lewą, natychmiast rzucałam się spowrotem na łóżko i wstawałam nogą właściwą. Nigdy nie chodziłam po popękanych płytach chodnikowych, ani po ich łączeniach. Figurki na segmencie musiały stać w określonej kolejności. Jadąc windą liczyłam do 10. Na szczęście to wszystko mam już za sobą. Przestałam liczyć i przejmować się opękanym chodnikiem. Później przyszła pora na inne dziwne rzeczy. Przed zaśnięciem milion razy sprawdzałam czy gaz jest zakręcony, czy drzwi zamkniete na dwa zamki, czy lodówka domknięta. Co gorsze zaraziłam tym swojego M :D. On jest chyba teraz gorszy niż ja, bo to on odwala za mnie całą tą lataninę wieczorną. Ja sobie leżę i się nie przejmuję, bo wiem, że on sprawdzi. Myślę, że jest to dla niego męczące. Dla mnie było 😀 Do mnie problem powraca, kiedy muszę wyjść z domu. Dzisiaj przed wyjściem sprawdziłam cztery razy gaz, trzy razy okna i kilka razy lodówkę. Kiedy w końcu udało mi się wyjść i zamknęłam drzwi na klucz i sprawdziłam kilka razy czy aby na pewno są zamknięte, zaczęła gnębić mnie myśl, czy aby na pewno gaz był zakręcony??? Na szczęście przyjechała winda, wsiadłam, ruszyliśmy i natychmiast zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno zamknęłam drzwi… Na szczęście syneczek wyskoczył z tym fantastycznym pytaniem i zapomniałam o drzwiach, gazie i innych duperelach. Kiedy o czymś zapomnę, a zamknę już drzwi i muszę się wracać do domu, przysiadam na chwilkę i liczę do 10, bo jak powszechnie wiadomo cofanie się do domu przynosi pecha a przysiadanie, ma tego pecha odwrócić.. No i co? Wychodzi na to, że jednak jestem świrem. Na szczęście nie tylko ja. Na różnych forach trafiałam na wątki o dziwactwach, które są nieodłącznymi elementami naszego życia (patrz linki z lewej strony :D). Martwię się tylko tym, że niedługo może się okazać, że żyjemy w społeczeństwie świrów, a osób normalnych w otoczeniu brak. I wcale nie mówię tu o sytuacji mającej miejsce między dwoma wysoko postawionymi urzędnikami państwowymi, przed szczytem UE… 😉 Jednak mimo tego, że to sprawdzanie jest bardzo, baaaardzo męczące, lubię swoje małe odchyły, bo bez nich byłabym tylko zwykłą kurą domową, a tak jestem lekko ześwirowaną mamuśką dwóch Trolli 😀
Paznocheć Feldfebla
Moja mam miała kiedyś koleżankę. Bardzo dobrą. Znały się kupę czasu. Przyjaźniły na śmierć i życie. Mój dad i mąż tejże przyjaciółki służyli razem w wojsku. Spotykali się co tydzień, wyjeżdżali razem na wakacje pod namioty, domki i inne takie. Przyjaciółka z mężem mieli córkę. Córka była moją najlepszą przyjaciółką, innych nie miałam okazji posiadać, bo tylką ją widywałam przez dłuższy czas. W lecie siadałyśmy na którymś z balkonów (10 piętro u mnie, 9 u nich), zwieszałyśmy nogi przez dziury w barierce i tak sobie nimi dyndając rzucałyśmy czym popadnie w dzieci bawiące się na dole. Zazwyczaj były to ogryzki jabłek. Praktykowałyśmy tę sztukę przez dosyć długi okres czasu, dopóki moja mam nie nabrała podejrzeń co do ilości zjadanych przez nas jabłek i znikomej ilości ogryzków po nich. Reprymendę i ból w tyłku pamietam do dzisiaj. Przyjaciele rodziców lubili zwierzątka. Mieli jamnika Agę. Kiedy Aga była już w dosyć podeszłym wieku i nie poruszała się tak bardzo żwawo, lubiła sobie leżeć w przedpokoju. Byliśmy wtedy u nich na sylwestrze. Ludzi zaproszonych było chyba sporo, bo w przedpokoju stało pełno butów. Światło było zgaszone, a ciotka szła z tacą pełną szklanek. Drogę jej oświetlały lampa z kuchni i światło z dużego pokoju. Szła rozkopując po drodze porozwalane buty. W pewnym momencie usłyszałam psi skowyt. Wszyscy polecieli oglądać co też się stało. Zastali ciotkę w pozycji klęczącej przepraszającą starego jamnika za sprzedanego kopa: „przepraszam cię Agusiu, pani myślała, że to kozak..”. Ciotka była fajna, ale robiła okropne błędy językowe. Na przykład mówiła ocheć i paznocheć zamiast łokieć i paznokieć. No ale czego można się spodziewać po kobitce, którą własny mąż nazywa Walerkiem? Mam mówiła, że wujek w chwilach przypływu uczuć nazywał ciotkę także Feldfeblem… Ciekawe czy to mu zostało. Nie mam z nimi żadnego kontaktu, ponieważ mam pokłóciła się z Walerkiem z jakichś bliżej mi nie znanych przyczyn i zerwały wszelkie stosunki jakieś 20 lat temu. Siedziałam dzisiaj w szkolnej szatni czekając na mojego syna, kiedy przede mną przemaszerowało dwóch chłopców i jeden powiedział do drugiego: „nie za wcześnie WYSZŁEŚ??”. No i przez to „wyszłeś” przypomniał mi się ocheć i moja ciotka Feldfebel 🙂
Pieskie życie..
Sąsiad wsiadł do windy ze ślicznym szczeniaczkiem na ręku. Piesiuś był podobny do mojej suni z czasów jej szczenięctwa. Nawet biały krawacik miał identyczny. Sunia została uśpiona jakoś ze 3 lata temu, bo była chora i cierpiała. Ja też cierpiałam. Tęsknię za nią do bólu. Szczeniaczek popatrzył na mnie swoimi koralikowymi oczkami. Nie wytrzymałam i wyciągnęłam do niego rękę. Psina natychmiast zainteresowała się moim kciukiem, wpakowując go sobie do pyszczka. I gdy mnie tak podgryzała ostrymi jak szpileczki ząbkam, dowiedziałam skąd się wzięła. Jakiś ktoś, kogo miałabym chęć najszczerszą obrzucić najgorszymi epitetami, wyrzucił psinę w zawiązanym worku na śmieci do śmietnika. Sąsiad przechodził, usłyszał i tym sposobem ma ślicznego i wesołego piesia, który z pewnością obdaruje swojego wybawcę szczerą miłością i oddaniem.
Pierwsza notka trochę smutnawa mi wyszła, ale nie mogłam przejść obojetnie obok tego wszystkiego, szczególnie patrząc w te czarne, błyszczące koraliki psiny z zapałem ciućkającej mojego kciuka…