Moje wszystko

Całkiem miły dzień

Dzisiaj w nocy byłam obrońcą. Stałam na straży pilnując jakiegoś bardzo rzadkiego okazu grzyba, który zechciał wyrosnąć.. na ścianie w mojej łazience 😀 Grzyb wydzielał jakieś bardzo wartościowe substancje i na dodatek sam w sobie był drogocenny. Tak więc sporo osobników niekoniecznie miłych czyhało na niego i chciało zagarnąć go dla siebie, czyniąc różne podchody w stronę mojego mieszkania, chcąc się tu dostać niekoniecznie jawnie i za moją zgodą. Właśnie zauważyłam przemykającego w ciemności przedpokojowej osobnika rasy czarnej. My wszyscy siedzimy w pokoju, światło sę świeci, ludzi full a on pod ścianą w przedpokoju próbuje do łazienki się zakraść (idiota jakiś czy co?). I myśli, ze go nie widać. W mieszkaniu typu M3. Pozwalam mu do kibelka wejść. Cichaczem zamyka za sobą drzwi i zapala światło! (a jednak idiota…). Widzę przez szybkę w drzwiach jak majstruje śrubkokrętem przy rurach. Otwieram z impetem drzwi i obezwładniam drania. Krzyczę, żeby oddał śrubokręt, a on mi odpowiada, ze nie, bo za kratki iść nie chce.. Ja obiecuję, że nie zadzwonię na policję i w tym momencie mój mąż delikatnie szarpie mnie za ramię i oznajmia, że wychodzi do pracy. Zrywam się z łóżka, z rozwianym włosem, zerkam na zegarek, który wskazuje, że od pół godziny powinnam być na nogach i lecę zamknąć drzwi. Później szybko śniadanie dla Małego, Dużego i dla siebie. Szykuję tylko, bo nie zdążymy już zjeść. Przecież na 8.15 Mały ma zajęcia w poradni. Babcia też się spóźnia. Biegiem wypadamy z domu o 7:50. Za drzwiami orientuję się, że Mały nie ma szalika. Wracam więc po ten szalik czerwony, przysiadając po drodze na kilka sekund, bo jak powszechnie wiadomo, wracanie się po zapomnianą rzecz przynosi niepowodzenie w załatwianiu spraw. Wsiadamy do tramwaju i do poradni wchodzimy 8:10. Ale jest mi jakoś dziwnie pusto. Pytam więc babkę w recepcji, czy zajęcia się odbędą. Babka mówi, zebym zapytała Pani Logopedy. Włażę więc do pokoju i pytam naszą Logopedę o co chodzi. Logopeda wywala na mnie zdziwione oczy, po czym wnioskuję, że nie została powiadomiona o moich telefonach uprzedzających, że nie przyjdziemy na dwie wizyty z rzędu, z powodu chorób Małego i Dużego. I na dodatek oznajmia, że grupa została rozwiązana i od teraz wizyty będą indywidualne. "To nie można było zadzwonić i uprzedzić? Tylko musiałam lecieć z wywieszonym jęzorem, o poranku z Małym Trollem zerwanym z łóżeczka i bez śniadania???" – myślę sobie i już wcale nie lubię Pani Logopedy, która tak naprawdę jest bardzo w dechę. Jutro zajęcia ma Duży. Ciekawe czy Pani z jego grupy będzie wiedziała dlaczego nas nie było.. Na razie zabieram Małego i wracamy do domu. Jemy spokojnie śniadanie i idziemy do szkoły z Dużym. Mały zostaje z Babcią. Zostawiam Dużego w szkole i lecę na pocztę wysłać ostatnie życzenia świąteczne, a później na zakupy. Wracając do domu, zaglądam do skrzynki na listy, skąd tona reklam wypada na moje stopy i rozwala się po całym korytarzu. Spośród śmieci zgrabnie wyławiam rachunek z elektrowni. Otwieram kopertę rękami drżącymi i nie wierzę własnym oczom! Dzięki nadpłacie ponad 80 zł, w grudniu do zapłaty mam 0 zł! Chyba to kilkusekundowe przysiądnięcie zaczęło działać.. Wpadam do domu i odpalam komputer celem sprawdzenia poczty. I dostaję fajową wiadomośc od mamy, przez co muszę znów Małego Trolla ubierać i lecieć do jednej instytucji 🙂 Ale dzięki temu mam Chmielewską! I nawet zaczęłam już czytać. Pierwsze trzy strony mam za sobą 😀  Wracamy do domku, robiąc po drodze zakupki obiadowe na jutro. Szybciutko wrzucam na patelnię warzywka i kurzy biust. Jutro nie będę miała na to czasu. Kończę pichcenie na 5tym biegu i lecimy do szkoły po Dużego. Aaaa jeszcze w międzczasie dostaję wiadomośc od znajomego, że ma dla mnie niespodziankę i że jak będę to mam się odezwać. No to odzywam się i z uciechą stwierdzam, że ta niespodzianka to instrukcja po polsku do mojego aparatu fotograficznego, którego używam już dłuższy czas, jednakże ustawiony jest na opcję AUTO, bo jakoś nie umiem wykorzystać w pełni jego możliwości. Instrukcję posiadam w języku angielskim i niby nie powinna mi większych problemów nastręczyć, ale jakoś mi się nie chce za nią zabrać… Tak więc szybko ściągam instrukcję i lecimy z Małym odebrać Dużego. Odrabiamy lekcje, jemy obiad i przygotowujemy się do jutrzejszego latania.. Zaczynam nawet ziewać. Zmęczona jestem chyba. Co może być uzasadnione w pełni, bo przecież pół nocy pilnowałam grzyba naściennego i toczyłam walki z różnym elementem, aby na koniec odebrać podstępnemu osobnikowi smiecionośny śrubokręt. Ależ jestem waleczna! I aż jestem ciekawa jak się cała sprawa zakończyła. Być może w nocy cdn…

