Z domu wyszłam około 6.30 rano, żeby zdążyć na autobus, który w dni powszednie przyjeżdża na przystanek o 6.45, a że jestem gapą i zapomniałam, że to była sobota, musiałam odczekać dodatkowe karne 5 minut. Zimno nie było, ale przy każdym oddechu, z ust leciała para. Na przystanku kręciło się kilka osób, wszyscy ubrani bardziej stosownie do pory dnia i temperatury, niż ja. Jedna Pani, w żakiecie, długich spodniach i apaszce zaplątanej ciasno wokół szyi, z politowaniem patrzyła na moje gołe nogi i rękawy bluzy podciągnięte do łokci, bo są za szerokie i mnie denerwują jak obijają mi się o nadgarstki. Jedynie torba podróżna, która spoczęła obok mnie na ławce i kubek termiczny z gorącą herbatą, dawały ludziom do zrozumienia, że czeka mnie długa podróż, w trakcie której na bank zdąży się wypogodzić i wtedy mój ubiór stanie się jak najbardziej odpowiedni. Bo właśnie zaczynałam podróż na Śląsk, gdzie miał się odbyć Piknik dla Rodzin Dzieci z Autyzmem. Umówiłam się z jedną Koleżanką i jej Synkiem (autystyk, jak i moi), na drugim końcu miasta. Zabrali mnie spod hipermarketu i pojechaliśmy. Podróż mijała szybko i przyjemnie. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, robiło się coraz cieplej i cieplej. Rozmawialiśmy sobie po drodze o różnych sprawach. Synek opowiadał mi o swojej nowej pasji: wieżowcach. Kiedyś miał okazję obejrzeć widok z mojego balkonu. Powiedział wtedy:
– Ciociu, u Ciebie jest widok jak z Pałacu Kultury!
Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób, ale dzięki temu jednemu zdaniu, poczułam, że wreszcie mój dom jest dla kogoś atrakcyjny 😉 Synek ma również inne zainteresowania. Na przykład lubi pociągi, szczególnie Tomka. Nie wiem co ta bajka ma w sobie takiego, że większość autustyków ją uwielbia, przez co ich rodzice tracą fortuny na kolejne modele Tomka i jego przyjaciół 😉 Synek uwielbia też wiatraki. Jego marzeniem jest wejść do kabiny nowoczesnego wiatraka i zobaczyć jak tam jest. Tak wysoko, wysoko… Cudownie jest mieć takie marzenia. Takie po prostu… Nie żadne góry pieniędzy, czy nie wiadomo co jeszcze. Po prostu. Wejść do wiatraka. Dzięki niemu przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie marzyłam o szabli muszkietera. Była droga, ale moja babcia stała ze mną w kilometrowej kolejce w DH Central, żeby mi ją kupić. Byłam potem najlepszym Atosem ever!
– Mów do mnie ładnie i z sensem! – mawia Synek. Więc przez 3 godziny jazdy, obie starałyśmy się z całych sił mówić ładnie i z sensem. Czy wiecie jakie to jest trudne? Bo to co dla nas ma sens, nie zawsze jest takie dla autystyków. I jak się dobrze zastanowić, to tylko ONI mówią z sensem i logicznie do bólu.
Małgorzata, pracownica JiM, opowiedziała mi, jak rozmawiała z moim synem. Z Dużym. Wszystko odbyło się w Fundacji w pokoju Małgorzaty i Prezesa Marcina.
– Duży, przesuń to krzesło. – poprosiła Małgorzata.
– Ale jak? – zapytał Duży?
Czy to było pytanie z sensem? Dla większości z nas, to zwykłe pytanie. Nikt by się nie zastanawiał jak przesunąć krzesło, tylko po prostu by to zrobił. Tymczasem Duży, posiadacz ZA, musiał mieć konkretną wskazówkę. Czy krzesło przesunąć w prawo, w lewo, w tył…? Najbardziej sesnowne pytanie świata 😉
Więc mówienie z sensem jest naprawdę trudne. Zwłaszcza przez trzy godziny w samochodzie.
Na miejsce dojechaliśmy koło południa. Przywitała nas głośna muzyka i zajęcia Zumby. Bardzo chciałam na nie zdążyć i wziąć udział, ale już po pierwszym spojrzeniu wiedziałam, że nie dam rady. Z moim starym kręgosłupem, wypadniętymi dyskami i dyskopatią, nie mogę trząść każdą kończyną oddzielnie. Skończyło się na patrzeniu i wzdychaniu. Poszliśmy obejrzeć nasz pokój do spania. Okazało się, że mamy piętrowe łóżko!
– Hura! – ucieszyłam się. – Wreszcie będę spała na górze!
Górne łóżko było wąskie, przeznaczone dla jednej osoby. To na dole było szerokie, możnaby spać na nim nawet we trójkę.
– Mama! Piętrowe łóżko! Będę spał na górze! – zaraz po mnie ucieszył się Synek Koleżanki.
– No dobra, to my na dole. – Postanowiłyśmy.
– Mama, ale Ty położysz się ze mną!? – Synek wykazał jednak zaniepokojenie. W rezultacie Koleżanka z Synkiem spali we dwójkę na pojedynczym łóżku na górze, a ja rozwalałam się w pojedynkę na wielkim łożu na dole.
Wieczór należał do najmilszych. Usiedliśmy sobie przy stołach, jedliśmy i piliśmy, a Adam grał na gitarze i śpiewał. My też śpiewaliśmy. Śmialiśmy się przy tym i wygłupialiśmy, że poczułam się zupełnie wyluzowana, bez zmartwień, bez smutków i trosk. I tak sobie siedzieliśmy do późnej godziny i cieszyliśmy się sobą 🙂
Dziś wstałam wcześnie. 7.30. Na zewnątrz nasi Gospodarze już się kręcili i przygotowywali śniadanie. Znowu usiedliśmy wszyscy razem, jakbyśmy to robili codziennie. Bez barier, bez wstydu, bez zacięcia. Wszyscy ze wszystkimi.
Nigdzie się tak dobrze nie czuję jak na spotkaniach Klubu Rodziców. Czy to Rodzice z mojego miasta, czy z całej Polski, jestem u siebie. Z przyjaciółmi, przed którymi nie trzeba niczego udawać.
Dziękuję za ten wspólny czas. Do zobaczenia wkrótce!
Do domu wrociłam o 15. Zmęczona i szczęśliwa. Fotorelację z Pikniku można obejrzeć na profilu facebookowym Fundacji JiM. Było cudownie 🙂