Poszłam. Mimo tego, że jeszcze nie skończyłam antybiotyku. Moje mięśnie stęskniły się za wysiłkiem. Postanowiłam sobie jednak, ze jeśli podczas wojaży na stepie, poczuję zmęczenie, czy kłucie w klatce, to po prostu wyjdę. Wytrzymałam. Mimo intensywnego układu, dałam radę. Nie licząc małego potknięcia podczas finału, kiedy to instruktorka włączyła takie migające kolorowe pizdryki w rogach sali. Ni cholery przy takim świetle nie mogę równowagi utrzymać. W efekcie stałam pod ścianą całe dwa układy na obie strony, a później poprosiłam o wyłączenie świateł, bo kurczę przecież płacę za to, żeby poćwiczyć, a co! 😉 Zmęczyłam się trochę, nie powiem. Jednak osłabienie jeszcze nie przeszło do końca. I tak sobie myślę, że piątkowe zajęcia na kręgosłup to sobie daruję. Ze względu na to, że sala jest zawsze wychłodzona i trzeba leżeć na podłodze. Mogłabym się załatwić na amen. Aaaaa no właśnie.. teściowa dzwoniła, że teść jest chory. Jeśli na to samo co ja i chłopcy, to szczerze współczuję, bo za chwilkę nie będzie mu się chciało jeść, pić, wstać i w ogóle nic..
Wczoraj kiedy smażyłam kuleczki w sezamie, całkiem niechcąco włożyłam rękę do patelni z gorącym tłuszczem. Dopiero dzisiaj poparzenie dało o sobie znać i piecze jak diabli. Do tego sezam w zetknięciu z gorącym olejem, strzela na patelni jak popcorn. Więc kochane uważajcie i nie popełniajcie moich błędów. Nie wkładajcie rąk do gorącego tłuszczu i nie nachylajcie się nad patelnią podczas smażenia sezamu! Pamiętajcie: ręka i patelnia – nie!!
Dzisiejszy dzień zaliczam do udanych. Zrobiłam nowe kolczyki, które pokażę jutro, bo dzisiaj już za ciemno, żeby fotografować cokolwiek. Mały zjadł sporo na obiad, więc wiem, że pustego żołądka nie ma. Wieczór zakończyłam chipsami paprykowymi (miałam być na diecie… eeeeeech). Teraz czas wskoczyć pod prysznic i mam zamiar popatrzeć na księdza Żmijewskiego. Dobrej nocy 🙂
Acha, no i przecież zapomniałabym: wszystkim Babciom, z okazji Dnia Babci życzę zdrowia, szczęścia, radości i samych uśmiechów na codzień!

