Moje wszystko

Jelon z gilami

 Wczoraj jak zwykle cierpiałam na bezsenność. Po prostu przegapiłam mój czas na sen. M położył sę przed 22 i zasnął. Duży zdziwiony, że tatuś już padł, krążył po mieszkaniu, szukał nie wiadomo czego i ciągle sprawdzał, czy aby już i ja nie oddałam się w objęcia Morfeusza. Musiałam poczekać aż zaśnie. Niestety… czekałam, czekałam i czekałam… Oczy w pewnym momencie zaczęły mi się same zamykać, ale Duży stał na warcie i pilnował. No i o. Przegapiłam sen… Jak tylko Duży zobaczył, że mamusia odżyła, natychmiast walnął się w pościele i smacznie zachrapał. A ja z wielkimi gałami leżałam i gapiłam się w sufit. Obejrzałam jakieś programy w tv i około 1.30 w nocy zrobiło mi się dziwnie. Jakoś widno i oślepiająco. Nie mogłam zrozumieć co się stało, aż wreszcie zwlokłam się z łóżka i wyjrzałam przez okno. No i zobaczyłam pierwszy śnieg 🙂 Pomyślałam, że dzieci się ucieszą jak wstaną i zobaczą, że jest biało. "Żeby tylko przetrwał do rana.." pomyślałam i wyłączyłam tv. Udało mi się jakoś zasnąć. Obudziłam się z wielkim trudem w okolicach 8 rano. Po śniegu zostały tylko niewielkie ślady za wycieraczkami samochodów. Trolle ze smutkiem w oczach spoglądały na te mizerne kupki śniegu. Duży z pretensją w głosie zapytał: "nie mogłaś mnie obudziiiiić???". Ta, jasne! Jeszcze czego. Żebym znów musiała czekać aż zaśnie! Poczekamy na następny śnieg. Może spadnie w ciągu dnia… Szybciutko zrobiłam śniadanie. Ubrałam Małego Trolla, Duży i ja ubieramy się sami 😀 I pędem pognaliśmy do znienawidzonej przez nas przychodni pulmonologicznej i do równie silnie uwielbianej pani doktor. Mały Troll ostatnio czuje potrzebę dzielenia się różnymi informacjami z napotkanymi osobami. Niekoniecznie znajomymi. W tramwaju, sklepie, przychodni wciąż zawiera nowe znajomości. Opowiada o swoich zabawkach, zajęciach, o tym co robił, w co grał, co jadł, co lubi itd, itp. Tym razem padło na panią doktor, która przyjmuje w gabinecie obok naszej lekarki. Stałam przy okienku rejestracji. Mały Troll siedział na ławce i machał nogami. Duży siedział na ławce obok. Pani doktor przechodziła obok Małego. Popatrzył na nią z błyskiem w oku, machnął prawą nogą i radośnie oświadczył: "a ja mam GILE!!!". Pani doktor stanęła jak wryta: "Eeeee?" Troll powtórzył więc głośniej i wyraźniej: "a ja mam gile". Na co pani doktor nie wiedząc jak ma właściwie zareagować na takie wyznanie, uradowała się posłusznie, bo tego chyba Mały od niej oczekiwał. Mały został usatysfakcjonowany i mogliśmy udać się do właściwego gabinetu na badanie. Pod gabinetem obecny już był mały tłumek złożony z chłopca około 5 lat, dziewczyni 2 latka z braciszkiem 10 lat (wiem, bo mamę dzieci wzięło na zwierzenia…) i jeszcze jednej dziewczynki 2 letniej. Moje Trolle z radością dokooptowały do gromadki. Duży z racji działania aviomarinu troszkę oklapł po chwili, ale Mały Troll nadrabiał za siebie i za niego. Przybył do mnie nawet na wytarcie owych gili, z których z taką dumą wyspowiadał się pani doktor. Gile zostały usunięte, dziurki w nosie udrożnione, włożyłam Małemu chusteczke do kieszonki od spodenek i nawet przez chwilkę zastanowiłam się dlaczego te kieszonki są rozmieszone inaczej niż zwykle w tych spodenkach, ale pomyślałam, ze spodenki przeleżały w końcu parę lat zapakowane wraz z innym ubraniami po Dużym i mogłam zapomnieć jak wyglądają. Jednakże coś mi w widoku ogólnym Małego Trolla nie pasowało. Wreszcie Mały wykonał cudny piruecik a mnie trafiło.. Założyłam dziecku spodnie tył na przód!!! Dżizas! Moje dziecko od ponad pół godziny bawi się z innymi dziećmi w spodniach wciągniętych na tyłek tył na przód! Ciekawe co też sobie inne matki myślały do tej pory, bo oczywiście nie omieszkałam podzielić się odkryciem ze współtowarzyszącymi mamami… Właściwie to tak mi się wyrwało stwierdzenie: "o matko ubrałam syna tył na przód!". Udało nam się błąd naprawić w gabinecie. Trolle zostały gruntownie przebadane. Leki zostały wypisane, dzięki czemu jestem o 100 zł lżejsza, (mimo, że nie wykupiłam wszystkich recept…), do domu wróciliśmy akurat, żeby obiad dzieciom dać i odstawiłam Dużego na angielski. W tym czasie poszłam z Małym na zakupy. Kupiliśmy artykuły spożywcze i chemiczne, obejrzeliśmy biżuterię w sklepie z koralikami, połaziliśmy po rynkowych stoiskach i przyszedł czas na odebranie Dużego. Zanieśliśmy zakupy do domku i pojechaliśmy na kolejne zajęcia Dużego, które mamy w planie co środę. Mam tam już nawet zaprzyjaźnioną panią i pana, dzięki którym nie nudzę się czekając godzinę w poczekalni. Dzisiaj rozmawialiśmy trochę o filmach, trochę o sprzętach RTV i AGD, trochę o dzieciństwie. Przypomniało mi się jak to ojciec mojego dobrego kolegi został posłany przez swoją żonę na zakupy. Miał do kupienia przeważnie artykuły spożywcze, m.in. por. W zakupach towarzyszył mu młodszy syn, czyli brat mojego kolegi. Żaden z nich niestety nie wiedział co to ten por i jak to wygląda… Postanowili dosyć szybko, że po prostu poproszą panią sprzedającą o por. Nie przewidzieli tylko jednego. Że pani sprzedająca machnie rękami nad ogółem warzyw i powie: "aaa to proszę sobie wybrać…". Wrócili do domu bez pora. Kiedy tak sobie rozmawialiśmy, podszedł do mnie Mały Troll i powiedział dobitnie i głośno: "mama, daj mi JELONA". "Yyyy, że co ty chcesz?". "Nooo JELONA". A cóż to do cholery jest ten Jelon? Szybko oceniłam wielkość mojego plecaczka, bo może dziecię wpakowało mi tam jakiegoś jelenia, kiedy nie patrzyłam, jednakże odpuściłam sobie, bo plecak wypchany nawet nie był… Zapytałam dziecię słodko raz jeszcze co to ten Jelon. "Oj no nie wieś? Kupiliśmy dzisiaj pjeciesz. Taki do picia. Maś w torbie..". Ano mam. Zajrzałam do torby i dałam spragnionemu dziecku… Leona. Taki sok. Dziecię uradowane pognało dalej grzebać w klockach. A ja marzyłam już tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu. Kiedy już wreszcie wróciliśmy, wsadziłam dzieciaki do wanny, dałam jeść, spakowałam dresiki i pognałam na step. Uśmiałam się jak zwykle. Zdziwiłam się, bo tym razem na zajęcia przybył jeden, jedyny mężczyzna… Pogadałam z kobitkami. Przybyłam do domu, wykąpałam się, zjadłam kotleta i usiadłam wreszcie posłuchać co w necie piszczy i co piszczy za oknem, bo piszczy i wyje straszliwie. Wichura chyba jakaś, bo na zwykły wiaterek jakoś mi to nie wygląda. A teraz, odwaliwszy obowiązek mogę spokojnie rzucić się w pościele i zamknąć oczęta czekając na sen. Dobranoc zatem. Kolorowych snów…