Moje wszystko

Hahahahaaaamen, srebrny Transformers i Pyłek

 Dobrze, że dzisiejszy dzień dobiego końca. Zmęczyłam się. Rano wstałam i szybciorem usmażyłam kotlety. Potem Duży zadał mi pytanie: "dlaczego musimy iść do kościoła?". "Bo w maju idziesz do komunii". I tu nastąpiło długie, przeciągłe i głębokie westchnienie Dużego. Ale ubrał się i do kościoła poszliśmy. Mszę dla dzieci prowadzi zawsze ten sam ksiądz. Przygotowujący nasze dzieci do 1 komunii świętej. Ten sam, który co miesiąc zaprasza rodziców na spotkanie i zamęcza ich katechezą o tym jak to do kościoła chodzić trzeba, bo inaczej idzie się do piekła.. Ten sam co śpiewające fragmenty mszy zamienia w dziwne "hahanie". Na przykład tam gdzie powinno być AMEN, jemu wychodzi Hahahahaaaaameeeeeen. Albo zamiast "Pan z wami" on śpiewa: Pahahahahaaaaan z wahahahaaaaami… I nic innego już nie słyszę z kazania, ani z czytania z księgi Mateusza, tylko to "hahaha"… Dzisiaj ksiądz hahał jakby mniej, ale jednak kilka razy mu się zdarzyło. Widocznie na moje dziecię to działa podobnie jak na mnie, bo po pierwszym "hahahahaaaaameeeeen" zaczął się kręcić i zwracać większą uwagę na organy i organistę niż na ołtarz i księdza. Ksiądz ma jeszcze inny defekt. Nie umie czytać nazwisk ludzi, za których mszę odprawia. To co zna na pamięć idzie mu piorunem, a to co trzeba na bieżąco przeczytać, to już gorzej.. Niestety efekt jest taki, że nikt nie wie o czym była ewangelia, czy kto do życia wiecznego w tym tygodniu odszedł. Poza tym ksiądz sieje zamęt. Jutro (właśnie, nie dzisiaj tylko jutro!!), miało być święcenie świec. A dzisiaj dowiedzieliśmy się, że wcale nie świec tylko medalików. Współczuję rodzicom, którzy medalików nie mają. Bo jutro muszą gnać na łeb na szyję i złote łańcuszki z medalikiem kupować.. A jak znam życie, to okaże się, ze jednak święcimy świece… Powiedziałam Dużemu: "połóż się już spać, bo rano do szkoły wstać musisz". Duży: "spać? O tej porze?" Ja: "jest już godzina 22, kładź się". Duży:"ale ja teraz nie zasnę! Zdrzemnąłem się w kościele…" 😀

