Moje wszystko

Mój…

Mam książkę! Wczoraj Anna przytargała dla mnie dwa opasłe tomiska pierwszej części trylogii. Dwa i opasłe dlatego, że drukowane z komputera i to jednostronnie. Zaczęłam czytać wieczorem. Ponieważ nie mogłam spać, źle się czułam, było mi duszno i bolała mnie ręka (norma przy tarczycy), czytałam do drugiej w nocy przy świetle z lampki nocnej. Oczywiście od razu zaczęłam porównywać to co zobaczyłam w niedzielę w pierwszym odcinku serialu z tym co przeczytałam w pierwszym rozdziale książki. I w pierwszej chwili doznałam rozczarowania, bo serial pozwolił mi myśleć, że to będzie lekka komedyjka w stylu Grocholi a tu książka wcale taka nie jest… Pomyślałam, że chyba jednak nie przeczytam do końca. Pomyliłam się. Książka jest świetna. Świetnie napisana. I chociaż Uwielbiam Grocholę i „Żaby i Anioły”, to jednak wolę „Dom nad rozlewiskiem”. Lekko napisana historia dojrzałej kobiety, nasączona cudowną atmosferą. Po prostu czuję jakbym uczestniczyła w tym wszystkim. Widziałam siebie w kuchni u Mamy Basi. Widziałam biedną małą Karolinkę, pobitą i pozostawioną w piwnicy. Płakałam nad jej śmiercią i nad śmiercią Mamy Zosi. Wzruszyło mnie opowiadanie Mamy Basi o jej rodzicach. Lubię Kaśkę. Lubię wszystkie osoby występujące w książce. Pięknie musi być nad tym rozlewiskiem. Jestem zaskoczona tym, że całą trylogię przeczytała moja teściowa, która zwykle nie czytuje takich powieści. Opowiedziała mi jak jest nad rozlewiskiem. Była tam na wycieczce. Widziała gospodarstwo. Myślę, że ja chętnie bym się tam wybrała. Małgorzata odnalazła tam siebie. Odnalazła swoje życie, spokój i ciszę. Czasem przydałoby mi się kilka chwil takiego spokoju. Chciałabym mieć swoje rozlewisko. Coraz częściej marzę o własnym domu, chociaż jeszcze kilka lat temu odpowiadałam własnemu mężowi, że „nigdy w życiu! kocham blokowisko i ludzi, którzy mnie otaczają! nie wyprowadzę się za nic!” Teraz marzę o tym, żeby wybudować dom. Nie musi być na odludziu, ale żeby był nasz. I tylko nasz. Bez upierdliwych sąsiadów, hałasujących o różnych porach i nagminnie zostawiających drzwi od klatki schodowej rozwalone na oścież. To po co do cholery jest ten domofon?! I po co płacę za niego jakieś idiotycznie składki na konserwację, naprawę itd? Przecież ma niejako bronić wstępu obcym ludziom do naszego domu! Tymczasem co wychodzę, drzwi otwarte. I tak zamykam te drzwi kilka razy dziennie a ktoś je otwiera. A później plączą mi się gnojki na połpiętrze śmierdząc ohydnie jakimiś wynalazkami, które palą po kryjomu, żeby matka się nie dowiedziała. A niech się dowie! W tym roku nie będę taka miła. Z resztą na szczęście mamy sąsiada policjanta, więc w razie czego nie będę musiała wydzwaniać i latać nie wiadomo gdzie. Nie dam się! A tego kto drzwi otwiera prędzej czy później złapię. I ochrzanię. Drzwi od piwnicy nowe wstawione i też wiecznie otwarte. A później lament, że „znów ktoś w komórkach czystkę zrobił…!” W MOIM domu tak by nie było. Nikt by mi drzwi otwartych nie zostawiał. I czystki w piwnicy nie robił. Nie musiałabym słuchać tych wszystkich wyzwisk, którymi obrzucają się pijani sąsiedzi. Nie wąchałabym smrodu marihuany zza drzwi. I nie musiałabym patrzeć na te wszystkie gęby, które tylko czekają, żeby znaleźć jakiś temat do plotek. Wiedzą o mnie więcej niż ja sama… Ale kiedyś będę miała swój dom. I swoje rozlewisko. I znajdziemy tam siebie i nasz spokój. A teraz pora na drugi tom „Domu…”.

Dodaj komentarz