 

Moje wszystko

Duży w teatrze

 Duży był dzisiaj w teatrze z klasą. Odprowadziłam go rano do szkoły. Poczekałam najpierw na panią wychowawczynię, później na autokar i na resztę dzieci. Moje dziecię w tym czasie ze trzy razy zmieniło kolory na twarzy, nie bardzo wiedząc jak się ustosunkować dotego wypadu. Był to bowiem jego pierwszy wyjazd z klasą dokądkolwiek. W zeszłym roku tak się składało, ze co klasa gdzieś tam, Duży w domu chory… Stałam i patrzyłam na niego, i ściskało mnie w dołku, bo Dużym targały sprzeczne uczucia. Raz oczy robiły się szkliste, za chwilę zaczerwieniały się niebezpiecznie i trzeba było nos pocierać, żeby łzy wróciły do wewnątrz. A jeszcze za chwilkę usta zaczynały wyginać się w podkówkę a broda trząść się leciutko. Wreszcie nadeszła ta chwila, kiedy wszyscy dobrali się w pary i podążyli za panią do autokaru. Dobrze, że nie zapomniałam dać Dużemu Aviomarinu, bo inaczej jestem pewna, że podróż upstrzona byłaby różnymi dodatkowymi atrakcjami ze stronu przewodu pokarmowego mojego syna. Bałam się tylko, że może zasnąć w połowie przedstawienia, o czym poinformowałam panią skwapliwie i poprosiłam, żeby w razie czego szturchnęła go lekko. No, tak, żeby chociaż kawałek zobaczył. Ale zdaje się, że szturchanie okazało się zbędne. Dzieciątko nie zasnęło. Zapytane natomiast czy było fajnie odparło, że nie. Nie podobało mu się i wogóle było fatalnie. A dlaczego? Ano dlatego, że był głodny i cały spektakl myślał tylko o powrocie do szkoły i klasy, gdzie w tornistrze spoczywały sobie spokojnie kanapeczki przygotowane na drugie śniadanie. "Dobrze, że chociaż przedstawienie było fajne, bo inaczej umarłbym z głodu i z nudów" powiedziało dziecię i rzuciło się na ziemniaki, kotlety i buraczki, które to podetknęłam mu pod nos od razu po powrocie do domu. Po obiedzie natomiast wzięliśmy się za pracę domową, którą pani zadała w zeszłym tygodniu na środę lub czwartek. Jednakże odwaliliśmy album o jednym z nadwiślańskich miast już dzisiaj, bo później czasu nie będzie. Najpierw nalatałam się do punktu ksero, żeby wydrukować stosowne materiały fotograficzne ściągnięte z internetu. Później udałam się do sklepu celem nabycia potrzebnych bloków technicznych, kleju i innych rzeczy papierniczych. Po zjedzeniu obiadu zabraliśmy się do rzeczy. Dziecię opisywało skrupulatnie fotografie i całe miasto Warszawę wogóle, a ja wycinałam, składałam, przyklejałam, pilnowałam błędów, latałam z Trollem Małym do wc, do kuchni, wycierałam gile, odpowiadałam na miliony pytań itp, itd. Pod wieczór zaczęłam mieć serdecznie dosyć całej imprezy. Z albumem się uporaliśmy, jednakże został angielski. Synuś na widok kolejenych rzeczy do przepisania miauknął z rozpaczą, zamachał rękami, wywalił oczami i oznajmił, że on już nie będzie pisał… Niestety kochany, samo się nie napisze, a ja, żebym nawet nie wiem jak starała się pisać Twoim charakterem pisma, to i tak mi nie wyjdzie. Nikt nie stawia takich koślawych bohomazów jak moje dziecię ukochane. Zrozpaczona już z tego powodu jestem, bo zdaje się nawet, że jako jedyny w klasie pisze jeszcze ołówkiem, ponieważ sam siebie odczytać nie potrafi.. Tak więc jako wyrodna matka, zmusiłam Dużego do odrobienia angielskiego, przy czym musiał ruszyć dodatkowo mózgownicą i uzupełnić w tekście brakujące fragmenty. Jakoś poszło, chociaż w pewnym momencie mgłą oczy mi zaszły i złość przeokrutną poczułam. Dobrze, że M wlazł w tym czasie do domu i odpowiednio zareagował. Teraz Trolle są już wykąpane, nakarmione, upiżamione i wogóle gotowe na nocny spoczynek się udać. Jednakże jakoś im się nie spieszy. Za to ja zasypiam w locie. I chyba rzucę to wszystko co jeszcze powinnam dzisiaj zrobić a nie zdążyłam dzięki pracy domowej Dużego i walnę się po prostu w pościel, zamknę oczy, i zasnę snem kamiennym. I wstanę sobie dopiero jutro rano. A co!