 Zrobiłam zakupy prezentowe. Zakupiłam: gadający odkurzacz (marzenie Małego), puzzle 1000 elementów (syn kuzyna), malowanka, bajka do słuchania na płycie, książeczka o Mikołaju (drugi syn kuzyna), gra o piratach (chrześniak męża), Transformers (Duży). No i z tym Transformersem wyszła lipa, bo nie wiem czy kupiłam dobrego. Nie pamiętam jak wygląda, jak się nazywa jaki ma numer serii, a to podobno ważne jest. Mąż powiedział, że nie powinnam kupować czegoś na czym się nie znam, bo tylko pieniądze wydaję niepotrzebnie, czym wprawił mnie w nerwowe drżenie rąk. Wszelkie próby odnalezienia zakupionego Transformersa w internecie spełzły na niczym. Nie pamiętam jakiego kupiłam i już. A wszystko zostawiłam u teściów, żeby dzieci nie wyniuchały za wcześnie. Dzwonić do nich też próbowałam, żeby sprawdzili co na pudełku napisane jest, ale nie chcieli odebrać telefonu. Koleżanka, która była świadkiem wszystkich zakupów też nie znalazła cholernego Transformersa. Zatem: kto wie jak się nazywa Transformers koloru srebrnego, zamieniający się w samolot pilnie o kontakt proszony 😀 A Sylwii chciałabym bardzo podziękować z tego miejsca, za cierpliwość i latanie ze mną po tych zatłoczonych sklepach, i za pomoc w noszeniu tych gratów wszystkich, i za mile spędzony czas, i za herbatę earl grey wypitą po wszystkim w kawiarence na poziomie +1. A teraz idę spać, bo jutro wracam na normalne tory i "czasowa" będę w związku z tym bardzo rzadko. Dobrej nocy i miłego tygodnia wszystkim 🙂

Moje wszystko

Mikołajki

 Dzisiaj są Mikołajki. Tzn. jak dla kogo, bo mnie Mikołaj omija szerokim łukiem od kilku lat. I ten z 6 grudnia i ten z 24. No dobra w zeszłym roku się postarał troszkę. Ale prezent był ogólny, bardzo trafiony zresztą na co nie narzekam. Wszak kuchnia mikrofalowa jest przydatna. W tym roku sama zapowiedziałam Mikołajowi że żadnych prezentów nie oczekuję. No chyba, że dla chłopców, to co innego. Oczywiście ten dzisiejszy Mikołaj to tylko przedsmak tego wigilijnego. Moi chłopcy zostali obdarowani przez nas śnieżnym kulami z Misiem – Mikołajem w środku:

