Jesteśmy back. Duży w domu. Mały też. Cała trójka zmęczona po szpitalnych przejściach. Bo Mały też był z nami. Miał nie być, ale okazał się niezbędny. I nawet się z tego cieszę, bo zyskałam pewność, że z nim wszystko w porządku. Ale zacznę może od początku. Duży był bardzo zestresowany od wczoraj. Najpierw nie mógł zasnąć, a kiedy wreszcie mu się to udało, to męczyły go jakieś straszne koszmary. Mówił przez sen, płakał.. Wreszcie zbudził się w środku nocy z ogromnym bólem głowy. Ja zasnęłam jakoś po północy. Od godziny 4.00 już właściwie nie spałam. Zasypiałam na 3 minuty i budziłam się, znów zasypiałam, i znów się budziłam.. Wstałam wreszcie o 5 rano, bo już mnie męczyło to wszystko. Przygotowałam kanapki dla Dużego. I śniadanie dla Małego. Sama też coś zjadłam, naszykowałam ubrania na zmianę dla Dużego, w razie gdyby musiał zostać w szpitalu. No i takie tam jeszcze inne rzeczy. O 6.30 przyszła teściowa, zabrałam Dużego, ogromny plecak z prowiantem, ciuchami i wszelkimi potrzebnymi dokumentami i podążyłam do teścia, który ofiarował się nas odwieźć. Podróż minęła nam nie bez przygód. Najpierw zachorował Duży. Mimo podanej tabletki, choroba lokomocyjna dała mu znać o sobie. Zaczął padać śnieg i zrobiło się ślisko. Oczywiście udało nam się zabłądzić, bo ostatni raz jechaliśmy do szpitala w roku 2006. A mieści się on tuż poza granicami naszego miasta, więc nie jeździmy tamtędy wcale. Pytaliśmy o drogę wiele osób, w tym taksówkarza. Teść dojechał do skrzyżowania wg wskazówek taksówkarza i zapomniał co dalej. Za nami zniecierpliwiony kierowca zaczął trąbić. Teść wpadł na fantastyczny pomysł: wysiadł z samochodu (na środku skrzyżowania) i poszedł spytać trąbiącego o drogę.. Za nami sznur samochodów rośnie. Na szczęście trąbiący nie był ślamazarą a droga okazała się na tyle prosta, że teść szybko wrócił i pojechaliśmy dalej. Na miejscu byłam minutę przed czasem, chociaż naprawdę zaczynałam już wątpić czy kiedykolwiek się tam dostaniemy. I tu znów zaczęły się schody. Okazało się, że OstatniaDeskaRatunku (OSD) z rozmachu podała na skierowaniu imię Małego zamiast Dużego. Sprawa się skomplikowała, bo z komputera wycofać się nie da, a innego dziecka zamiast podanego też przyjąć się nie da. OSD zapytała zatem, czy istnieje możliwość przywiezienia Małego, to zbada się go też i po kłopocie.. No dla nich tak.. Dla mnie to poważny problem, bo kto niby ma Małego przywieźć? Zadzwoniłam do teścia. „Możesz przywieźć Małego? Bo tu wyniknęła taka sytuacja, że przydałoby się, żeby był obecny. Z korzyścią dla niego.” Teść pomyślał chwilę i pomimo tego, że było mu to naprawdę nie na rękę, wyraził zgodę. Zadzwoniłam zatem do teściowej, żeby poinstruować ją gdzie ma szukać ubrań Małego, w co ma w ogóle ubrać i jak to ma wyglądać. Ponieważ fotelik Małego pojechał w naszym samochodzie z M do pracy, do dyspozycji pozostał nam poddupnik Dużego. Teściowa znalazła co potrzeba, ale nagle przypomniało mi się, że przecież ona nie ma kluczy od naszego mieszkania, więc siłą rzeczy nie może przyjechać z teściem i z Małym… Zadzwoniłam więc do Babci, żeby pojechała do nas przypilnować domku. Muszę dodać, że w budynku szpitalnym nie ma zasięgu dla telefonii komórkowej (zadupie i tyle), więc w celu wykonania połączenia należy udać się na zewnątrz. Ku mojej rozpaczy Babcia okazała się być nieobecną.. Zadzwoniłam więc do teściowej z