Moje wszystko

Gruba baba z samym tyłkiem.

 Spotkałam dzisiaj na osiedlowym ryneczku moją dobrą koleżankę z czasów licealnych. Rzadko się widzimy teraz z racji posiadania dzieci, pracy, mężów i nieposiadania czasu. Macnęłam ją po rękawie gdzieś między stojakami z dżinsami a spódnicami.

JA: Cześć kochana!

ONA: O! Czeeeeeść 🙂

JA: A co Ty, wolne dzisiaj masz?

ONA (machając siatami): Nieeee, właśnie jadę do pracy i tak sobie wstąpiłam na małe zakupy.

JA:  Ale Ty chuda jesteś! Ja też chcę!

ONA: Taaa, co ty.. Gdzie ja tam chuda! Przecież już do 60 kilogramów doszłam!

JA: Ja ważę 65…

ONA: Co ty gadasz! Przecież chudzina z Ciebie! Jakąś wagę zepsutą masz! Schudłaś i to bardzo! (Kochana jest ;)) 

JA: Eeee, jak paliłam, byłam szczuplejsza…

ONA: Ano faktycznie, przecież ty nie palisz!

JA: Nooo,o w styczniu rok będzie..

ONA: No to kochana, naprawdę wyglądasz świetnie!

JA: Eeeee tam.

ONA: Poza tym jesteś wyższa ode mnie sporo, więc moje 60 kilo to już nadwaga…

JA (oglądając ją z każdej strony jak konia na targu): Nie bredź. Cudnie wyglądasz. No ale muszę już lecieć Dużego odebrać. Musimy się spotkać koniecznie! 

ONA: No dobra. Zadzwonię! Pa!

 Tiaaaa. To se pogadałyśmy… Dziwne jest to, że nie umiem normalnie rozmawiać z osobą, którą znam prawie pół swojego życia. Z którą spędziłam najfajniejszy czas. Przed którą nie miałam nigdy tajemnic.. I wszystko co potrafimy sobie powiedzieć to: ale z Ciebie fajna dupa, a zobacz jaka ja jestem gruba, wstrętna i odrażająca, oczekując oczywiście, że druga strona zaprzeczy. Czekam z utęsknieniem na kolejne spotkanie. Może jednak zdążymy opowiedzieć sobie co się zmieniło w naszym życiu od ostatnich plot, zanim do reszty pochłonie nas narzekanie na swój wygląd. (Całkiem, ale to całkiem bezpodstawne oczywiście! :D)

 I jeszcze taki "kwiatek Małego Trolla":

MAŁY (stojąc w łazience podczas wieczornej toalety): Mamusiu, a ty nie maś siusiaka?

JA: Nooo nie mam..

MAŁY: A dlaciego?

JA: Nooo bo nie jestem chłopcem.

MAŁY: A to ty masz tylko pupę????