kula śnieżna

Taka sobie zwykła zabawka, a radości z tego co niemiara. Zwłaszcza Mały wydawał się szczęśliwy do granic. Jednak mimo wszystko wciąż powraca kwestia głównym prezentów gwiazdkowych. Sprawa się o tyle wyprostowała, że wiem już o czym marzą Trolle. Natomiast od strony finansowej nadal wszystko wygląda żałośnie, bo dziecięcia moje wybrały sobie prezenty interaktywne, a co za tym idzie dosyć kosztowne. No ale cóż. W końcu Gwiazdka jest tylko raz w roku, a te wymarzone prezenty pamięta się do końca życia. Ja na przykład do dzisiaj pamiętam, kiedy w wieku lat 5, kiedy to w sklepach niewiele można było dostać, a jeśli już to na kartki, a zabawki pozostawiały wiele do życzenia, ja dostałam fantastyczny zestaw konduktorski. Z czapką, biletami i kasownikiem. W kolorze czerwonym. Nie pamiętam przy tym nic więcej, tylko ten moment właśnie, kiedy zdarłam papier z prezentu i w ręku została mi ta cudownie czerwona czapka… Z Mikołajek głównie pamiętam szkolne wymiany prezentami. Najpierw w podstawówce, poźniej w liceum. Muszę przyznać, że tylko raz dostałam całkiem nietrafiony prezent. W szkole podstawowej, zdaje się w klasie 7, wymyślono, że nie będą to typowe prezenty, tylko jakieś śmieszne rzeczy. Tak, żeby było zabawnie. Na swoje nieszczęście wylosowałam wtedy wychowawczynię. No i co tu kupić śmiesznego nauczycielce? Wymyśliłam książkę z dowcipami i pani wychowawczyni zdawała się być zadowolona, bo przynajmniej nie musiała się wstydzić swojego prezentu.. A ja dostałam papmpersa i znaczek z napisem: „jestem przyszłością narodu”. No może to i śmieszne jest. Teraz. Ale wtedy czułam się fatalnie. Na rozdawaniu prezentów byłam nieobecna z powodu choroby, więc prezent dostarczyła mi do domu przyjaciółka. Przy rozwijaniu paczuszki okazało się, że był on otwierany już wcześniej. Wybuchnęłam pretensjami, no bo jak to, otwierać cudzy prezent? No cóż ciekawość – pierwszy stopień do piekła. Koleżanki umierając z ciekawości otworzyły w ubikacji mój prezent i ku uciesze całej klasy przedstawiły jego zawartość, postanawiając nic mi o tym nie mówić. Pech chciał, że pakując go spowrotem, źle założyły papier i domyśliłam się, że upominek został obejrzany dosyć dokładnie. Ech.. I nawet do tej pory pamietam kto mnie tak pomysłowo obdarował 😀 I tak sobie myślę, że wypomnę to tej osobie jak tylko nadarzy się okazja 😀 Oczywiście w formie anegdoty, bo urazy pozbyłam się już dawno 🙂 W każdym razie Święta już coraz bliżej. Jutro idę na zakupy i wydam prawdopodobnie dużo pieniędzy. Ale przy okazji trochę odpocznę od domowych szaleństw Dużego i Małego. I od wszystkich innych zajęć. Szkoda, że nie ma śniegu. Może chociaż na Święta spadnie. Dzisiaj za to niebo nad moim blokiem przez chwilkę wyglądało pieknie. Nie jestem dobrym fotografem, ale jak widzę coś co mi się podoba, to zawsze robię zdjęcie. Tym razem też zrobiłam. Oto „moje niebo”:

moje niebo

Piękne prawda? Przy okazji kawałki osiedla się załapały. O, właśnie przypomniałam sobie, że jutro na mszy będzie poświęcenie świec komunijnych! Muszę naszykować świecę Dużego, żeby nie zapomnieć. Wprawdzie nasza jest już poświęcona, bo była kupiona i użyta przy chrzcie Dużego, ale zabierzemy ją do poświęcenia ponownego, bo większość dzieci przyjdzie ze świecami, więc Dużemu może byłoby przykro, że on nie ma.

Wszystkiego najlepszego z okazji Mikołajek 🙂

Moje wszystko

Zakupowe szaleństwa, żulik i Donald balonowy

 Zabrałam dzisiaj chłopaków do hipermarketu na zakupy. Po pierwsze musiałam kupić coś dla nowonarodzonego, po drugie dla mojej mamy i jej małżonka a po trzecie zabrakło mi paru rzeczy w kuchni. Nie ukrywam, że najwięcej czasu zabrało mi szukanie odpowiednich prezentów dla mamy i dla nowonarodzonego. Kupiłam grzechotkę i buciki, i bluzeczkę z reniferkiem. I kupiłam też film K-Pax. Stary, ale dobry. Uwielbiam ten film i mam nadzieję, że filmobiorcom też się spodoba. Uzgodniłam z mamą, że takiego jeszcze nie mają, jednakże jeden marny film to jakoś niewiele. Tak więc jutro wybieram się do marketu ponownie w celu zakupienia obu części Mumii, który to film również należy do moich ulubionych i mam nadzieję, że rodzicom też do gustu przypadnie. Mama dodatkowo zostanie obdarowana słuchowiskami radiowymi na motywach powieści Joanny Chmielewskiej oczywiście. Mama narzeka, że nie ma czego słuchać w samochodzie, więc umilę jej czas podróży. Ponadto wykonałam specjalnie dla niej nową biżuterię douszną. Wciąż jestem w rozterce jeśli chodzi o moje dzieci. Nie wiem co Mikołaj ma dla nich przynieść. Zaprosiłam ich dzisiaj do wspólnego oglądania stron internetowych. Pomyślałam, że może coś mi podpowiedzą i czasem niby przypadkiem właziłam na stronkę z zabawkami. Niestety. Chcieli WSZYSTKO. Ale znalazłam też coś, na co sama miałabym ochotę. Mianowicie interaktywny pies. Duży. Włochaty. Merdający ogonem, szczekający, podający łapę, wąchający.. Takiego psa mogłabym mieć, bo na prawdziwego raczej się nie zanosi.

