Wczoraj jak zwykle cierpiałam na bezsenność. Po prostu przegapiłam mój czas na sen. M położył sę przed 22 i zasnął. Duży zdziwiony, że tatuś już padł, krążył po mieszkaniu, szukał nie wiadomo czego i ciągle sprawdzał, czy aby już i ja nie oddałam się w objęcia Morfeusza. Musiałam poczekać aż zaśnie. Niestety… czekałam, czekałam i czekałam… Oczy w pewnym momencie zaczęły mi się same zamykać, ale Duży stał na warcie i pilnował. No i o. Przegapiłam sen… Jak tylko Duży zobaczył, że mamusia odżyła, natychmiast walnął się w pościele i smacznie zachrapał. A ja z wielkimi gałami leżałam i gapiłam się w sufit. Obejrzałam jakieś programy w tv i około 1.30 w nocy zrobiło mi się dziwnie. Jakoś widno i oślepiająco. Nie mogłam zrozumieć co się stało, aż wreszcie zwlokłam się z łóżka i wyjrzałam przez okno. No i zobaczyłam pierwszy śnieg 🙂 Pomyślałam, że dzieci się ucieszą jak wstaną i zobaczą, że jest biało. "Żeby tylko przetrwał do rana.." pomyślałam i wyłączyłam tv. Udało mi się jakoś zasnąć. Obudziłam się z wielkim trudem w okolicach 8 rano. Po śniegu zostały tylko niewielkie ślady za wycieraczkami samochodów. Trolle ze smutkiem w oczach spoglądały na te mizerne kupki śniegu. Duży z pretensją w głosie zapytał: "nie mogłaś mnie obudziiiiić???". Ta, jasne! Jeszcze czego. Żebym znów musiała czekać aż zaśnie! Poczekamy na następny śnieg. Może spadnie w ciągu dnia… Szybciutko zrobiłam śniadanie. Ubrałam Małego Trolla, Duży i ja ubieramy się sami 😀 I pędem pognaliśmy do znienawidzonej przez nas przychodni pulmonologicznej i do równie silnie uwielbianej pani doktor. Mały Troll ostatnio czuje potrzebę dzielenia się różnymi informacjami z napotkanymi osobami. Niekoniecznie znajomymi. W tramwaju, sklepie, przychodni wciąż zawiera nowe znajomości. Opowiada o swoich zabawkach, zajęciach, o tym co robił, w co grał, co jadł, co lubi itd, itp. Tym razem padło na panią doktor, która przyjmuje w gabinecie obok naszej lekarki. Stałam przy okienku rejestracji. Mały Troll siedział na ławce i machał nogami. Duży siedział na ławce obok. Pani doktor przechodziła obok Małego. Popatrzył na nią z błyskiem w oku, machnął prawą nogą i radośnie oświadczył: "a ja mam GILE!!!". Pani doktor stanęła jak wryta: "Eeeee?" Troll powtórzył więc głośniej i wyraźniej: "a ja mam gile". Na co pani doktor nie wiedząc jak ma właściwie zareagować na takie wyznanie, uradowała się posłusznie, bo tego chyba Mały od niej oczekiwał. Mały został usatysfakcjonowany i mogliśmy udać się do właściwego gabinetu na badanie. Pod gabinetem obecny już był mały tłumek złożony z chłopca około 5 lat, dziewczyni 2 latka z braciszkiem 10 lat (wiem, bo mamę dzieci wzięło na zwierzenia…) i jeszcze jednej dziewczynki 2 letniej. Moje Trolle z radością dokooptowały do gromadki. Duży z racji działania aviomarinu troszkę oklapł po chwili, ale Mały Troll nadrabiał za siebie i za niego. Przybył do mnie nawet na wytarcie owych gili, z których z taką dumą wyspowiadał się pani doktor. Gile zostały usunięte, dziurki w nosie udrożnione, włożyłam Małemu chusteczke do kieszonki od spodenek i nawet przez chwilkę zastanowiłam się dlaczego te kieszonki są rozmieszone inaczej niż zwykle w tych spodenkach, ale pomyślałam, ze