YYYYY!!! Uff, w drzwiach zachrobotał klucz, Małżowinek wrócił. Mały natychmiast rzucił się na tatusia, zostawiając mnie z rozdziawioną gębą, nie bardzo wiedzącą jak sformułować odpowiedź… Saved by the bell jak to mówią… 😀

Moje wszystko

Qniec

 No i koniec tego dobrego. Cztery dni wolnego upłynęły w tempie ekspressowym. Jutro muszę znów zwlec się bladym świtem, robić śniadania, jeździć z dziećmi po różnych instytucjach. A w sobotę dodatkowo Duży idzie do szkoły. Odrabiają 2 stycznia. Będzie duuuużo wolnego 😀 W tym roku przerwa świąteczna będzie prawie tak długa jak ferie zimowe. Warto na nią czekać, tym bardziej, ze to już niedługo… Jeja rozleniwiłam się potwornie. Najchętniej nie robiłabym nic. Tym bardziej, że chyba coś mi się święci zdrowotnie. Zasmarkana, jakaś bez sił, wiecznie śpiąca. Osłabienie jakieś cholera, czy co? Albo przesilenie? No dobrze w takim razie, że teraz, a nie w grudniu, kiedy będzie trzeba na chodzie być, żeby odwalić te wszystkie sprzątania, zakupy i gotowania. Jutro mamy ciężki dzień. Jak co tydzień w środę zresztą. Dużo latania w krótkim czasie. Szkoła, angielski, zajęcia plastyczne, step… Ło matkoooooo! Chyba nie lubię śród. Zwłaszcza, że jak już wspomniałam, nie czuję się najlepiej. Nawet nie chce mi się w koralikach grzebać. Muszę chyba wleźć na stołek i zajrzeć do szafki z lekami. Może znajdzie się jakiś Fervex, albo inny odganiacz chorób. Mały troll też kicha. Zasnął już, oddychając z pewną trudnością przez nosek, więc i jego gile dopadną. Pewnie, że wolałabym, żeby nie, bo u niego gile kończą się zapaleniem oskrzeli… A wiadomo, że jak Mały zachoruje, to i Dużego nie ominie. I znów szpital w domu. Jakoś wszystko mi krzyczy: NATYCHMIAST PRZECIWDZIAŁAĆ!!! Tylko jak? Mały za mały na Fervexy, Gripexy i inne specyfiki. Czosnek omija z daleka, jak wampirzątko. Syropki pomagają średnio. Rutinoscorbin połknie, ale czy to wystarczy? I krople do noska. Ażesz szlag by to… Duży w poniedziałek ma jechać z klasą do teatru. W zeszłym roku szkolnym nie był ani razu. Z powodu chorób. Jakoś tak się składało, ze co klasa do teatru, to Duży chory. Zesztą chory był cały pierwszy semestr. Najgorsza frekwencja.. I kupa zaległości. Bardzo, bardzo staram się, żeby w tym roku się sytuacja nie powtórzyła. No ale Mały jakoś skutecznie mi zaczyna bruździć. Już jedną chorobę zaliczyli. Muszę dodać, że u nas nie ma przeziębień. Ani lekkich chorób. Jak zaczyna się katar, to za 5 minut jest kaszel a za 20 zapalenie oskrzeli.. Wyleczyć ich też trudno, bo jakoś leki nie działają tak szybko jak powinny. Na szczęście mamy od niedawna cudowną panią doktor pulmonolog, która zna ich już na wylot i wiedząc jak to z nimi bywa, umawia nas na wizyty conajmniej raz w miesiącu. Dzięki temu nie mam takiego stresu, bo wiem, że w razie czego, szybko dostaną odpowiednie leki i chociaż 3 tygodnie choroby murowane, to stan się nie pogorszy…

 Duży właśnie przyszedł zapuścić żurawia, co też mamusia tam wypisuje. E nieeee, karteczkę wziął. Projekt będzie robił. Jakiegoś kolejnego wynalazku z serii robo-cośtam. Ma dzieciątko wyobraźnię 😉 I pomyśleć tylko, ze to wszystko w przyszłości ma służyć mi pomocą 😀 Robot sprzątający, Robot piorący. Robot gotujący. Robot wielofunkcyjny… Cholera, jeszcze dla mnie miejsca zabraknie. Ale doceniam dobrą wolę Dużego. I przyznam, że nie które z tych wynalazków przydałyby mi się już teraz ;p 

 "Wyznania Gejszy" mnie wciągnęły, więc idę obejrzeć to oskarowe cudo.

Moje wszystko

Gdzie jest Reksio?!!