 Zapytałam dzisiaj Małego Trolla: „wyglądasz tak apetycznie, czy mogę cię zjeść?”. „Nie” – popatrzył na mnie zaskoczony. „Ale ja bym tak bardzo chciała, pozwól mi tylko spróbować”. „Nie!”. „A dlaczego nie?”. „Bo ja jestem za twardy…” No takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Dałam Małemu spokój, bo zęby słabe mam, faktycznie mogłabym je sobie na twardzielu połamać… 

 Po drodze na zakupy widzieliśmy żulika. Młody człowiek, w brudnych ciuchach, z małym plecaczkiem, naręczem piw, ogromnymi słuchawkami na uszach wypływających z przenośnego radioodiornika wielkości kuli do kręgli. Żulik siedział sobie na ławeczce, popijając piwko i wdzięcznie podrygując w rytm muzyki. Mały zignorował żulika całkowicie, za co byłam mu wdzięczna. Duży natomiast z zainteresowaniem przyjrzał się indywiduum i najwyraźniej zamierzał skomentować widok, kiedy to żulik potężnym głosem zaintonował pieśń bliżej mi nieznaną. Lub może nawet i znaną, ale walory artystyczne żulikowego przedstawienia pozostawiały wiele do życzenia. Duży aż podskoczył ze strachu i wyrwał do przodu pociągając mnie i Małego za sobą. Na czas zakupów całkiem zapomnieliśmy o zjawisku. W markecie spotkaliśmy moją koleżankę, której córka uczęszczała z Dużym do jednej grupy przez 4 lata przedszkola. Zbliżyła się do mnie i konspiracyjnie wyszeptała mi do ucha: „wróżyłyśmy sobie z córką w andrzejki, i młoda trzy razy pod rząd wyciągnęła ze słoika twojego syna”. Yyyy. Czyżby jakieś znaki od losu? Ale przecież Duży kocha inną! Zaraz, zaraz, czy aby na pewno? Ostatnio wogóle o niej nie wspominał, podczas gdy jakiś czas temu gęba mu się nie zamykała. Sandra to, Sandra tamto.. W każdym bądź razie coś to chyba musi znaczyć, skoro aż trzy razy pod rząd… Będę to miała na uwadze. Skończyłyśmy kupowanki i razem wyszłyśmy ze sklepu. Żulik tkwił tam gdzie go widziałam idąc na zakupy. W pewnym momencie jednak zerwał się z ławki, stanął w malowniczej pozie: rozkrok bujany (z nadmiaru piwa chyba) i oddał płyn ustrojowy na trawkę, dziwnie zwichrowaną w tym miejscu. Postarałam się, żeby dzieci nie zainteresowały się zbytnio czynnością jakiej żulik oddawał się z upodobaniem, nie bacząc na to, że wokół łazi pełno ludzi a on sam znajduje się na otwartej przestrzeni. Zdaje się, że bardzo mu ulżyło, bo nagle zaintonował:”Elle Elle L’a”. Kate Ryan umarłaby na miejscu słysząc to. Sama niemalże trupem padłam. Koleżanka też jakby przyśpieszyła lekko. Po drodze wstąpiłam do apteki, bo M cierpiał na migrenę i poprosił o tabletki na ból – max. Pan magister w aptece zaproponował mi jakiś zamiennik tego co mąż soie zażyczył, bo podobno tańszy. Ale ja tam wolę kupować to o co M prosi, bo później może wyjdzie, że nie takie, złe, nie działają jak powinny i wogóle nie słucham co się do mnie mówi.

 Pierwszy raz od kilku lat skusiłam się na gumę do żucia. Nie używam, bo ciagle jakąś plombę z gumą wyciągałam. Jednakże Duży ostatnio uczy się balony robić i namiętnie gumy żuje, i narobił mi smaku. Skusiłam się na arbuzowo-truskawkową. Pożułam może z 15 minut i już nadszedł czas na pozbycie się jej! Smak straciła całkowicie, a kolorem przypomina Poxilinę. Nie ma to jak Donald. Nie dosyć, że był dobry w smaku, balony wychodziły największe na świecie, to jeszcze historyjki były, które namiętnie wszyscy kolekcjonowali. Ja też. Chyba już nie można nigdzie takiej gumy kupić. A szkoda. 

