Moja koleżanka napisała dziś , że jej starsza córka, NT, nigdy nie wie co się działo w szkole, co było na klasówce i ogólnie „nie wie”. Wydaje mi się, że wszystkie dzieci nie wiedzą.. Czy to zdrowe, czy zaburzone, na pytanie: jak było w szkole?, odpowiadają: dobrze. Na pytanie: co było na lekcji?, odpowiadają: nie wiem, a co było na obiad?, odpowiedź: nie pamiętam! Znam to dobrze, bo nigdy nie uzyskałam satysfakconującej odpowiedzi na podobne pytania od moich dzieci. Mały nigdy nie pamiętał co jadł w przedszkolu na obiad, ale za to po miesiącu jedzenie obiadów, radośnie oznajmił: mamusiu, już się nauczyłem zgarniać z talerzyka do wiaderka… Jest to jakieś osiągnięcie, zważywszy na to, że nie jest zbyt zręczny. No i je wybiórczo, więc wiadomość o zgarnianiu oznaczała, że nie zjada do końca. Albo nie zjada wcale… Duży dopiero w tym roku WIE! Wie, ponieważ jest z nauczycielem sam na sam. Samo wskakuje do głowy i zapisuje się w pamięci. O ile nauka byłaby łatwiejsza, gdyby każde dziecko miało swojego nauczyciela? Całkiem możliwe, że wróciłabym wtedy na studia 😀 Tymczasem jestem zdana na „nie wiem”, „nie pamiętam” w wykonaniu jednego z moich synów. I na obszerne zdawanie relacji drugiego. Co jest gorsze? 😀