 Kolorowych i pachnących futrzaków na gwiazdkę nie będzie. Wczoraj zadzwoniła moja mam i oznajmiła że to świństwo jakieś. Druciany brzuszek obiektu westchnień moich dzieci jest powleczony śmierdzącą, włochatą i kolorową tkaniną. Łeb zwierzowi odginać trzeba na siłę. I przytulić się tego nie da za Chiny.. Trochę mi przykro było, bo Trolle się na furberries napalili. Jednakże z drugiej strony z ulgą odetchnęłam, no bo gdzie tam chłopakom pachnące misie kupować! Dzisiaj przekonałam się na własne oczy, że decyzję podjęłam słuszną prosząc mamę o odłożenie sztywniaków na miejsce i kupienie chłopcom czegoś bardziej odpowiedniego. Wybrałam się dzisiaj do jednego z zatłoczonych centr handlowych, żeby owe cudo obejrzeć i pomacać. W "Smyku" się na toto natknęliśmy. Na ten widok Trolle dostały wytrzeszczu oczu i piana im wystąpiła na buźki z porządania. Jednakże po fachowych oględzinach i dokładnym badaniu dotykowym, stanowczo stwierdziłam, że "mowy nie ma". I dałam mojej mam wolną rękę w kwestii prezentów gwiazdkowych dla wnusiów. W końcu to mają być prezenty od niej, to niech to będzie coś co sama wybierze. Tak właściwie to pojechaliśmy do tego centrum w zupełnie innym celu. Futrzaki macałam przy okazji, a właściwym celem wizyty był zakup gry komputerowej, którą Duży wypatrzył u kolegi. Wlazłam do empiku. Wcześniej, w domu jeszcze, sprawdziłam czy posiadają na stanie obiekt marzeń Dużego. Na stronie pozycja widniała, więc na spokojnie pojechaliśmy. Natomiast na miejscu okazało się, że są wszystkie inne części a tej jednej potrzebnej niet… Dziecko stało przed ogromną półką z grami z obłędem w oczach, wypatrując znajomej okładki. Niestety na próżno. Postanowiliśmy zasięgnąć informacji fachowej w punkcie do tego celu stworzonym. Niestety. Zdaje się, że wszyscy pracownicy empiku wzięli sobie dzień z urlopu, bo na cały sklep czynna była tylko jedna kasa, do której kolejka ciągnęła się aż po same drzwi. Innych pracowników nie zauważyłam. Wszelkie punkty informacyjne i inne kasy ziały pustką.. Udaliśmy się wobec tego do innego sklepu. Do tego co to idiotów ponoć nie obsługuje. Ale za to uwielbia robić idiotów z klientów.. Grę znalazłam. Jednakże stanowczo różniła się ceną od tej samej gry prezentowanej w internecie na stronach empiku i allegro.. I to znacznie się różniła. Pech chciał, że zanim zerknęłam na etykietę z ceną, pochwaliłam się znaleziskiem Dużemu, który od wyjścia z empiku wyraźnie posmutniał. Na widok Reksia na opakowaniu oczy mu zabłysły, policzki się zaróżowiły i Duży wrócił do życia. Nie miałam sumienia odmawiać mu zakupu. Tym bardziej, że przeznaczył na niego część swoich oszczędności skrupulatnie gromadzonych w skarbonce lokomotywie.. No już trudno. Raz pozwolimy z siebie idiotów zrobić. Dorzuciliśmy jeszcze do kompletu grę o rybkach, którą Mały Troll wyłowił ze sterty kolorowych pudełek. Tym razem za cenę rozsądną. Dobrze, że jutro dzień wolny, bo Małżowinek musi teraz poinstalować cuda na komputerze, wyjaśnić Trollom zasady i oczywiście wziąć czynny udział w całej zabawie. Zwykły dzień jest stanowczo za krótki 🙂

P.S. Kichnęłam dzisiaj kilka razy w ciągu dnia i chyba zanosi się na zasmarkany tydzień :/ A tak się starałam trzymać Trolle z daleka od wszelkich zarazków, a teraz sama stałam się ich rozsiewalnią. Life is brutal…

I jeszcze właśnie przed chwilą znalazłam w internecie info, że za chwilkę wyjdzie kolejny numer popularnego czasopisma dla dzieci, w którym dodatkiem będzie Reksio i wehikuł czasu. Cena gazetki: 6.90 zł… Niech mnie ktoś dobije.

Moje wszystko

Nowy członek :D

 Fajnie tak sobie siedzieć i nic nie robić. To znaczy się prawie nic. Nie licząc latania po sklepach, gotowania, sprzątania, prania, kościołowania i innych takich, to właśnie nic nie robię 😀 Oczekuję na powiększenie rodziny. Broń Boże nie mojej prywatnej, tylko takiej ogólnej. Ździebko dalszej, jednakże na tyle bliskiej, że się przejmuję 🙂 Właśnie rozmawiałam ze szczęśliwym przyszłym tatusiem. Przerażenia jednakże w jego pisaniu nie wyczułam. Wręcz przeciwnie odprężony i wypoczęty. Widocznie faceci tak mają. No w sumie nie oni muszą wypchnąć z siebie kilkukilogramowe dziecko przez otwór wielkości cytryny… Jak ja rodziłam naszego pierwszego syna, to mój M siedział obok ze znudzoną miną. Z jego twarzy można było wyczytać tylko jedno pytanie: "no długo jeszcze???". No długo. Podczas gdy ja się wiłam z bólu, mój M przysypiał sobie między skurczami 😀 W trakcie nie mógł, bo miażdżyłam mu dłonie w "dziękczynnym" uścisku, dając mu do zrozumienia, że nienawidzę go w tej chwili za to, że mnie tak urządził 😀 Mój yyyy kuzyn? Swoją drogą jak nazywamy męża kuzynki? No dobra niech będzie kuzyn. Otóż tenże właśnie sprawia wrażenie, że nic a nic się nie przejmuje. Na moje pytanie czy już może nowy członek rodziny pojawił się na świecie odparł lekko: "no właśnie wciąż czekamy..". "A jak się czuje A?" "No dobrze, tylko troszkę spuchła..". Tiaaaa. Dobrze, tylko troszkę spuchła… Jak spuchła, to nie może się czuć dobrze. Po prostu nie mówi, że się czuje niedobrze. Dzielna dziewczyna. Ja puchnę nie będąc w ciąży i wcale się z tym dobrze nie czuję. A co dopiero mieć przed sobą wielki brzuch, w którym szaleje dziecko, któremu już ciasno (bo niech ktoś z nas spróbuje sobie w ciasnym pudełku poleżeć w pozycji dziecka w brzuchu, chociaż przez godzinę :D) i spuchnięte nogi, dłonie, palce i co tam jeszcze może spuchnąć. Norrrrrmalnie masakra! Wiem, że on czeka na swojego pierworodnego jak nikt 🙂 Przecież w końcu nazwisko przetrwa, będzie syn, będą razem grać w piłkę, rozmawiać o babkach itd, itp… Ale jakoś nie mogę przestać myśleć o mojej biednej kuzyneczce, która zawsze była szczuplusieńka i drobniusieńka, i delikatna bardzo do tego stopnia, że bałam się ją uścisnąć, żeby jej krzywdy nie zrobić. I pomyśleć, ze ona teraz tam sobie leży spuchnięta jak balonik z wielkim brzuchem przed sobą, a on sobie lekko mówi: "Noooo jeszcze czekamy…" Moja biedna, kochana… Mam nadzieję, że rodzina powiększy mi się bez większych bóli i w miarę szybko 😀 Trzymam za to kciuki :))