Moje wszystko

Chmielewska i „Kaktus”

Wczoraj dostałam mailem reklamę: "Książka, która z serialu przeniknęła do rzeczywistości już w księgarniach." No dobra, serial oglądam, o książce w nim słyszałam, ale że została wydana w realu? Jakieś dziwne to. Z samej ciekawości chciałabym przeczytać, ale pani w księgarni wywaliła na mnie oczy i powiedziała: "nic nie wiem", a tymczasem dzisiaj na kiosku ruchu jak byk ta sama reklama wisi.. W mojej księgarni "Kaktusa.." nie było, ale za to wypatrzyłam nową Chmielewską. Kurdekurdekurde nie mogę sobie kupić teraz 😦 Święta przecież, prezenty, jedzenie a i rachunek za prąd przyjdzie w wysokości nie wiem jakiej, ale na pewno nie niski. Po co ja właziłam do tej księgarni? No po co??? Mogłam sobie iść w styczniu, a tak zła jestem, że nie mogę sobie do łóżka z Chmielewską iść… Na dodatek umówiłam się z rodziną, że prezenty kupujemy dzieciom tylko, więc zażyczyć pod choinkę też sobie nie mogę :/ Wogóle to jakoś mam chęć czytania ostatnio. Tak sobie patrzę w spis lektur Dużego i widzę wszystkie książki z mojego dzieciństwa, które uwielbiałam. Na przykład "Karolcia". Magiczny koralik był przedmiotem porządania wszystkich znajomych mi dzieci. Po lekturze tej książki każdy z nas wypatrywał w szparach podłogowych niebieskiego przedmiotu. Nie ważne czy chłopak czy dziewczyna, każdy chciał mieć zaczarowany koralik. Moje dzieci nie muszą grzebać w podłodze, żeby koralik danego koloru znaleźć. Wystarczy, że zajrzą do pudełek z półfabrykatami, którymi obstawiam się podczas wymyślania nowych ozdób dousznych. Mają sprawę ułatwioną a mimo to NIE CHCĄ… "Karolcię" chciałam im przedstawić już jakiś czas temu, bo to fajna książka, ale po pierwszym rozdziale Duży powiedział: "mama, kiedy to się skończyyyyyy?". A teraz proszę bardzo. I tak musi przeczytać 😀 Albo na przykład "Dzieci z Bullerbyn". Przeczytałam tą książeczkę chyba z 50 razy. Nawet teraz wracam do niej chętnie. A moje dziecko nie zainteresowane wogóle. Z trudem przebrnęliśmy przez "Doktora Dolittle", którego ja w dzieciństwie uwielbiałam pasjami. A on ożywił się tylko w momencie kiedy pojawiły się rekiny i piraci. Przy Puchatku ziewał tak okropnie, że zaraziłam się od razu i czytałam zawodząc okropnie. Ale niech tylko w telewizji pojawią się transformersy, power rangers albo inne cudaki, moje dziecko dostaje wypieków na twarzy i staje się niedostępne dla świata. Niedawno będąc w poradni zauważyłam na stojaczku z książeczkami i gazetkami pozycję "Pankracy". Fajna gazeta, opatrzona zdjęciami psa Pankracego, słowami piosenek z tegoż programu ("łapy, łapy cztery łapy… :D), wywiadami z Zygmuntem Kęstowiczem i opowieściami Pankracego. Pomyślałam, że pokażę dziecku co mamunia oglądała będąc małą dziewczynką. Dziecko spojrzało na wielbionego przeze mnie psa i powiedziało: "a co on ma na głowie? To pies ma być???!". No przepraszam bardzo, że mój ukochany piesek telewizyjny miał splątaną sierść, dyndające uszy i wogóle wyglądał jak znoszony kapeć, zamiast być cyberpsem z antenkami… I żałuję, że nikomu do głowy nie przyszło, żeby wygrzebać taśmy archiwalne, odnowić i w telewizji nadawać. Na pewno byłoby to lepsze niż dzisiejsze Pokemony, Naruta czy inne takie. Ja sama z przyjemnością oderwałabym się od codziennych obowiązków i obejrzała sobie Pankracego ze swoim Panem opowiadających co też u Pani Babci Sąsiadki słychać. Aczkolwiek nigdy owej Pani nie widziałam. Mały chyba prędzej dałby się porwać urokowi zbublonego kundla niż Duży. On wogóle jest inny. Lubi książki. Lubi Puchatka. I nawet o niebieskim koraliku słuchał z zaciekawieniem. Ale i tak najbardziej lubi Teletubisie i Tomka i przyjaciół 😀 Ja też nie wszystkie lektury szkolne przeczytałam. W podstawówce, to jeszcze jako tako czytałam, bo mi się podobały. W liceum już gorzej. Nie przebrnęłam przez "Potop" i "Krzyżaków". Po prostu nie mogłam tego przeczytać i już. Za to przez "Lalkę" i "Chłopów" przemknęłam jak burza :D. Ku zdziwieniu moich kolegów i koleżanek z klasy, bo oni jakoś właśnie tego nie mogli przełknąć. A ja przeczytałam książki i jeszcze w ramach zaspokojenia niedosytu obejrzałam adaptacje. I bardzo mi się podobały! 😀 Naprawdę lubię książki. I chciałabym, żeby moje dzieci też lubiły.