przykazem prób łapania Babci co 5 minut, co się w końcu udało. Babcia poszła na zakupy i byłaby wcześniej, ale oczywiście spotkała ją przygoda niecodzienna. Mianowicie wracając ze sklepu, zaczepiła ją zmarznięta i zrozpaczona kobieta, która tylko na chwilkę wyszła po chleb, zostawiając w mieszkaniu chorą na alzheimera matkę. Matka zamknęła drzwi i za nic córki wpuścić nie chce. Więc może by tak moja Babcia spróbowała ją nakłonić do otwarcia drzwi, podając się za sąsiadkę..? Babcia poszła, została zbluźniona, drzwi pozostały zamknięte, Babcia przeprosiła, że pomóc nie umie i wróciła do domu, gdzie moja teściowa na nią telefonicznie czyhała. W tym czasie wyszłam znów na zewnątrz w celu ustalenia miejsca pobytu teścia, teściowej, Małego i Babci. Okazało się, że istnieje problem nie do przeskoczenia dla mojego teścia: brak fotelika Małego. Poddupnik Dużego się nie nadaje i koniec. Wymyśliłam więc opcję „taxi”. Teściowa poczekała na Babcię, wsiadła w taksówkę i przyjechała.. Duży był już po dosyć głośnym pobraniu krwi i po RTG. Mały cały w skowronkach rzucił się w moje objęcia. OSD zaprosiła nas na wywiad, po czym oddała w ręce pielęgniarek, które miały wykonać testy alergiczne na obu chłopcach, oraz pobranie krwi na Małym. Testy przebiegły sprawnie. Duży i Mały byli bardzo dzielni. A zwłaszcza Mały. Grzecznie dał rączkę pielęgniarce i udał się z nią na pobranie krwi. Ja czekałam na odczytanie wyników testu Dużego. Odstawiłam go do teściowej i pobiegłam podsłuchać jak się sprawuje w zabiegowym młodsza latorośl. Mały siedział na kolanach u jednej pielęgniarki. Na buzi miał podkówkę, ale nie płakał. Druga pielęgniarka natomiast próbowała usilnie pobrać krew. Jednakże żyłki Małego chyba się przestraszyły, bo nijak nic nie chciało lecieć… Wreszcie po dłuższej chwili cienka czerwona strużka powoli zaczęła napełniać ogromną probówę. Odetchnęłam z ulgą, ale okazało się, ze ucieszyłam się za szybko. Nagle wszystko się zatrzymało. Pielęgniarka zrezygnowana wyjęła igłę, zakleiła „dziurkę” (tak mówi Mały) i zabrała się za żyłki w drugiej rączce. Zdaje się, ze udało się w końcu pobrać potrzebną ilość krwi, bo Mały wyskoczył z gabinetu zabiegowego z dosyć nieszczególną minką, ale za to z dwoma rączkami zaklejonymi plastrami, co oczywiście było powodem do dumy. Pognał zatem jak najszybciej pochwalić się babci i odebrać pochwały za dzielne zachowanie. Później poszło już gładko. Krótka rozmowa z OSD na temat dalszego podawania leków, prośba o telefon w poniedziałek, jeśli chodzi o wszelkie pozostałe wyniki i wtedy będzie też decyzja co dalej. Póki co Duży jest w domu. Na tzw przepustce. I cieszę się z tego, bo naoglądałam się dzieci w oddziale. Malutkie takie, kilkumiesięczne z kaszlem o wiele gorszym niż kaszel Dużego. Korytarze pełne mam i tatusiów ściskających w objęciach stęsknione dzieciaczki kilkuletnie. Zachciało mi się płakać. Ale u Dużego nastąpiła niewielka poprawa, więc ryzykowne byłoby umieszczenie go z tymi wszystkimi dziećmi, których choroba dopiero rozkwita.. Tak więc czekamy do poniedziałku na dalsze decyzje. Tymczasem zmęczenie i stres dają mi się we znaki, powieki ciążą, ale wiem, że jeszcze nie zasnę, bo ciągle przeżywam ten dzień od nowa. Dziękuję Wam za wszystkie życzenia i za wszystkie trzymane kciuki. Przydały się, bo póki co w domu jesteśmy w komplecie. Pozdrawiam Was gorąco i życzę dobrej nocy.