 A jutro czeka mnie szybki kurs do kiosku ruchu, bo właśnie mi w reklamie powiedzieli, że w czasopiśmie BLUSZCZ (co to, co to???) dodają słuchowisko Chmielewskiej Joanny pt: "Lesio"! A co jak co, ale Lesia to ja uwielbiam, bo facet jest bardzo w moim guście. Roztargniony 100 razy bardziej niż ja, co bardzo mnie na duchu podnosi, bo dzięku niemu wiem, że ja się mieszczę jeszcze w granicach rozsądku ze swoim roztargnieniem 🙂 I że zawsze może być gorzej :D. Tylko cena mnie troszkę poraziła. A to pierwszy numer dopiero! Aż się boję ile będę musiała bulić za kolejne. A na dodatek to tygodnik jest… No nic, najwyżej daruję sobie resztę słuchowisk, jednakże "Lesio" być musi i kropka. 

 Noooo a w piątek "Step up" na tvnie będzie.. Coś mi się wydaje, że ten tydzień po długim weekendzie nie będzie aż taki straszny jak myślałam 🙂 No i oczywiście liczę na to, że A się uwinie z maluchem i następny tydzień przywitamy w większym składzie, czego życzę jej z całych sił. No dobra, przyszłemu tatusiowi też… 😉

Moje wszystko

Ale za to niedziela będzie dla nas…

 Tiaaa na pewno. U nas niedziela nigdy nie jest dla nas. A dla mnie tym bardziej nie. Zawsze się znajdzie coś do roboty. A to trzeba coś naprawić ( bo w tygodniu nie ma czasu), a to trzeba gdzieś lecieć, w południe msza święta dla dzieci, po mszy jakieś zakupy małe, bo do Tesco blisko i bardzo po drodze.. Dzisiaj też tak było. Poświęciliśmy książeczkę komunijną Dużego, a później poszliśmy sobie do Tesco, bo Duży chce grę. U kolegi wypatrzył i teraz nie ma mocnych, musimy mieć taką samą. Pech chciał, że w Tesco nie mają Reksia i wehikułu czasu. Duży zrobił wywiad z kolegą i okazało się, że Reksia można kupic w Świecie Książki. No owszem jest u nas sklep firmowy. Na głównej ulicy miasta. Tylko nie pamiętam, w którym miejscu dokładnie… Obiecałam Dużemu, ze jeśli jutro będzie ładna pogoda, to pojedziemy, więc Duży chodzi teraz ze złożonymi rękami i wznosi modły o ciepło i słońce… Mały Troll zaś padł. Po obiedzie oznajmił, że brzuszek boli, bo się najadł i teraz to on idzie sobie poleżeć w asyście piesków, koników, klocków i książeczek. No i poszedł. A za chwilę dobiegło mnie chrapanie 🙂 Prawdziwy facet znaczy się. Po jedzeniu chce mu się spać, jak wstanie to będzie głodny… Duży za to odkrył google. Jak tylko M odchodzi od PC, Duży zaraz wtrynia się na jego miejsce i grzebie w googlach. Wygrzebał już komplet filmów o Robotboyu (nie wiem co to, ale on lubi), zwierzęta – roboty (koniecznie musi takiego mieć!) i grę. Też z Robotboyem w roli głównej. Niestety M właśnie wrócił do komputera i Duży teraz biega mi nad głową domagając się popcornu z mikrofali. Ale to zaraz… Teraz odpoczywam. I zastanawiam się co też miałam jeszcze dzisiaj zrobić.