 Mam czekoladę. Miałam się odchudzać, ale pomyślałam sobie, że niedługo Mikołajki. A ponieważ akurat zachciało mi się czekolady to jest to taki mały mikołajkowy upominek dla mojej duszy i ciała. Jedzony dzisiaj, bo skąd mam wiedzieć, czy w Mikołajki będzie mi się chciało czekolady znowu? W niedzielę jadę na prezentowe zakupy. Umówiłam się z koleżanką, więc nie będę latać samotnie i w milczeniu, z czego bardzo się cieszę. Nie cierpię samotnych zakupów. Muszę mieć się do kogo odezwać i zapytać o radę. Mam nadzieję, że koleżanka wytrzyma. 😀 Tymczasem czuję, ze zmęczenie wypływa na moje gnaty, więc idę je złożyć w niebieskości swojej pościeli, czyli innymi słowy walnąć się na wyro i zasnąć snem błogim i spokojnym. Mam nadzieję, że tej nocy żadnych ataków kaszlu nie będzie. Ani ze strony dzieciaków, ani z mojej..

Moje wszystko

Grrrr

 Poszłam z dziećmi do lekarza, bo kaszlą okropnie jeden przez drugiego. Zwłaszcza Duży. A przecież antybiotyk kończy, drugi już zresztą. Pani doktor osłuchała chłopaków i orzekła, że nie słyszy właściwie nic w oskrzelach, ale kaszel jednakowoż jest niepokojący w związku z czym jutro jadę do znienawidzonej poradni pulmonologicznej. Wprawdzie wizytę mamy wyznaczoną dopiero za tydzień, ale takie czekanie to nic dobrego. Muszę jechać i skomleć pod gabinetem, żeby pani doktor ich zbadała… A wizytę zatygodniową też odbębnimy.. Zagoniłam dzisiaj Dużego do odrabiania lekcji. Ledwo zasiadł do matematyki, od razu poczuł się dziwnie senny.. Upuścił ołówek.. Podrapał się po głowie, rozejrzał, zapytał czy jak skończy to będzie mógł się położyć spać.. Dziwne, że nie wyszłam z siebie i przetrzymałam te wszystkie kręcenia, marudzenia i westchnienia (jaka ta matka okrutna, uczyć mi się każe!!! :D). Bo postanowiłam sobie, że nie będę podnosiła głosu. Nie udało mi się tak do końca, bo Mały dostał pałera i roznosił chałupę na kawałki, a Duży zadania o wędkarzach i rybkach za nic pojąć nie mógł, chociaż naprawdę było mało zawiłe. Pani w szkole zaznaczyła nam lekcje do odrobienia na cały tydzień. Marzę o tym, żeby Duży mógł w poniedziałek do szkoły iść. Jednakże duuuużo ma do nadrobienia, więc z kolei ferie świąteczne przydałyby się już teraz. Koleżanka uświadomiła mi dzisiaj, że ferie zimowe dla naszego miasta zaczynają się 26 stycznia. Tak więc wyszło mi, że ledwie Duży wróci do szkoły po Świętach i zaraz bedą ferie zimowe. Za to później długo, długo nic. Dopiero na Wielkanoc jakiś odpoczynek będzie. No tak, jeszcze Bożego Narodzenia nie było, a ja już o Wielkanocy. Chyba za bardzo wybiegam myślami do przodu. Może dlatego, że bardzo mi się nie chce wymyślać prezentów na Mikołaja.. Poszłam dzisiaj oddać wreszcie sąsiadce 10 zł za koszulę dla Trolla Małego. Zapomniałam przez te wszystkie antybiotyki, latania i progi, że jestem jej winna :/ Dobrze, że mieszka w tej samej klatce co ja, to przynajmniej daleko nie mam. A jutro idę na step. Mimo, że boli mnie gardło. Nie mogę nie pójść i odmówić sobie kolejnej porcji babskich plot i wygłupów. No i oczywiście zrzucenia paru deko (tia..).