spodenki przeleżały w końcu parę lat zapakowane wraz z innym ubraniami po Dużym i mogłam zapomnieć jak wyglądają. Jednakże coś mi w widoku ogólnym Małego Trolla nie pasowało. Wreszcie Mały wykonał cudny piruecik a mnie trafiło.. Założyłam dziecku spodnie tył na przód!!! Dżizas! Moje dziecko od ponad pół godziny bawi się z innymi dziećmi w spodniach wciągniętych na tyłek tył na przód! Ciekawe co też sobie inne matki myślały do tej pory, bo oczywiście nie omieszkałam podzielić się odkryciem ze współtowarzyszącymi mamami… Właściwie to tak mi się wyrwało stwierdzenie: "o matko ubrałam syna tył na przód!". Udało nam się błąd naprawić w gabinecie. Trolle zostały gruntownie przebadane. Leki zostały wypisane, dzięki czemu jestem o 100 zł lżejsza, (mimo, że nie wykupiłam wszystkich recept…), do domu wróciliśmy akurat, żeby obiad dzieciom dać i odstawiłam Dużego na angielski. W tym czasie poszłam z Małym na zakupy. Kupiliśmy artykuły spożywcze i chemiczne, obejrzeliśmy biżuterię w sklepie z koralikami, połaziliśmy po rynkowych stoiskach i przyszedł czas na odebranie Dużego. Zanieśliśmy zakupy do domku i pojechaliśmy na kolejne zajęcia Dużego, które mamy w planie co środę. Mam tam już nawet zaprzyjaźnioną panią i pana, dzięki którym nie nudzę się czekając godzinę w poczekalni. Dzisiaj rozmawialiśmy trochę o filmach, trochę o sprzętach RTV i AGD, trochę o dzieciństwie. Przypomniało mi się jak to ojciec mojego dobrego kolegi został posłany przez swoją żonę na zakupy. Miał do kupienia przeważnie artykuły spożywcze, m.in. por. W zakupach towarzyszył mu młodszy syn, czyli brat mojego kolegi. Żaden z nich niestety nie wiedział co to ten por i jak to wygląda… Postanowili dosyć szybko, że po prostu poproszą panią sprzedającą o por. Nie przewidzieli tylko jednego. Że pani sprzedająca machnie rękami nad ogółem warzyw i powie: "aaa to proszę sobie wybrać…". Wrócili do domu bez pora. Kiedy tak sobie rozmawialiśmy, podszedł do mnie Mały Troll i powiedział dobitnie i głośno: "mama, daj mi JELONA". "Yyyy, że co ty chcesz?". "Nooo JELONA". A cóż to do cholery jest ten Jelon? Szybko oceniłam wielkość mojego plecaczka, bo może dziecię wpakowało mi tam jakiegoś jelenia, kiedy nie patrzyłam, jednakże odpuściłam sobie, bo plecak wypchany nawet nie był… Zapytałam dziecię słodko raz jeszcze co to ten Jelon. "Oj no nie wieś? Kupiliśmy dzisiaj pjeciesz. Taki do picia. Maś w torbie..". Ano mam. Zajrzałam do torby i dałam spragnionemu dziecku… Leona. Taki sok. Dziecię uradowane pognało dalej grzebać w klockach. A ja marzyłam już tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu. Kiedy już wreszcie wróciliśmy, wsadziłam dzieciaki do wanny, dałam jeść, spakowałam dresiki i pognałam na step. Uśmiałam się jak zwykle. Zdziwiłam się, bo tym razem na zajęcia przybył jeden, jedyny mężczyzna… Pogadałam z kobitkami. Przybyłam do domu, wykąpałam się, zjadłam kotleta i usiadłam wreszcie posłuchać co w necie piszczy i co piszczy za oknem, bo piszczy i wyje straszliwie. Wichura chyba jakaś, bo na zwykły wiaterek jakoś mi to nie wygląda. A teraz, odwaliwszy obowiązek mogę spokojnie rzucić się w pościele i zamknąć oczęta czekając na sen. Dobranoc zatem. Kolorowych snów…