 Dwa dni temu założyłam bieliznę na lewą stronę i nawet się nie zorientowałam aż do wieczora, co wg mojej Babci oznacza, że zrobię jakiś dobry interes. Hmm, ciekawe jaki. Może tym razem pranie mi nie zafarbuje ulubionej bluzki na sraczkowaty kolor? Albo może samo mi się w domu posprząta? Albo może powinnam zagrać w totolotka? Przydało by się wygrać parę groszy, bo planuję duuuuży remont. I w związku z równie duuuużymi kosztami muszę go przeprowadzić na raty. A tak mogłabym odwalić wszystko od razu i byłoby z głowy. Chyba nawet jakaś większa wygrana ostatnio się skumulowała. Coś mi się o uszy obiło, ale nie wiem dokładnie, bo nie grywam, a widząc na Polsacie wstęp do losowania, natychmiast przełączam kanał na inny, bo nie mogę patrzeć na te żółte piłeczki i prowadzących, monotonnym głosem powtarzających wylosowane numery. No ale ponieważ już założyłam te gacie na lewą stronę, to chyba powinnam śledzić losowania. Może znów się skumuluje i wygram…? Ach mieć takie 40 milionów… Mogłabym sobie darować remont i od razu zakupić jakieś piękne, przetrzenne nowe mieszkanie. Albo lepiej dom. Nie wymagający remontów. Nowe mebelki tylko wrzucić, urządzić po swojemu i mieszkać… Najlepiej jakby dom był wielki na tyle, żeby pokoje dziecinne były oddalone od naszych o jakieś poł kilometra najmniej. Mogłabym obserwować przez lornetkę co Trolle kombinują, nie narażając się na nieustające pytania, nawoływania i inne rzeczy… Całkiem niedawno miałam okazję podziwiać nowe projekty mieszkaniowe w moim mieście. I chyba nawet wspomniałam już o tym.

 Duży strasznie stęka o ten popcorn, więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko ruszyć tyłek i wrzucić torebkę do mikrofali. A tak mi się nie chce. Przecież niedziela miała być dla mnie…

Moje wszystko

Wreszcie!

 Długi weekend uważam za otwarty! Piwo też. Do środy rano odpoczywam. Od szkoły Dużego, od lekcji, od latania z Trollami na różne zajęcia i wogóle… Lenię się i kropka. No dobra, może nie do końca, bo jakiś obiad zrobić trzeba i zakupy, i posprzątać trochę też. Ale poza tym nie kiwnę palcem! Zacznę od zaraz. Cheers!

Moje wszystko

Koniec Świata!

 Naczytałam się dzisiaj komentarzy pod artykułami na temat zwycięstwa Obamy nad McCainem i cierpię na ogromny ból głowy teraz. Tylu bzdur na raz w życiu na oczy nie widziałam. Wszelkie trolle internetowe się zbudziły i dawaj hasać po forach i portalach informacyjnych. Wdzięczny temat sobie przy tym znalazły – czarnoskóry prezydent… Z tej całej pisaniny wyszło mi, że koniec świata nastąpi niedługo, bo nowy prezydent amerykański jest antychystem, z czego cieszy się Rosja i aż zaciera ręce z tej radości, bo będzie mogła bez przeszkód nasz kraj zaatakować i wywołać trzecią wojnę światową.. Apokalipsaaaaaa!!! I co tu robić teraz? Chyba pakować walizy i uciekać jak najdalej, tylko hmmm dokąd? Na Marsa może? Albo na inną Wenus? A może najpierw lecieć do banku i wziąć jakiś spory kredyt, żeby sobie w te ostatnie dni życia poszaleć?

Jakiś Siergiej – pseudorosjanin napisał, że dobrze nam tak polaczkom, chcieliśmy tarczę, to teraz mamy rakiety w siebie wycelowane i że chciałby nasze miny zobaczyć.. A czy nas ktoś pytał o pozwolenie w sprawie instalowania tarczy? O zdanie pytali chyba w formie ankiety, ale co z tego, że większość tarczy nie chciała? Po co to wogóle dyskusję wszczynać? Mózg mi się przelasował porządnie i nerwy wylazły. To dopiero koniec świata…

Moje wszystko

AAAAAAAAAAAAAAAAaaaaaaaaaaaaaa!!!