 Strasznie nie chce mi się jutro jechać. mam nadzieję, że nie będzie padało. Skończył się Aviomarin, a ja zapomniałam kupić. Mam jakieś tabletki, których jeszcze nie próbowaliśmy. Nie wiem jak Duży zareaguje, czy na przykład nie zaśnie mi w połowie drogi i czy nie będę musiała nieść go na rękach. A waży 25 kilogramów, to chyba nie byłoby mi za wygodnie. W zimowych ciuchach i jeszcze z Małym uczepionym na ręku. Kondycję to ja mam jednak nie najlepszą. Ale i tak lepszą niż rok temu, kiedy jeszcze paliłam. Zwykłe 10 metrów biegu do tramwaju przyprawiało mnie o zadyszkę i konwulsje niemalże. Taka byłam twardzielka, o! Teraz też dostaję zadyszki, ale nie świszczę jak lokomotywa przynajmniej. I naprawdę jestem dumna z siebie, że wytrzymałam już prawie rok. No dobra, 11 miesięcy. Do tej pory takie długie przerwy w niepaleniu miałam tylko podczas ciąż. Dziwne jest to, że na samą myśl o papierosie otrząsam się z obrzydzeniem. A przecież naprawdę lubiłam papierosy. Żeby tak jeszcze M przestał palić. 300 zł co miesiąc zaoszczędzone. Mogłabym nawet przestać cierpieć z powodu progu.. 

 A Wiemdzia właśnie poczęstowała mnie dowcipem na gygy:

 Kto to jest odważny facet?
 Ktoś, kto wraca do domu zalany w trupa, pokryty na całym ciele szminką
 różnych kolorów, pachnący damskimi perfumami, podchodzi do żony, daje jej
 soczystego klapsa w tyłek, po czym mówi:
 -Ty jesteś następna, grubasku…

 😀

  A Sylwka jest dzisiaj moją bohaterką. Za dobre wiadomości i podpowiedzi należy jej się nagroda. A może by tak piwko i babskie ploty? 😉

Dobry rysownik wciąż poszukiwany…

Moje wszystko

Uwaga, próg!

 Podatkowy. Drugi. Dzięki niemu jesteśmy 400 w plecy. A miało być lepiej przecież. M tyra, żeby było dobrze, żeby było nas stać na godne życie. Wyrabia nadgodziny, żeby dostać parę groszy więcej, bo utrzymanie 4 osobowej rodziny kosztuje. Widuje rodzinę wyżej wymienioną wieczorami późnymi i wczesnymi rankami. Poświęca się pracy całkowicie. Cieszy się z podwyżki, żeby zaraz poźniej potknąć się na cholernym progu, bo za dużo zarabia, więc trzeba uciąć 400 z pensji… I po co to wszystko? Po co się starać? Pracować jak głupi? No po co ja się pytam! Gdyby zależało to tylko ode mnie, już dawno mieszkalibyśmy gdzieś indziej. Nie cierpię tu być. Państwo nieprzyjazne obywatelowi. Nie jestem patriotką. Nie chcę, żeby M zdrowie tracił pracując piątek, świątek i niedziela, i nic z tego nie miał, bo państwo pilnuje, żeby człowiekowi za dobrze nie było. Chore jakieś to wszystko. Mam nadzieję, że w styczniu wszystko wróci do normy. Skwaśniałam.