 Jestem stara… To już oficjalnie powtwierdzone.. Dowiedziałam się o tym w swoim ulubionym klubie. Ćwiczonka były jak zwykle fajowe. Układzik miły i przyjemny, szkoda tylko, że jestem sztywna w górnych częściach kręgosłupa i nie mogłam machać łapami. Po zajęciach stałam sobie przy recepcji i plotkowałam z instruktorką, i managerką, kiedy one nagle zaczęły się umawiać na jutro, na jakiś wypad na miasto chyba. Mówiły coś o jakiejś czekoladzie i o muzyce.. Co za cholera? Jaka czekolada? Jaki black? Całkiem niedawno sama szalałam w dyskotekach z koleżankami, a teraz? Nawet nie wiem jakie kluby są popularne… I w ogóle nie wiem jakie kluby są w moim mieście… Powiedziałam: „jeja, ale ja jestem stara, wogóle nie wiem o czym wy mówicie” i wylazłam z klubu. Na dole spotkałam dziewczynę, która ćwiczy ze mną w grupie. Jakoś tak się utarło, że raczej mówimy sobie po imieniu, a ona natomiast zwróciła się do mnie per „pani”… Wyciągęłam rękę, przedstawiłam się i powiedziałam, że nie jestem żadna pani i proszę do mnie po imieniu. A ona na to: „ale mi jest tak głupio, bo przecież w końcu jesteś STARSZA…”. No i mam. Jestem stara. Nic tylko usiąść i czekać na śmierć. Dobrze, że przy okazji jestem też dobrym człowiekiem, na co dowód również dzisiaj zdobyłam. Powiedziała mi o tym pewna bardzo sympatyczna szczurzyca. Tzn samica szczura. Takie zwierzątko. Nie dorwałam go na ulicy, proszę sobie nie myśleć. Wlazłam z Małym Trollem do sklepu zoologicznego. Mały Troll chce się skichać jak widzi zwierzątka na wystawie sklepu, więc łazimy tak sobie i oglądamy różne rybki, ptaszki, gady i płazy. Przy czym zaczyna to denerwować sprzedawców, bo liczą na to, że w końcu coś kupię, ale ja nie mam zamiaru. Nie dlatego, ze nie lubię, bo lubię. Niektóre gatunki to nawet uwielbiam. Ale niestety nie ma u nas ani miejsca, ani czasu na zajmowanie się zwierzątkiem. Tak więc obrałam pewną taktykę, dzięki której niedługo chyba stanę się ekspertem w dziedzinie wiedzy o egzotycznych i rodzimych stworzonkach. Mianowicie: wchodzę do sklepu, a właściwie zostaję wciągnięta tam siłą przez Małego Trolla. Mały lata sobie między akwariami i klatkami ja natomiast obserwuję sprzedawcę. Jeśli nie zwraca na mnie uwagi, to łażę sobie z Małym Trollem, jeśli natomiast widzę, że sprzedawca bije się z myślami, czy coś kupię czy nie, podchodzę do niego i pytam o jakiś gatunek rybek, ptaszków czy innych stworzeń. Wypytuję dokładnie co jedzą, w jakich warunkach trzeba je trzymać itd itp. Po skończonej konwersacji mówię niby do Trolla: no dobra to teraz musimy tylko zapytać o zdanie tatusia i może na gwiazdkę pomyślimy o jakimś zwierzątku. Mały Troll nie zwraca najmniejszej uwagi na moje gadanie, natomiast sprzedawca uśmiecha się do mnie i widzę po minie, że liczy na to, że szybko wrócę i dokonam odpowiednich zakupów… No ale nie o tym miałam pisać, tylko o szczurzycy. Otóż wlazłam właśnie do jednego z zaprzyjaźnionych sklepów, w którym nie muszę odwalać szopki, bo pani wie, że my tylko oglądamy, a tam między szafką z akwarium a wagą, siedzi sobie wyżej wspomniana szczurzyca. Wcale bym jej nie zauważyła, gdyby nie to, ze Troll stanął na środku sklepu jak zaczarowany wlepiając oczka w siedzące sobie na ladzie stworzonko. Troll wytknął środkowy palec (używa go zamiast wskazującego :D) i zapiszczał: „mamusiu, mamusiu zobacz co tam siedzi za potwór..”. Mamusia zobaczyła i lekko się otrząsnęła. Albowiem za szczurami i myszami nie przepada, ze względu na ich ogony.. Cała reszta mi się podoba. No ale przecież dziecko patrzy. Nie mogę się bać bardziej niż on.. Wyciągnęłam palec (wskazujący) w stronę Tosi, bo takie śliczne imię nosi szczurzyca. Obwąchała mnie dosyć dokładnie. Pomyślałam „raz kozie śmierć” i wyciągnęłam ku niej całą dłoń. A ona sobie po prostu na nią weszła… Obwąchała dokładnie mój rękaw i przysiadła na chwilkę w okolicy łokcia. Troll już dawno stracił zainteresowanie „potworem”, no bo skoro mama pozwala, żeby spacerował sobie po jej ręku, to nie może być nic ciekawego.. Poleciał sobie po prostu oglądać króliczki i już. Ja natomiast stałam z reklamówką w jednym ręku, a ze szczurem na drugim. I patrzyłam. Na ten obrzydliwy ogon.. „Żeby tylko nim nie machnęła, żeby tylko nim nie machnęła” powtarzałam w myśli. Tosia natomiast ruszyła tyłek i podążyła w górę mojej ręki. Wlazła mi na szyję.. Ogon miałam tuż przed nosem i stałam jak sparaliżowana. Tośka szalała na moim karku… Za chwilę poczułam ją w kapturze. Zdaje się, że było jej tam całkiem miło, bo wcale nie chciała wyłazić. Pani sprzedawczyni natomiast raczyła mnie opowieściami o swojej pupilce i jej upodobaniach kulinarnych. Okazało się, że Tosia uwielbia cukierki, kawę, herbatę, ciasto, słodycze i… piwo :D. Piwa nie miałam, ale miałam ptysie. Takie pyszne, malutkie ptysie z bitą śmietaną. Pomimo tego, ze Tosię polubiłam, chciałam, żeby już wylazła z mojego kaptura, zabrała z niego swój ogon i poszła sobie do swojej pani. Wyjęłam ptysia. W kapturze nastąpiło wyraźne poruszenie i pyszczek Tośki poczułam tuż obok swojego policzka. Zlazła po moim ręku na ladę, porwała ptysia i ukryła się w kąciku celem konsumpcji łupu 🙂 Pani sprzedawczyni natomiast wyjawiła mi sekret, że Tosia nie do każdego podchodzi, nie mówiąc już o włażeniu na różne osoby. Wybiera sobie tylko te, które jej się podobają i stąd wiadomo kto jest dobry, a kto nie… Tak więc nie ma tego złego… Jestem stara, ale dobra. I mam nową przyjaciółkę. Tosię.